Nowości kinowe

PĘTLA. Lekcja thrillera po koreańsku

Satysfakcjonujący seans, który upływa szybko i utwierdza w przekonaniu, że warto sięgać po kino Korei Południowej.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

KOD NIEŚMIERTELNOŚCI po koreańsku, DZIEŃ ŚWISTAKA na poważnie

Podobno pewien amerykański producent powiedział kiedyś, że film powinien być jak emocjonalny rollercoaster. Hollywoodzcy filmowcy zaczęli kierować się jego mottem, jednak większość z nich zapomniała o kluczowym słowie w tym zdaniu: „emocjonalny”. Co innego Azjaci. Szukając nowej jakości, nowego spojrzenia i nowych emocji w kinie, jakiś czas temu udałem się w wirtualną podróż na Daleki Wschód, by poznać paletę orientalnych smaków. Najbardziej przypadły mi do gustu dania południowokoreańskie, dlatego z wielką chęcią oglądam tamtejsze produkcje. Prawie nigdy się nie zawiodłem. Pętla – debiut reżysera Sun-ho Cho – tylko potwierdza moją opinię o wysokim poziomie kinematografii tego kraju.

Pętla jest po prostu ciekawym, poprawnym, zaskakującym thrillerem, który wie, po co powstał i do czego służy.

Należy jednak stwierdzić już na wstępie: nie jest to film wybitny, pewnie nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii kina. Wątpię, aby odniósł międzynarodowy sukces na miarę dzieł Chan-wook Parka czy Kim Jee-woona. Pętla jest po prostu ciekawym, poprawnym, zaskakującym thrillerem, który wie, po co powstał i do czego służy. Na kinowym ekranie lub wyświetlaczu domowego kina ma przynieść półtorej godziny napięcia, emocji i nie pozwolić oderwać się od ekranu. I robi to.

Film zaczyna się niemal obyczajową sekwencją, podczas której poznajemy ojca, znanego lekarza, i jego córkę, wiecznie przez niego zaniedbywaną. Mężczyzna wraca samolotem ze służbowego wyjazdu i przez telefon obiecuje córce, że tym razem nie spóźni się na umówione spotkanie. Stereotypowy obrazek rozbitej rodziny, utrzymany w słodko-gorzkiej konwencji, doprawiony koreańską odmianą popu szybko zostaje podarty na skrawki. Lekarz, jadąc na spotkanie z córką, jest świadkiem wypadku. Czym prędzej pędzi pomóc poszkodowanym. Po chwili zdaje sobie sprawę, że jedną z ofiar jest jego dziecko. Po czym… budzi się w samolocie, godzinę wcześniej. Uświadamia sobie, że dostał od losu szansę na uratowanie życia córki. Nie będzie to jednak takie łatwe.

Pierwszy zwrot akcji jest idealnie wykalkulowany – następuje w momencie, kiedy zdążyliśmy się oswoić z bohaterami, poznać ich charaktery i problemy. Moment, w którym ojciec zdaje sobie sprawę, że jego córka właśnie zginęła pod kołami auta, którego kierowcę próbował ratować, mrozi krew w żyłach i jest rozegrany w kreatywny, niebanalny sposób. Potem historia rozwija się wykładniczo – scenariusz odsłania nam kolejne szczegóły z feralnego incydentu, następnie poznajemy kolejnych jego uczestników, którzy także padli ofiarą tajemniczego zapętlenia czasoprzestrzeni. Im dalej w film, tym intensywniej i szybciej. Tempo i napięcie wzrastają, aż do samego finału. Nie to, żeby tego finału nie można się domyśleć mniej więcej w połowie, ale w przypadku tak sprawnie poprowadzonej fabuły nie zaliczam tego na minus. Tak jak się rzekło wcześniej – Pętla wie, czym jest i do czego służy. Jak na debiut reżyserski, Cho radzi sobie w materii thrillera bardzo dobrze.

Charakterystyczną cechą gatunkowego kina Korei Południowej wydaje się chęć łączenia w ramach jednego obrazu różnych stylistyk. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby Słodko-gorzkie życie, gdzie romans łączy się z twardym kinem gangsterskim czy Matkę (Madeo), która odświeżała zatęchłą konwencją kryminału nieoczekiwanym komentarzem społecznym albo zwariowaną, postmodernistyczną Okję. Pętla nie rozbija banku i nie dokonuje żadnego przełomu, ale wyraźnie nawiązuje do tej tendencji i wykorzystuje mechanikę science fiction do opowiedzenia dramatycznej historii o odpowiedzialności za swoje decyzje. Nie bez powodu hasła reklamowe filmu porównują go do Dnia świstaka. Chociaż „Dzień świstaka na poważnie” to zdecydowanie za mało, by podsumować Pętlę.

Znalazłoby się kilka montażowych kiksów czy łyżka kiczu (który jednak jest chyba efektem europejskiego spojrzenia na azjatycką sztukę i wrażliwość). Jeśli miałbym pomarudzić, to wskazałbym chwilami zbyt napompowaną muzykę, która, zamiast ilustrować temat sceny, stara się go nadbudować. Są to jednak rzeczy błahe i wspominam o nich tylko dlatego, że akurat zwróciłem na nie uwagę. Pochwalić za to należy zdjęcia, w których dominują kadry wypełnione naturalnym światłem, czyniąc na przykład ze sceny wypadku ciekawy obraz codziennego dnia przerwanego nienaturalną, drastyczną tragedią. Operator Ji-yong Kim kilka razy popisuje się i efekciarsko ogrywa biegnące postacie, na przykład za pomocą długiej jazdy kamery lub ukazując je w slow-motion, co nie zawsze koresponduje to z tonem opowieści. Znacznie słabiej prezentuje się scena nocna, w której oświetlenie bezlitośnie punktuje niedoskonałości cyfrowego zapisu.

Podsumowując, Pętla jest przykładem zręcznego, wciągającego thrillera, który posługuje się motywami zapożyczonymi skądinąd. Pewna ręka scenarzysty-reżysera i operatora oraz wiarygodne postacie zagrane naturalnie i bez fajerwerków zapewniają satysfakcjonujący seans, który upływa szybko i utwierdza mnie w przekonaniu, że warto sięgać po kino Korei Południowej.

Ostatnio dodane