Nowości kinowe

AVENGERS: WOJNA BEZ GRANIC. Zróbmy wszystko i zróbmy dużo

Gdy nadchodzą napisy końcowe, pozostaje uczucie, że chciało się przeżyć to wyjątkowe i satysfakcjonujące widowisko jeden, jedyny raz.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Spoglądałem w kinie ukradkiem na leciwych już krytyków obok mnie. Notowali coś w kajecikach. Tak zapewne się robi, aby mieć ustrukturyzowany tekst i przywołać w nim fabularne punkty kulminacyjne omawianego dzieła. Rozmyślałem też nad tym, jak odbierają to, co widzą na ekranie. Wyglądali jak zagubieni studenci przed egzaminem, choć to nie był wykład, a bardziej – sprawdzian. Avengers: Wojna bez granic to kino nie biorące jeńców. Przyjemność jest nagrodą za uczestnictwo w tej grze od początku do końca, a surowi egzaminatorzy to 18 dotychczasowych filmów MCU. Krótko: bez znajomości uniwersum można się pogubić.

Cokolwiek więc dzieje się w tej wielowarstwowej fabule pięknego, radosnego lub przerażającego, opiera się na mocnych filarach poprzedników.

Thanos zbliża się do Ziemi i jeśli nie wiecie, kim jest ów jegomość – do zobaczenia; wróćcie, gdy nadrobicie poprzednie filmy. Olbrzym ma dwa cele: pierwszy to zdobyć Kamienie Nieskończoności (jeśli nie kojarzycie nazw tych błyskotek, to również żegnam), a drugi to wybić połowę wszechświata w celu przywrócenia homeostazy. Na jego drodze staną rozsypani Avengers (jeśli nie wiecie, czemu rozsypani, to biegnijcie obejrzeć Kapitana Amerykę: Wojnę bohaterów), Strażnicy Galaktyki, czarodzieje, rozgadany nastolatek z Nowego Jorku, cała Wakanda, Asgardczycy i absolutnie wszyscy, którzy liczą się w MCU. Po drodze poskaczemy pomiędzy miejscami, popodróżujemy przez kosmos, a nawet stracimy po drodze kilku swojaków. Cokolwiek więc dzieje się w tej wielowarstwowej fabule pięknego, radosnego lub przerażającego, opiera się na mocnych filarach poprzedników.

W najnowszej kinematografii nie ma podobnego projektu będącego wypadkową fabularną i stylistyczną całej serii, korzystającego z takim rozmachem z bohaterów, aktorów czy światów konstruowanych przez kilku reżyserów. Bardzo trudno oceniać więc Avengers: Wojnę bez granic jako samodzielną opowieść, bo potencjał wynikający z „łączności świata” jest w tym przypadku pierwszą przyczyną jej powstania. Zawsze to jakiś argument dla tych, którzy nie „czują” konceptu i uważają – być może słusznie – że oceniać powinno się go w oderwaniu od uniwersum. Interakcje między bohaterami mogą wydać się wtedy płytkie, fabuła pędzić na łeb na szyję, a obligatoryjne żarty gryźć z raczej ponurą już od prologu atmosferą. Można z drugiej strony zachwycić się narracyjnym projektem, korporacyjnym PR-em Marvela i kolektywną pracą reżyserów na rzecz spójnego mitu. Można to mieć też w nosie. Obserwatorzy popkultury raczej nie mają.

Bracia Russo wyszli na ring odważniej niż poprzednio (chociaż obecność Jamesa Gunna w segmencie ze Strażnikami Galaktyki jest wyczuwalna, przynajmniej na początku). Nowatorstwo działa na ich korzyść, bo chociaż Steven Spielberg próbował w podobny sposób nagradzać widzów w swoim przereklamowanym Player One, to bracia obiecują im nieco więcej niż festiwal smaczków oraz gościnnych występów. Spielberg porozrzucał martwe skórki popkultury, licząc, że ktoś podejmie wyzwanie, aby je wszystkie pozbierać, a twórcy Wojny bez granic wiedzą, że na seans przyszły głównie osoby przygotowane do odpytki.

Żeby podczas tego dwuipółgodzinnego lotu wystarczyło paliwa rakietowego, historię podzielono na rozdziały. Koncentrują się na kilku aspektach desperackiej misji przeciwstawienia się Thanosowi. Nie jest to film jedynie o inwazji, ale przygotowywaniu się na nią i próbie jej uniknięcia. Odwiedzimy obce planety, kilka krajów, a także mroczne części duszy antagonisty. Aby się w tym nie zgubić, drogowskazami dla widza będą wielkie plansze z napisem chociażby „KOSMOS”.

Trudno się pisze o tej produkcji, gdy nie można koncentrować się na wyborach fabularnych ani problematycznym zakończeniu, bowiem pierwszy seans musi być dla fanów niekończącym się oczekiwaniem na roztrzaskanie status quo, które na tym etapie po prostu musi dojść do skutku. Dopiero przy powtórce wystarczy być może sił, aby dostrzec niuanse. Są momenty, w których widowisko zwyczajnie się dłuży, a siedzenie na szpilkach może wynikać też z tego, że nie za bardzo pozwala ono na spokojne przetrawienie wszelkich „szokerów”. Są też takie chwile, kiedy gradacja napięcia (pierwszy akt!) jest na poziomie najlepszych thrillerów.

Aktorzy spisali się poprawnie albo bardzo dobrze, wszak wracają do znanych sobie bohaterów, chociaż szkoda, że brakuje tutaj scen, w których prezentują więcej niż dotychczas. Między przekomarzaniem się i znaczeniem terenu zdarzają się tylko drobne wyjątki u tych, którym waga konfliktu wydaje się nieporównywalnie cięższa od wszystkiego, co dotychczas zdarzyła się w ich życiu. Prawdziwe emocje na szczęście nie giną w potopie dopracowanego, ale momentami zbyt wszędobylskiego CGI, nieustannej ucieczki oraz wymyślania zasadzek. Co ciekawe, kamera najchętniej podąża za złoczyńcą, bardzo ciekawym i świetnie podbudowanym. Josh Brolin użyczył Thanosowi nie tylko głosu oraz mimiki, ale również siły wynikającej z pewności siebie w studiu filmowym. Zdecydowanie oświetla ona niszczyciela istnień, o którym mówiono złośliwie po ukazaniu się pierwszych materiałów promocyjnych, że przypomina fioletowego Homera Simpsona.

Jest w Avengers: Wojnie bez granic taka wyciszona scena w ostatnim akcie, w której dzieje się sporo, choć powoli i przy akompaniamencie najspokojniejszego motywu muzycznego w całej serii. Możemy na chwilę przyjrzeć się przerażonym twarzom herosów, a także ich przeciwnikowi. Wcześniej jakoś to nie wybrzmiało we właściwy sposób – ani osobiste krzywdy, ani bolesne powroty po latach, a nawet dramatyczne spotkania. Film za bardzo się śpieszył, a interakcje odbębniał zdawkowym „cześć, jestem taki i owaki, zaraz będziemy walczyli u swojego boku”.

I w końcu znajduje się między tym wszystkim chwila na łzy i pytania, ale to nie one są wtedy najważniejsze. Po prostu – nareszcie ten efektywny maraton pozwala odetchnąć, abyśmy przeanalizowali dokładnie to, co się przed chwilą zdarzyło. Gdy nadchodzą napisy końcowe, na których zwyczajowo wypadałoby zostać, pozostaje uczucie, że chce się jednak przeżyć to satysfakcjonujące widowisko jeden, jedyny raz. Podobnie jest zresztą z „wielkimi crossoverami” w świecie komiksowym, bo jeśli zdarzają się częściej niż jeden na dekadę, wywołują tylko wzruszenie ramion. Nie tylko dlatego, że częste zabawy w „zróbmy wszystko i zróbmy tego dużo” obdzierają serię z powagi, ale dlatego, że można się opętańczą rejestracją tego wszystkiego najzwyczajniej w świecie znużyć.

Ostatnio dodane