Nowości kinowe

PRZEBUDZENIE DUSZ. Trzy oblicza strachu

Film Dysona i Nymana przypomina niekiedy opowieść snutą przy ognisku przez kogoś, kto dysponuje niezwykłymi zdolnościami narracyjnymi i doskonale wie, jak nas przestraszyć.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Przez znaczną większość seansu Przebudzenie dusz jest filmem wręcz urokliwie niedzisiejszym. Nie powinno to nikogo specjalnie dziwić, bo jego twórcy, Jeremy Dyson i Andy Nyman, to duet fanów starych horrorów, którzy swoją miłość do retro grozy przekuli w 2010 roku w sztukę teatralną pod tytułem Ghost Stories. Przedstawienie stało się tak popularne, że wystawiano je nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale też w Moskwie i Toronto, a Dyson i Nyman dostali w końcu propozycję, by przenieść historię na taśmę filmową.

Przebudzenie dusz, podobnie jak choćby Trzy oblicza strachu Maria Bavy czy Opowieści niesamowite Rogera Cormana, przybiera formę filmowej antologii. Poszczególne historie łączy postać profesora Goodmana (Nyman), demaskatora oszustów i szaleńców, którzy twierdzą, że mają kontakt z siłami paranormalnymi. Jako zatwardziały ateista i propagator zdroworozsądkowego podejścia do spraw życia i śmierci Goodman poświęcił karierę na wyszukiwanie przypadków godnych Scooby’ego-Doo i jego ekipy i obnażanie stojących za nimi technik manipulacji. W punkcie wyjścia profesor otrzymuje akta trzech spraw, z którymi nie mógł wcześniej poradzić sobie jego mentor, i zadanie, by wytłumaczyć je za pomocą naukowych metod.

Każda historia dotyczy nieco innego rodzaju potwora i nawiązuje do innego podgatunku horroru. W pierwszej stróż nocny (Paul Whitehouse) pracujący w dawnym ośrodku dla obłąkanych zostaje zaatakowany przez ducha ubranej na żółto dziewczynki; w drugiej nastolatek (Alex Lawther) potrąca samochodem postać przypominającą diabła; wreszcie w trzeciej biznesmen (Martin Freeman) dowiaduje się, że jego żona urodziła zdeformowaną kreaturę. Dyson i Nyman nawiązują tu więc nie tylko do starych brytyjskich horrorów z wytwórni Hammer i Ealing, ale też do Martwego zła czy Dziecka Rosemary.

Dyson i Nyman nigdzie się nie spieszą, nie prześcigają się w mnożeniu strachów i atrakcji

Poszczególne opowieści niesamowite łączy nie tylko pojawiające się z tyłu głowy przeczucie, że gdzieś to już widzieliśmy (co nie jest w żadnym wypadku wadą), ale też doskonale zbudowana atmosfera grozy. Podobnie jak twórcy horrorów z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, Dyson i Nyman nigdzie się nie spieszą, nie prześcigają się w mnożeniu strachów i atrakcji – dają sobie czas, by zanurzyć widzów w kolejnych historiach, ograć przestrzeń, w których prowadzona jest narracja, i powoli zagęszczać atmosferę. Jasne, znajdziemy tu kilka jump scare’ów, ale przez większość czasu groza budowana jest przede wszystkim w oparciu o to, czego nie widzimy. Kadry skomponowano tak zmyślnie, że często w napięciu czekamy na atak potwora tylko po to, by po chwili spokojnie opaść na oparcie fotela… i zostać przestraszonym właśnie wtedy, gdy w ogóle się tego nie spodziewamy. Doświadczenie wyniesione z seansów tysięcy horrorów pozwoliło twórcom na zrozumienie psychologicznych mechanizmów kierujących widownią, co w Przebudzeniu dusz widać na każdym kroku. Film Dysona i Nymana przypomina niekiedy opowieść snutą przy ognisku przez kogoś, kto dysponuje niezwykłymi zdolnościami narracyjnymi i doskonale wie, jak nas przestraszyć.

Tym większa szkoda, że twórcy uparli się, by trzy historie w końcu się zazębiły, i zafundowali widzom nieprzekonującego twista. Przez wszystkie opowieści przewijają się te same rekwizyty i elementy scenografii, które pełnią funkcję fabularnych tropów, co zapowiada, że historie złożą się na większą całość. Problem w tym, że gdy docieramy do finałowego aktu – najbardziej szalonego ze wszystkich – otrzymujemy rozwiązanie, które przypomina raczej hochsztaplerskie zagrania demaskowane przez filmowego profesora niż satysfakcjonującą kulminację. Można odnieść wrażenie, że twórcy, którzy przez cały czas poruszali się po rezerwacie dla retro strachów, odczuwali ogromną potrzebę, by Przebudzenie dusz nieco unowocześnić. Finał jest zatem mocno metafilmowy – poszczególne płaszczyzny rzeczywistości znikają niczym teatralne scenografie po zgaszeniu świateł, a kulminacja przypomina rozwiązania z filmów-zagadek, takich jak Memento czy Podziemny krąg.

To nieudana strategia, Przebudzenie dusz sprawdza się bowiem najlepiej jako wypełniony gęstniejącą atmosferą hołd złożony przez horrorowych erudytów – którzy powinni przecież najlepiej wiedzieć, że stare upiory nie lubią unowocześnień.

Ostatnio dodane