Recenzje

O MATADOR, czyli zabójca. Brazylijski western od Netflixa

"O Matador" udowadnia, że Brazylia też może stanowić świetną scenerię dla westernu.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Szubrawcy są wszędzie, mięczaki też

Po sukcesie serialu 3% subskrybenci Netflixa doczekali się kolejnej oryginalnej produkcji rodem z Brazylii. Tym razem internetowy gigant postanowił zainwestować w film pełnometrażowy i może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wybór padł na western – gatunek chyba najmniej kojarzący się z krajem kawy. I właśnie od spotkania przy kawie zaczyna się ta historia.

Po dość długiej czołówce, która bardziej przypomina wstęp do serialu niż filmu, trafiamy do bliżej nieokreślonego lasu w Brazylii. Dwoje młodych chłopców przechadza się tamtędy z ojcem, kiedy wpadają na dwóch podejrzanych typów niepozostawiających wątpliwości co do swej profesji – to koczujący w tym miejscu bandyci. Zatrzymują rodzinę, z miejsca sygnalizując, że nie podoba im się wizyta niezapowiedzianych gości. Jeden grzecznie, acz stanowczo każe chłopcom usiąść, drugi władczym tonem nakazuje zaparzyć kawę ich ojcu – ten jednak stwierdza, że nie potrafi parzyć kawy i w zamian oferuje opowiedzenie pewnej historii. To prawdopodobnie lata 40. XX wieku, a potencjalni bandyci przyzwalają na taki obrót sytuacji – po co? Nie wiadomo, ale ta gawęda mocno wpłynie na ich życie.

Prolog jest dość prostym rozwiązaniem, które wraz z opowiadaną przez ojca historią daje nam możliwość przenieść się o wiele lat wstecz, do pierwszej dekady XX wieku. To czasy trudne, zmuszające biednych ludzi do tak niewyobrażalnych poświęceń, jak wabienie dzikiej zwierzyny poprzez pozostawienie niemowląt w pobliżu ich siedlisk. Trudne sytuacje wymagają trudnych rozwiązań, prawda? Dziecko, któremu towarzyszymy właśnie od czasu jednego z takich polowań, to młody pół-dzikusek. Nie ma imienia, nigdy nie widział innego człowieka niż opiekujący się nim mężczyzna. Ten zaś okazuje się płatnym zabójcą, który po zlecenia udaje się do najbliższego miasta. Pewnego razu nie wraca, a jego dziecko (nie wiemy, czy rodzone czy nie, ale to akurat najmniej istotny szczegół) zdane jest na siebie. Chłopak od najmłodszego był jednak szkolony w polowaniu. Radzi sobie, ale dopiero po kilku latach już jako dorosły człowiek wyrusza do miasta, by odnaleźć opiekuna. Mimo osiągnięcia dorosłości jest jednak prostym, niemal zdziczałym osobnikiem, który potrafi właściwie wyłącznie zabijać. Konfrontacja z innymi ludźmi jest natomiast czymś zupełnie nowym.

Od tego momentu zaczynamy historię właściwą O Matador. To właśnie ten dzikus – postać, w którą wciela się portugalski gwiazdor Diogo Morgado – jest naszym tytułowym bohaterem. Zabójcą, który dopiero w mieście, w rozmowie z jedną z prostytutek, nadaje sobie imię Cabeleira. To nawiązanie do bohatera jedynej książki, jaką nasz  bohater znał od najmłodszych lat (O Cabeleira Franklina Távory). Wówczas nieokrzesany mężczyzna zaznaje po raz pierwszy rozkoszy cielesnych oraz dowiaduje się, że ludzkie życie warte jest jedynie tyle, co płacone za nie błękitne kamienie. Mowa o turmalinach Paraíba – rzadkich minerałach, wydobywanych na północno-wschodnich kresach Brazylii. Od tego momentu historia prostego dzikusa przemienia się więc w krytykę kolonializmu i postkolonialnych pozostałości, ale przede wszystkim wyparcia pierwotnych wartości i dołączenie do pogoni za umowną walutą, za którą można w tej części kraju zdobyć wszystko.

Marcelo Galvão (reżyser i scenarzysta) nie sili się na fabularne zawiłości. Przedstawiona w filmie O Matador historia jest czymś w rodzaju bardzo luźnego nawiązania do wspomnianej już powieści O Cabeleira Távory (ta zresztą była kilkukrotnie ekranizowana). Podobnie jak w wydanej w 1876 roku książce, tak i tu nie brak nawiązań do historycznych postaci ze słynnej grupy Cangaceiro (przedstawiciele bandytów spod szyldu Cangaço). Są oni jednak zaledwie tłem, dodając przy tym symetrii – przestępcami są bowiem osoby po obu stronach rewolweru.

Urodzony morderca musi mieć czysty umysł. Jeśli myślisz o warchlaku, nie zabijesz go – Cabeleira

Mimo pozornej prostoty nie brak w O Matador także bardziej złożonych elementów. Niemal równolegle do historii prostolinijnego Cabeleiry poznajemy też monsieur Blancharda – Francuza, który osiadł w tych stronach przed laty, a dzięki wyzyskowi okolicznej ludności stał się dla nich kimś w rodzaju nieformalnego władcy. Przy okazji ciekawie ukazana jest też kwestia występującego w północno-wschodnim rejonie kraju rasizmu. Byli niewolnicy są nazywani małpami, co pierwotnie służyło nazewnictwu przede wszystkim ludności ciemnoskórej – jak jednak wiadomo, w Brazylii różne rasy są bardzo mocno wymieszane (nie brak przypadków, gdy to ciemnoskóra postać nazywa białego „małpą”).

O Matador jest więc nie tylko opowieścią o bandytach, których moglibyśmy równie dobrze umiejscowić na Dzikim Zachodzie, ale też prezentuje nam kawał zawiłej historii kraju kawy. Ponadto mocniej niż w klasycznych przedstawicielach gatunku prezentowany jest tu motyw rodziny, będący właściwie osią wszystkich wydarzeń fabularnych. Brazylijski western – choć samo w sobie brzmi to dziwnie – nie tylko geograficznie udaje się więc w inne rejony, niż mogliśmy do tego przywyknąć. Całość wieńczą niezłe zdjęcia (psute jedynie dwukrotnie fatalnie wykonanymi w CGI pumami), które nie unikają powolnych prezentacji dzikich ostępów Paraíby i Pernambuco, ale też w odpowiednich momentach potrafią przyśpieszyć i świetnie zgrać się z ciekawym podkładem muzycznym.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane