Nowości kinowe

NIE JESTEM CZAROWNICĄ. Zabobon na sprzedaż

Rungano Nyoni portretuje społeczeństwo afrykańskie rozdarte pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Raz krytykuje, raz ironizuje, ale przede wszystkim obserwuje.

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

Pewnego dnia dziewięcioletnia Shula (Maggie Mulubwa) zostaje oskarżona o bycie czarownicą. Ot tak, bez dowodów, które choćby ocierałyby się o wiarygodność. Dziewczynka zostaje zesłana do obozu dla wiedźm, a do jej pleców przywiązuje się długą białą szarfę nawiniętą na wielką szpulę. Jak stwierdza turystyczny przewodnik ma ona uniemożliwić czarownicom odfrunięcie. Wstęgi nie można odciąć, bo w przeciwnym razie rzekoma wiedźma podobno zmieni się w… kozę. Brzmi to jak nonsens, ale bohaterowie Nie jestem czarownicą w to wierzą. Mimo że społeczeństwo, w którym żyją, choć silnie zakorzenione w tradycyjnych wierzeniach, naznaczone jest nowoczesną mentalnością.

Chwilami Nie jestem czarownicą bywa filmem dość zabawnym. Nie sposób jednak w takich momentach szybko się nie zreflektować i nie zdusić w sobie śmiechu. Humor wynika bowiem z kompletnie absurdalnej sytuacji, w jakiej znalazła się główna bohaterka i inne kobiety oskarżone o czary. Za dowody w sprawie „skazania” Shuli na banicję służą między innymi śmierć kurczaka w takim, a nie innym miejscu pokoju, a nawet… sen jednego z mieszkańców wioski. Wyjątkowo czarną ironią Rungano Nyoni posługuje się także w scenach o wyraźnym zabarwieniu społeczno-politycznym. W tychże oglądamy doprawdy absurdalne sytuacje wynikające z łączenia porządku plemiennego i cywilizowanego. Nie jestem czarownicą zawiera w sobie bowiem subtelną krytykę funkcjonowania społeczeństwa. Z jednej strony mieszkańcy Zambii marzą o życiu podobnym do tego prowadzonego w Europie czy Ameryce: chcą nosić fantazyjne fryzury, przeprowadzać sprawne procesy sądowe oraz edukować dzieci w szkołach. Z drugiej jednak wciąż wierzą w szamanów (jeden z nich usilnie stara się udowodnić swoją autentyczność), twierdzą, że dziewięciolatka pożarła całą rodzinę mężczyzny (!) i proszą ją o wywołanie deszczu. Afryka przedstawiona w Nie jestem czarownicą to Afryka w rozkroku pomiędzy marzeniami o nowoczesności a silnym osadzeniem w kulturze plemiennej. Nyoni nie chce oceniać, nie stwierdza, że wierzenia Zambijczyków są głupie. Bywają po prostu krzywdzące i stronnicze, a także traktowane instrumentalnie. Swoisty etnograficzny charakter filmu zostaje osiągnięty dzięki obserwacyjnemu stylowi. Nie jestem czarownicą bazuje głównie na długich, statycznych ujęciach i częstym odbieganiu od głównej osi fabularnej i historii samej Shuli. Zabiegi te, choć przydatne w przyjętej przez reżyserkę metodzie przyglądania się światu, ze względu na egzotyczność realiów potrafią wytworzyć u widza zbyt duży dystans.

Dziewczynka zostaje sprowadzona do poziomu przydatnego kuriozum, którego los zależy wyłącznie od kaprysu urzędnika.

Jednakże Nyoni serwuje jeszcze bardziej gorzką refleksję. Jedyną szansą dla Shuli i kobiet jej podobnych jest bowiem bezrefleksyjne wykonywanie poleceń. Bezwzględne posłuszeństwo wobec urzędników i polityków daje możliwość wyrwania się z obozu dla czarownic i, przy sporym szczęściu, wydostania się ze społecznego marginesu. Shula zaczyna pełnić rolę arbitra w lokalnych sporach, w których nie liczy się, czy oskarżony faktycznie jest winny — wystarczy, że ktoś inny stanie się kozłem ofiarnym, by czarownica spotkała się z sympatią swoich „zwierzchników”. Taki awans społeczny nie jest jednak całkowicie usłany różami, czego przykładem jest żona lokalnego urzędnika, pana Bandy, i jej historia. Kobieta również została oskarżona o czary, ale dzięki całkowitemu poddaństwu udało jej się wyjść za mąż za szanowanego człowieka, zamieszkać w wielkim domu i odzyskać osobistą wolność. Niestety, jedynie częściowo. Wychodząc z domu, wciąż musi bowiem brać ze sobą szarfę wiedźmy, która pozostaje obiektem kpin i prowokuje agresję otoczenia. Na tym jednak przykrości się nie kończą. Shula staje się swego rodzaju maskotką Bandy, który wykorzystuje ją w celach zarobkowych, promując własną osobę. Dziewczynka zostaje sprowadzona do poziomu przydatnego kuriozum, którego los zależy wyłącznie od kaprysu urzędnika.

W jednej ze scen prowadzący talk-show w telewizji zadaje panu Bandzie pytanie: „Co jeśli ona jest tylko dzieckiem?”. Pozostaje ono bez odpowiedzi, bo ta nie byłaby na rękę w zasadzie nikomu: władzom żerującym na plemiennym wierzeniom, tradycyjnym społecznościom odrzucającym z byle powodu poszczególne jednostki, mieszkańcom cywilizowanych miast, którzy z jednej strony marzą o zachodnim stylu życia, a z drugiej przyzwalają na tak prymitywne praktyki, i wreszcie turystom, których jedynym zmartwieniem jest zrobienie sobie udanego selfie z wiedźmą. A w środku tej mieszanki tradycyjnego i cywilizowanego pozostaje dziewięciolatka z przytwierdzoną do pleców szarfą, skazana na społeczny ostracyzm, pogardę i rosnące rozgoryczenie.

Ostatnio dodane