Nowości kinowe

DUNKIERKA. Wizualna uczta niepozbawiona wad

Dunkierkę napędza sztuczne serce, brakuje tu pulsującej żywym mięsem pompy na przykład Szeregowca Ryana, ale technicznie produkcja jest bez dwóch zdań znakomita.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Tik tak tik tak tik tak tik tak tik tak tik tak tik tak tik tak tik tak...

Dunkierka to produkcja fenomenalna w każdym aspekcie pod względem technicznym. Idealnie sterująca uwagą widza kompozycja kadrów, przepiękne zdjęcia Hoytego van Hoytemy, bezbłędny montaż, fenomenalna narracja za pomocą muzyki – tak jak za Incepcją chodziło to Zimmerowskie „BOOOOOOOOOOOOOM”, tak tutaj głowę drąży nieustannie tykanie zegarka (w różnym natężeniu), bo goniący bohaterów czas jest podstawowym elementem fabuły. Oprócz nielicznych momentów, gdzie ciemny filtr zaczynał irytować, nie mam filmowi pod względem technologicznego przepychu nic do zarzucenia – Nolan to dzisiaj jeden z najlepszych wizualnych inżynierów w Hollywood, jeśli nie najlepszy.

W końcu też poprawiła się strona fabularna, z którą u Nolana zawsze były problemy. Od rozwodnionych wątków, zbytniego opierania się na twistach, przez papierowe postacie, łopatologiczną filozofię, aż po najgorsze – dialogi bardziej brzmiące jak wieczorek czytania mądrości z ciasteczek z wróżbą niż dialogi żywych ludzi. Tutaj narracja w lwiej części została przeniesiona na barki strony wizualnej, gdzie Nolan zdecydowanie czuje się najlepiej – sceny nie wymagają komentarza, bohaterowie nie muszą tłumaczyć, co się dzieje, bo muzyka sprzężona z ich grą ciałem i znakomitym ruchem kamery mówi wszystko. W końcu ludzie u Nolana siedzą cicho, nie rzucają banałami, przeżywają wydarzenia – pewien konkretny wycinek wojny.

Chociaż nadal jest tu zdecydowanie zbyt dużo emocjonalnej kalkulacji. Obok znakomitych niemych scen, emanujących silnymi emocjami, dostajemy cały potok tych dosyć wymuszonych, gdzie reakcje bohaterów wypadają sztucznie, są odgrywane ze scenariusza 1:1. Nolan jest niestety (chociaż w niektórych aspektach na szczęście) nie humanistą, a ścisłowcem, trochę robotem, przez co ta jego flegmatyczna uczuciowość przelewa się na ekran (wystarczy przypomnieć, jak bardzo stłamszony przez wizję Nolana był Christian Bale w Batmanach). Tutaj czynnik ludzki jest zdecydowanie silniejszy niż w poprzednich filmach Brytyjczyka, aktorzy mają więcej miejsca na oddech, ale nadal jest to emocjonalność zbyt od linijki. I są momenty nolanowskie, gdy postacie zaczynają zbyt dużo mówić, zmierzając w stronę patosu, nieprzystającego do skrupulatnie budowanego klimatu – Kenneth Branagh zaczynał tak odlatywać kilka razy, na szczęście minimalizm ostatecznie wygrał.

I ten brak krwi, dosłowności – film wojenny w PG-13 – był może ciekawy w założeniach, ale nie mogłem wytrzymać, gdy po eksplozjach bomb i w pełnych napięcia scenach po ekranie latały kukły wypełnione słomą, a postacie upadały jak rażone kulą w Counter Strike’u na najniższych ustawieniach albo z jakąś blokadą rodzicielską. Również narracyjne kombinacje, które tak uwielbia reżyser, psuły momentami tempo poszczególnych wątków – jeszcze żeby zostawił skakanie między postaciami, a on dorzucił do tego różne czasowe aberracje, co przy zatrzęsieniu żołnierzy zlewających się w jedną masę (co jest akurat dobrym motywem) nie pomagało w emocjonalnej inwestycji widza. Mógł sobie je darować, bo i tak napchał tutaj wątków jak babcia boczku w smalec.

Na szczęście Nolan dał się porwać swojemu technicznemu talentowi, nie bawi się w bycie nowym Michaelem Mannem czy Stanleyem Kubrickiem – to zdecydowanie jego najlepszy film autorski, chociaż dosyć poszatkowany, będący bardziej kinowym doznaniem niż opowiadaniem koherentnej historii, co mnie jednak ujęło. W ogóle widać, jak bardzo Nolan zapatrzył się tym razem w Siergieja Eisensteina, bo niektóre sceny to przefiltrowanie montażowych odkryć klasycznego reżysera przez XXI-wieczną technologię. Solidnie wygląda też strona aktorska – sprawdzeni aktorzy robią tutaj swoje, chociaż zostają zamknięci w rolach figur z kina wojennego: dobroduszny komandor (Kenneth Branagh), twardy pilot (Tom Hardy), zawzięty patriota (Mark Rylance). Aż dziw, że w ten miks Nolan nie wrzucił swojego etatowego Michaela Caine’a, który użycza tylko głosu w radio. Natomiast młodzi protagoniści, jak Fionn Whitehead czy Harry Styles, są częścią skotłowanej i przerażonej masy – główną rolę grają tutaj przede wszystkim wydarzenia, niewidzialny wróg, ciągłe niebezpieczeństwo. Doceniam konsekwencję tego pomysłu, wprowadzającą dozę unikalności do skostniałego kina wojennego. To znakomite kino survivalowe, gdzie liczy się nie tyle nakreślenie złożonych postaci (bo tych tutaj nie uświadczymy), co po prostu obserwowanie, czy uda im się przeżyć – chwilowy współudział widza w wysokobudżetowej rekonstrukcji. Chociaż tutaj kuleje trochę narracja przez skakanie między wątkami, gdy zamiast trzymać się bohaterów po napiętej scenie, przeskakujemy do medytującego na molo Branagha albo przecinającego niebo Hardy’ego.

Przeszkadzało mi tutaj trochę rzeczy, ale większość z nich wychodziła dopiero po seansie – w kinie nowy Nolan trzyma za gardło, Hans Zimmer oplata złowieszczo odliczającą muzyką, a sceny podniebnych starć jeszcze nigdy nie wyglądały tak widowiskowo. Na pewno warto zobaczyć najnowszy film Brytyjczyka na jak największym ekranie. Nie mam jakiejś wielkiej ochoty na powtórny seans, ale sporo sekwencji już na dobre wpiło mi się w umysł. Dunkierkę napędza sztuczne serce, brakuje tu pulsującej żywym mięsem pompy na przykład Szeregowca Ryana, ale technicznie produkcja jest bez dwóch zdań znakomita.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane