Nowości kinowe

WOJNA O PLANETĘ MAŁP. Blockbuster roku?

Kino rozrywkowe z ambicjami. Sprawne wizualnie i niegłupie w podtekście.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Historia kołem się toczy...

W postępującej ostatnimi czasy modzie na przywoływanie do życia dawnych, prominentnych serii bardzo łatwo o efekt Uroborosa. Powtarzalność i zjadanie własnego ogona są domeną współczesnych rebootów. Ale jest jedna marka, która pomimo faktu, iż zawiera już w sobie serię pięciu oryginalnych filmów, tyle samo filmów telewizyjnych oraz jednosezonowy trzynastoodcinkowy serial, zdołała w XXI wieku powrócić na wielki ekran w glorii i chwale. Mowa oczywiście o nowej Planecie małp, serii stanowiącej prequel do pamiętnego oryginału 1968 roku, potrafiącej dodać do tego, co zostało już dawno powiedziane, całkowicie nową wartość.

Właśnie na ekrany kin wchodzi trzeci film serii pod tytułem Wojna o planetę małp. Wypada zatem zadać pytanie: czy i jak udało się domknąć trylogię? Zaskoczenia nie będzie, bo też być nie mogło. Wojna… była chyba jednym z większych pewniaków tego roku i taki też najpewniej zostawi po sobie rezultat. Stojący za sterami serii Matt Reeves ponownie pokazał światu, jak winno tworzyć się ambitny blockbuster.

W przypadku Planety małp można śmiało mówić o popkulturowym fenomenie. Bo jak inaczej nazwać fakt oddziaływania na widownię obrazów, których główni bohaterowie to człekokształtne, gadające małpy? Co takiego jest w tych filmach, że potrafią odwrócić uwagę widza od – jak by nie patrzeć – dość absurdalnego założenia im przyświecającego? Odpowiedź kryje się nie tylko w oryginalnej i przykuwającej uwagę plastyce tych widowisk, ale przede wszystkim w drugim dnie ich treści.

Planeta Małp była krytycznym komentarzem do rasizmu, pamfletem na czasy apartheidu. Miała wysyłać w świat przestrogę, że jeżeli w dalszym ciągu tak wyraziście będzie kreślił granice społecznych podziałów, zamykając drogę do porozumień wychylających się ponad wyznaczonymi przez kulturę, rasę i stan posiadania różnicami, proces ten może wkrótce odnieść efekt odwrotny od zamierzonego. Słabsi staną się silniejszymi, potępieni staną się potępiającymi, ciemiężeni staną się ciemiężącymi. Niesamowite jest to, że po niemal pięćdziesięciu latach od premiery pierwszego filmu te przesłania są wciąż aktualne i stanowią duchową podstawę zarówno dla powołania nowej serii, jak i w konsekwencji – podstawę także jej sukcesu artystycznego. Co ważne, w Wojnie o planetę małp echa tych esencjonalnych dla serii morałów są słyszalne jeszcze bardziej, gdyż korespondują ze współczesnym obrazem kryzysu imigracyjnego.

Czy główny bohater wygra z emocjami i zdoła, niczym Mojżesz, przeprowadzić swoich pobratymców przez morze krwi wprost do wymarzonej arkadii pokoju?

Dochodzi do ostatecznej konfrontacji między ludźmi a małpami. Ci pierwsi dowodzeni są przez złowieszczego, przepełnionego nienawiścią Pułkownika (Woody Harrelson), który nie ulęknie się przed niczym, by zadać małpiej rasie ostateczny cios, jednocześnie przywracając światu dominację człowieka. Ci drudzy z kolei dowodzeni są przez Cezara (Andy Serkis), charyzmatycznego lidera małpiej armii, który choć z początku obiera postawę bierną, starając się szukać porozumienia między obiema rasami, to jednak pod wpływem wydarzeń będących wynikiem zaistniałej wojny, ale także dręczących go wyrzutów sumienia po stracie dawnego kompana, jego serce napełniają analogiczne uczucia, co swego ludzkiego antagonistę – gniew i żądza odwetu. Czy główny bohater wygra z emocjami i zdoła, niczym Mojżesz, przeprowadzić swoich pobratymców przez morze krwi wprost do wymarzonej arkadii pokoju? Przekonajcie się sami, nie wszystko jest bowiem w filmie Reevesa takie oczywiste.

Wojna o planetę małp to film pełen paradoksów, zaskoczeń i sprzecznych komunikatów. Choć tytuł filmu sugeruje widowisko pełne akcji, podszyte efektownymi starciami, twórcy ostatecznie postawili na subtelność. Miast epatować fajerwerkami, woleli nauczyć widza skupienia uwagi na szczegółach oraz pełnych emocji twarzach bohaterów. Choć postawa pewnej postaci świadczyłaby o jej niezrównanej pewności siebie, ta ostatecznie o dziwo kończy dość marnie, znika z ekranu, zabita ciężarem grzechów przeszłości i wątpliwości. Gdy w końcu dwójka bohaterów spotyka się po czasie rozłąki i wydawać się może, że już teraz będą ze sobą do końca, także w tym momencie reżyser pogrywa z naszymi przyzwyczajeniami, serwując nam fabularny zwrot, ugruntowujący zarazem przemianę jednej postaci. Tak właśnie Matt Reeves, reżyser, ale także współtwórca scenariusza, wypracował swoisty unikat. Niby śledzimy historię wtórną, znaną z kart Starego Testamentu, czy też twórczości Szekspira, ale dzięki umiejętnemu poprzestawianiu pionków jej dramaturgia potrafi zadziałać z nową siłą.

Najbardziej nietypowe jest jednak to, w jaki sposób zmieniła się moja (i, jak mniemam, także widowni) optyka względem performance capture. To, co jeszcze niedawno pełniło rolę efektownej atrakcji, mającej zadanie wywołać w widzu wrażenie niesamowitości, dziś, za sprawą Wojny o planetę małp właśnie, jest w stanie całkowicie wtopić się w krajobraz widowiska. Dzięki temu wykreowane na poły komputerowo, na poły aktorsko postacie stają się prawowitymi uczestnikami spektaklu, a nie tylko jego świecącymi błyskotkami. Oczywiście zasługa w tym nie tylko speców od efektów specjalnych, którzy po raz kolejny potrafili sprowadzić mnie na manowce odbioru ich sztuki – momentami nie byłem bowiem pewien, czy patrzę na małpę stworzoną cyfrowo, praktycznie, czy też… po prostu żywą, wypożyczoną z zoo.

Zasługa tu przede wszystkim aktorów użyczających małpim postaciom mimiki, głosu oraz ruchów. Wśród nich najbardziej doświadczony jest oczywiście Andy Serkis, wcielający się w Caesara. W Wojnie… otarł się w swej sztuce o mistrzostwo, po raz kolejny dając do zrozumienia, że jeżeli w następnym rozdaniu Oscarów Akademia nie wyróżni go nominacją dla pierwszoplanowego aktora lub nie stworzy nowej kategorii wyróżniającej występy tego rodzaju, to będziemy mieli do czynienia już z domieszką niesmaku. Na naszych oczach dokonuje się przełom, który za kilkadziesiąt lat będzie w kinie standardem, a my dalej nie dysponujemy narzędziami zdolnymi do należytego i głośnego nagrodzenia osoby wcielającej się w postać CGI. Oscar honorowy nie załatwia sprawy.

Wojna o planetę małp to w końcu urocza zabawa analogiami i nawiązaniami, czy to do oryginalnej serii, czy to do popkultury w ogóle. Tak też sprzyjające ludziom małpy określane są niechlubnym mianem „donkey”, odwołującym się do słynnej gry Donkey Kong, w której goryl pełnił pomocniczą względem bohatera rolę. To kolejny tegoroczny blockbuster o wojennym zacięciu, który garściami czerpie z Czasu apokalipsy – wystarczy jeden rzut oka na postać Pułkownika, by przypomnieć sobie demonicznego Kurtza. Mamy Novę i Corneliusa, postacie znane z oryginalnego filmu z 1968 roku. Mamy także Alfę i Omegę, początek i koniec, symbole widoczne na sztandarach ludzkich bojówek, które obecne były także na atomowej bombie z drugiej części starej serii, czyli W podziemiach Planety Małp.

Wbrew pozorom ta zataczająca koło historia nie jest jednak odbiorcy niczego dłużna. Jej powtarzalność ma na celu ostateczne podkreślenie, że konsekwencje działań zapoczątkowanych w przeszłości wrócą do nas jak bumerang rzucony na wiatr. Planeta ludzi to przeżytek, planeta małp to przyszłość. Ale czy na pewno lepsza?

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane