Nowości kinowe

120 UDERZEŃ SERCA. Odliczanie do własnej śmierci

Niezależnie od poglądów warto zobaczyć, jak przedstawiono tu walkę o godność człowieka, której i dzisiaj często brakuje.

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

Film Robina Campillo przepełnia poczucie beznadziei. Członkowie paryskiej filii grupy ACT UP – zrzeszającej osoby z wirusem HIV – w większości chorują, a ich stan szybko się pogarsza. Dostępne na rynku leki nie pomagają, a prace nad nowymi przedłużają się. A liczy się każdy dzień. Czekanie rok na wyniki badań nad nowymi środkami jest nie do przyjęcia, ponieważ w tym czasie część aktywistów umrze. Chcą, żeby nie tylko ich życie, lecz także śmierć była świadectwem powagi sytuacji i skali problemu. Sytuację pogarsza brak konkretnych działań ze strony rządu, który nie informuje jak można zarazić się wirusem HIV ani nie pomaga chorującym na AIDS. Brak świadomości i profilaktyki w społeczeństwie pogłębia epidemię, więc członkowie ACT UP sami prowadzą akcje edukacyjne, rozdają ulotki i głośno mówią o tym, co jest niewygodne dla mediów. Wszystkiemu towarzyszy świadomość napiętnowania i pogardy oraz widmo powolnej, wyniszczającej śmierci. Mimo to bohaterowie potrafią każdego dnia znaleźć powód do uśmiechu.

Reżyserowi udało się połączyć historię ogółu i jednostek, nakreślić kontekst społeczno-polityczny i przypomnieć, jak wyglądał świat zanim stał się globalną wioską. Nie zabrakło soczystych dialogów, prawdziwych postaci i symbolicznych, działających na wyobraźnię scen. Jedyne, czego w filmie jest za dużo, to przerywników między kolejnymi segmentami. W tych scenach wychodzi artystyczne zacięcie Robina Campillo, który za często stawia inscenizację nad fabułą, choć to treść jest tu najważniejsza. 120 uderzeń serca zachwyciło w Cannes widownię jurorów oraz krytyków i ostatecznie otrzymało Grand Prix.

Robin Campillo potrafi pokazywać zarówno małe, jak i duże dramaty.

120 uderzeń serca próbuje pokazać różne aspekty sytuacji chorych na AIDS oraz ich zmagań, którzy domagają się wsparcia rządu, coraz większej obecności w mediach i uświadamiania społeczeństwa. Nie walczą tylko dla siebie – chcą zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się epidemii, by każdy mógł żyć i zawierać związki z kim chce, a przy tym nie narażać nikogo na śmiertelną chorobę. Szczególną uwagę zwraca akcja ACT UP przeciwko koncernowi farmaceutycznemu Melton Pharm. Rozrzucane w ich biurze worki ze sztuczną krwią, rozklejane kartki z napisem MORDERCY i okrzyki aktywistów składają się na symboliczną, zapadającą w pamięć scenę. Jednak niektóre praktyki grupy przypominają bardziej działanie partii politycznej. Takie są ich manifestacje z hasłami uderzającymi w głowę państwa, umieszczanie na książkach naklejek informujących o homofobicznych treściach, prowokacyjne plakaty i hasła. Niezależnie od słuszności takich akcji, reżyserowi nie można odmówić inscenizacyjnego drygu. W scenie marszu z okazji Światowego Dnia AIDS uczestnicy kładą się na ulicy z białymi krzyżami, co pokazane z lotu ptaka robi piorunujące wrażenie.

W historii grupy nie zabrakło miejsca dla jednostek. Na pierwszy plan wybija się charakterystyczny, choć drobnej budowy Nahuel Pérez Biscayart jako młody buntownik Sean Dalmazo. To prawdziwy wulkan energii, pełen życia i kreatywności, który za wspólną sprawę chce walczyć w pierwszym szeregu. Z kolegami z ACT UP opracowuje choreografię na Paradę Równości, gdzie występują w rolach cheerleaderów z pomponami. Nie boi się wtargnąć do siedziby Melton Pharm, nie boi się policji ani dyskusji na drażliwe tematy. Im bardziej widać jego żywiołowość, z tym większą przykrością patrzy się na jego postępującą chorobę. Jego stopniowe i nieuniknione umieranie oddziałuje na resztą bohaterów – matkę, chłopaka, kolegów i koleżanki z grupy – ponieważ przez swoją śmierć przypomina im, o jaką stawkę toczy się gra. Robin Campillo potrafi pokazywać zarówno małe, jak i duże dramaty, co jest największą zaletą filmu 120 uderzeń serca. Niezależnie od poglądów warto zobaczyć, jak przedstawiono tu walkę o godność człowieka, której i dzisiaj często brakuje.

Ostatnio dodane