Recenzje

NINJA RESURRECTION: Krwawa zemsta Yubeia Yagyu (1997)

Solidne anime, które jednak nie dorównuje "Ninja Scroll".

Autor: Adam Łudzeń
opublikowano

Jednooki bohater

Po Ninja Scroll przyszedł czas, aby zapoznać się z kolejną częścią przygód Jubeia, w której jesteśmy świadkami wcześniejszych losów tego bohatera.

Ninja Resurrection: The Revenge Of Jubei to wspólna nazwa dwóch epizodów (drugi bez podtytułu The Revenge Of Jubei) – The Cant Of Hell oraz Hell’s Spawn. W nich możemy poznać wcześniejsze losy i przygody bohatera oraz całkowicie inną opowieść, zupełnie nie związaną z wydarzeniami z Ninja Scroll. Całość to tylko początek jakby dłuższej, przynajmniej kilkuodcinkowej serii (OAV), a dowód tego jest taki, że drugi epizod (Hell’s Spawn) kończy się tak, jakby dopiero coś konkretnego miało się wydarzyć. Ogółem to dobry sequel (właściwie prequel), lecz niestety nie dorównujący świetnemu pierwowzorowi.

W pierwszym epizodzie poznajemy historię rewolucji przeciwko rządom klanu Tokugawa. W siedemnastowiecznej Japonii chrześcijanie byli równie dotkliwie prześladowani co w starożytnym Rzymie – widać to doskonale w filmie. Całą rewolucją dowodzi lord Shiro, który według legendy miał się stać kolejnym Jezusem Chrystusem. Lecz przepowiednia miała też drugą, całkowicie odwrotną stronę – jeżeli Shiro opanuje zło i zboczy ze ścieżki Pana – stanie się wcieleniem diabła, szatana. I tak też się dzieje, gdy rewolta zostaje w końcu stłumiona przez liczniejszą armię Shoguna. Do celu likwidacji Shiro zostaje wyznaczona specjalna grupa wyszkolonych wojowników ninja, doskonałych w swoim fachu, na czele której stoi nasz główny bohater – Jubei (trochę niezrozumiałe jest to, że nie ma oka, ale o tym dokładniej będzie później). Epizod kończy się w momencie, gdy prawie pokonany lord Shiro łączy się z pewną kobietą w celu późniejszego wskrzeszenia.

Epizod drugi to dalsze wyjaśnienie całej akcji. Pokazane jest przede wszystkim, w jaki sposób nasz bohater stracił lewe oko oraz ukazana jest jego przeszłość i rodzinna miejscowość. Pokazane są także dalsze losy sił ciemności – czyli historia wielkich i potężnych niegdyś wojowników, którzy teraz zostali wskrzeszeni i powrócili jako demony. Do życia budzi się także zreinkarnowany lord Shiro. Wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdyby nie fakt, że Hell’s Spawn kończy się właściwie w najlepszym i najciekawszym momencie. Demony zaczynają siać żniwo zagłady (ciekawostka: jeden z nich rzuca czymś w rodzaju miecza-bumerangu, który przecina dosłownie wszystko na swojej drodze – taki sam miał Tessai w Ninja Scroll), a Jubei wyrusza ku swemu przeznaczeniu.

Więcej akcji, więcej wydarzeń, więcej walk.

Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane obejrzeć dalsze losy bohatera, jego zmagania z siłami ciemności oraz zakończenie całej tej opowieści. Mam też nadzieję, że wyjaśni się kilka niezrozumiałych wątków – a mam tu na myśli konkretnie dwa. Pierwszy z nich – skoro są to wcześniejsze losy Jubeia niż w Ninja Scroll, to dlaczego bohater nie ma lewego oka? Przecież w pierwszej części jego oczy są jak najbardziej w porządku. Drugi fakt to nazwisko bohatera – w Ninja Scroll nazywał się Jubei Kibagami, zaś tutaj – Jubei Yagyu. Ale to już na szczęście nie jest takie dziwne jak pierwszy fakt. Yagyu to coś w rodzaju nazwiska rodowego i być może bohater zmienił je w późniejszym czasie na Kibagami (został przecież wygnany przez własnego ojca).

Z tych dwóch epizodów bardziej podobał mi się The Cant Of Hell – bardziej treściwy, bardziej konkretny. Więcej akcji, więcej wydarzeń, więcej walk. W drugim zaś szczególnie podobały mi się dwa fragmenty – sam początek, czyli prolog rozjaśniający nieco bieg wydarzeń oraz sama końcówka – gdy demony zaczynają działać.

O wiele brutalniejszy i krwawszy niż pierwsza część.

Sam film jest o wiele brutalniejszy i krwawszy niż pierwsza część. Tutaj należy się prawdziwe ostrzeżenie, bo jest naprawdę ostro – hektolitry krwi na ekranie, rozcinanie ciał, latające ludzkie szczątki, odcięte członki. Jest sporo seksu, a nawet nekrofilia. Pod względem brutalności, filmowi z pewnością należy się zasłużony znaczek z liczbą „18”, a i tak moim zdaniem to za mało. I nie muszę chyba wspominać, żeby osoby mdlejące na widok kropelki krwi trzymały się z dala od tej produkcji. Animacja jest bardzo dobra, ale i tak moim zdaniem nieco gorsza od tej w Ninja Scroll. Postacie są dobrze narysowane, kolorystyka odpowiednio dobrana.

Dźwięk i muzyka – bez zarzutów, choć muszę przyznać, że oprawa muzyczna podobała mi się bardziej niż ta z pierwowzoru. Ogółem – jeśli chodzi o wykonanie techniczne – nie można się przyczepić. Przez cały czas trwania filmu przez ekran przewijają się różnorodne postacie (jest nawet smok!), ale nie są one tak fajne, charakterystyczne i wyraziste jak w pierwowzorze. Pojawia się tu całkiem niezła drużyna Jubeia, ale jest w filmie zdecydowanie za krótko. A demony zaczynają dopiero naprawdę działać w momencie, gdy cała fabuła się urywa. Szkoda. W całą opowieść wpleciony jest także legendarny japoński wojownik – mistrz Musashi. Poznajemy także ojca Jubeia.

Mimo że jest to dobry film anime – niewątpliwie całość odbiega jednak od pierwowzoru. A przynajmniej te dwa epizody. Do tego to urwanie wszystkiego jakby w połowie – nie lubię takich „eksperymentów” i z pewnością wielu widzów także. Każdy zapewne wolałby obejrzeć całość. A osoby, które nigdy wcześniej nie oglądały Ninja Scroll, nie odczują pewnego rodzaju magii przykuwającej mimo wszystko uwagę do ekranu – w tym przypadku jest to postać głównego bohatera, łącząca obydwa filmy. Co do końcowej oceny – z pewnością byłaby wyższa, gdybym obejrzał całą opowieść wraz z zakończeniem. A w takim przypadku – no cóż, niestety kończy się „tylko” na siódemce z kawałkiem.

     
Grupa wojowników ninja pomagających Jubeiowi.
     
Mała armia lorda Shiro (wraz z nim) – demony pod postacią potężnych niegdyś wojowników.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane