Nowości kinowe

ZŁO WE MNIE. Zima zła

Debiut Osgooda Perkinsa, syna Anthony’ego, jest zimnym i okrutnym horrorem, który po pewnym czasie zaczyna po prostu nużyć.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Oto horror, który zamiast straszyć konwencjonalnymi metodami woli budzić niepokój i szokować, niekoniecznie krwawymi scenami. Te pojawiają się, stanowiąc bardziej puentę całości niż atrakcję, ale najważniejsza w Złu we mnie jest atmosfera postępującego szaleństwa, kapitulacja umysłu wobec nieznanego i złego. Niestety, również i ja w pewnym momencie się poddałem – reżyserski debiut Osgooda Perkinsa to dzieło stylistycznie przemyślane i nakręcone wyjątkowo pewną ręką, ale co z tego, skoro ta podróż w głąb ciemności zwyczajnie nuży?

Szkoła dla dziewcząt w Bramford. Po tym, jak wszyscy wyjechali na ferie zimowe, dwie uczennice zmuszone są pozostać w akademiku jeszcze jeden dzień, zanim ich rodzice po nie przyjadą. Rose niezbyt cieszy konieczność zaopiekowania się młodszą koleżanką, tym bardziej, że musi radzić sobie z podejrzeniem, że mogła zajść w ciążę. Kat natomiast ma przeczucie, że z jej rodzicami stało się coś złego, zaś podczas nieobecności Rose zaczyna zachowywać się cokolwiek dziwnie. Jednocześnie obserwujemy trzecią dziewczynę, Joan, oraz jej podróż do Bramford w towarzystwie spotkanego po drodze małżeństwa, również tam jadącego.

Reżyser potrafi wykreować odpowiednio złowieszczy klimat. Ufa kadrom pogrążonej w śniegu szkoły, chłodowi wyzierającemu z ekranu oraz trójce aktorek w głównych rolach.

Perkins tworzy ze swojej fabuły układankę pozornie przypadkowych elementów, które w sposób nie zawsze jasny i czytelny są ze sobą powiązane. Podsuwa tropy dotyczące możliwego zagrożenia, unika jednoznacznych odpowiedzi na temat motywów działań niektórych postaci, skupiając naszą uwagę na niejasnym przeświadczeniu, że cokolwiek czyha na samym końcu opowieści nie będzie miłe dla bohaterów. I przez dłuższy czas to działa, bo reżyser (również scenarzysta filmu) potrafi wykreować odpowiednio złowieszczy klimat bez uciekania się w stronę efektowności obrazu bądź jednorazowych prób wystraszenia widza. Ufa kadrom pogrążonej w śniegu szkoły, chłodowi wyzierającemu z ekranu oraz trójce aktorek w głównych rolach. Kiernan Shipka (Kat), Emma Roberts (Joan) oraz Lucy Boynton (Rose) umiejętnie dopasowują się do stylu Perkinsa, czyniąc ze swoich postaci nieprzeniknione figury, same jednocześnie nie wiedząc, w jaki sposób horror zawita w ich życiu.

W momencie jednak, gdy jedna z tajemnic zostaje ujawniona (zdecydowanie za wcześnie), resztę filmu ogląda się z niemałym trudem, gdyż szybko zdajemy sobie sprawę z oczywistości i nieuchronności rozwiązania. I nie pomagają zabiegi Perkinsa, który urozmaica narrację przez wielokrotne cofanie się i wybieganie do przodu oraz trzy różne perspektywy, w finale mające dać nam pełen obraz sytuacji. Bardzo powolne tempo filmu też nie działa na korzyść seansu, choć wydaje się wynikać z temperamentu twórcy, w ani jednej scenie nie starającego się ożywić tej opowieści. Zło we mnie (brawa dla polskiego dystrybutora za zastąpienie nieciekawego oryginalnego tytułu February opisem trafiającym w punkt) trudno jednak traktować jako porażkę Perkinsa jako reżysera, gdyż jego dzieło, zimne i okrutne, znajduje największe uznanie właśnie w swojej oprawie – nawet jeśli wydaje się nam ona dosyć pretensjonalna – przedkładającej nieprzyjemny i męczący charakter nad logikę opowieści.

Sam scenariusz nie oferuje jednak nic poza sugestią, że tytułowe zło może być efektem tłamszącego się w bezbożnym człowieku napięcia, wywołanego przez fakt nauki w katolickiej szkole bądź autentycznym działaniem sił piekielnych. Twarz mordercy przypomina bezduszną oraz pozbawioną emocji maskę Michaela Myersa, a dźgnięcia, jakie serwuje swoim ofiarom, odsyłają nas pamięcią do surowości i nagłości ataku w Psychozie. I nie ma się czemu dziwić – Osgood Perkins jest bowiem synem Anthony’ego, czyli sławnego Normana Batesa. Jeśli coś wyniósł od swojego ojca, to z pewnością wprawę w posługiwaniu się nożem.

Ostatnie ujęcie filmu wcale nie sugeruje, że dobrnęliśmy do końca, a wręcz przeciwnie. Że spełnienie w złu jest równie iluzoryczne, co próba bycia dobrym przy każdej nadarzającej się okazji.

Chciałbym być bardziej pobłażliwy w stosunku do jego pierwszego filmu, ale nie potrafię. Wiem bowiem, że następne dokonanie Perkinsa również będzie popisem świetnie wykreowanej atmosfery metodami, które zdecydują o jego porażce. Zeszłoroczne I Am The Pretty Thing That Lives In The House, czyli jego drugi obraz (Zło we mnie przez prawie dwa lata krążyło po różnych festiwalach, zanim w końcu zdecydowano się je dystrybuować), byłoby świetnym materiałem na półgodzinny film, ale rozciągnięte do pełnego metrażu stało się nudnym doświadczeniem, artystycznym horrorem, w którym najstraszniejszy jest właśnie ów artyzm. Pod tym względem debiut należy uznać za dzieło dużo lepsze, gdyż fabuły posiada przynajmniej na godzinę.

Zło we mnie najbardziej przypadnie do gustu nie tym widzom, którzy bardziej niż treścią zadowolą się klimatem, lecz fascynatom mrocznej strony ludzkiej natury; tym, którzy odnajdą się w samym opisie sytuacji, pozbawionym odpowiedzi na pozornie najważniejsze pytanie – dlaczego. Ostatnie ujęcie filmu wcale nie sugeruje, że dobrnęliśmy do końca, a wręcz przeciwnie. Że spełnienie w złu jest równie iluzoryczne, co próba bycia dobrym przy każdej nadarzającej się okazji. Ilustracje obu tych postaw wybrzmiewają u Perkinsa jak gorzki żart. Strasznie ponury to film, choć za to jedno trudno go krytykować.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane