Recenzje

NIEPOKONANI (2010). Naprawdę kiepscy

Autor: Anna Dranikowska
opublikowano

Z moich pierwszych prób literackich najlepiej pamiętam lakoniczne streszczenie jakiejś przydługiej i niezwykle nudnej lektury, jakie napisałam w podstawówce. To było chyba o Sierotce Marysi. W każdym razie clou zawierało się w dwóch zdaniach: I poszli. Szli, szli i doszli. Dokładnie w ten sam sposób można streścić najnowszy film Petera Weira „Niepokonani”:

1. Janusz i jego kosmopolityczna drużyna uciekają z łagru na Syberii.
2. Idą, idą na południe.
3. Docierają do Indii.

W międzyczasie walczą o przetrwanie, uczą się człowieczeństwa, ale głównie zwiedzają. Ciąg dalszy nastąpi.

Bogato ilustrowany katalog biura podróży.

„Niepokonani” to wierna adaptacja książki Stanisława Rawicza „Długi marsz”. Sama książka – naprawdę dobry materiał na film. To, czy opisana i pokazana w filmie ucieczka rzeczywiście miała miejsce jest bez znaczenia. Ważne, że więźniom rzeczywiście zdarzało się uciekać z łagrów. To były brawurowe eskapady. Uciekinierzy pozorowali samobójstwo, przebierali się za pątników, zaś ciepła szukali we wnętrznościach zwierząt. To były naprawdę ekstremalne historie. W tym kontekście „Niepokonani” są równie emocjonujący, co muzyka relaksacyjna. Przeciwności losu i prób, którym poddawani są nasi bohaterowie nie widać, a Walka to tylko imię jednego z bohaterów. Uciekinierzy głównie idą, żeby nie napisać spacerują. Janusza i jego towarzyszy nikt nie goni ani też nikt się nimi nie interesuje. W czasie całej podróży, a wędrują między innymi przez normalnie dosyć zatłoczone Chiny, spotykają raptem pięć osób. Mają czas na kąpiele, strzyżenie i golenie. Rysują. Opowiadają sobie (niestety dosyć kiepskie) dowcipy. Modlą się. Przedzierają przez tajgę (piękne zdjęcia, podkreślające surowość przyrody Syberii), przepływają przez Bajkał, maszerują przez mongolskie stepy (wspaniałe zachody słońca) pokonują pustynię Gobi (widowiskowy atak burzy piaskowej), zwiedzają chiński mur, żeby wreszcie zatrzymać się u stóp Himalajów (majestatyczne szczyty tonące we mgle). Chyba nie bez powodu jednym z patronów medialnych filmu było National Geographic.

Drużyna Janusza.

Filmowi Petera Weira najbliżej chyba do pierwszej części trylogii Petera Jacksona. Tej o hobbitach. „Niepokonani” to taki „Władca Pierścieni” w wersji soft, czyli bez nadprzyrodzonych mocy i efektów specjalnych. Weir czerpie z filmu Jacksona pełnymi garściami. Wędrówka „Drużyny Janusza” uderzająco przypomina podróż, jaką odbyła Tolkienowska Drużyna Pierścienia. Niektóre ze scen są wręcz bliźniaczo podobne – wystarczy przypomnieć sobie otwierającą „Dwie Wieże” scenę pierwszego spotkania Aragona i jego kompanii z Rohhirrimami i odnieść to do analogicznej przygody Janusza na mongolskim stepie. Podobieństwa te kończą się niestety na samej drużynie. Towarzyszom Janusza (a i jemu samemu) brakuje osobowości, charyzmy i charakteru. Zamiast elfa, krasnoluda i dwóch hobbitów mamy małomównego architekta (nieznośnie patetyczny Ed Harris), artystę malarza, drobnego przedsiębiorcę – żartownisia, harcerza (sam Janusz, czyli irytujący Jim Sturgess), zabijakę o złotym sercu i oczywiście księdza. Jest jeszcze dziewczyna, wobec której panowie zachowują się jak na rasowych dżentelmenów przystało – czy to w tajdze, czy to na pustyni. Aktorzy grają bardzo przeciętnie, bo też nie bardzo mają co grać. Nigdy nie przypuszczałam, że to napiszę, ale na tle bezbarwnych i nijakich postaci pozytywnie wyróżnia się tylko Colin Farrell (Walka). Reszty bohaterów nie sposób właściwie rozróżnić do samego końca.

Film edukacyjno-dydaktyczny.

Przy tym wszystkim trzeba przyznać, że Weir wystawił nam niezwykle piękną laurkę na otwarcie Krakowskiego Plus OFF Camera. Skoro naszą odwagę zna już cały świat, to czego jeszcze możemy dowiedzieć się o nas samych z filmu Australijczyka? A na przykład tego, że Polacy „miłują wolność”, są dobrzy (to akurat nasza wada), nie przeklinają, nie piją i nie kradną. „Nie jesteśmy złodziejami” odpowie oburzony Janusz na propozycję jednego z uciekinierów, żeby zaopatrzyć się w jedzenie w pobliskiej wiosce. Polacy lepiej mówią po angielsku, niż po polsku. Rosjanie i Jugosłowianie zresztą też. W filmie znalazło się też miejsce na przedstawienie historii bloku socjalistycznego w pigułce. Mogą dowiedzieć się, że w 1968 roku Układ Warszawski wkroczył do Pragi, a nawet zobaczyć Lecha Wałęsę w jednej z migawek. Tym samym „Niepokonani” potwierdzają, że Anglosasi nie mają pojęcia ani o Polsce, ani o Rosji, ani o historii. Nie radzą sobie z wiarygodnym przedstawieniem realiów rosyjskich. Czy to wojna rosyjsko-francuska, czy to rewolucja październikowa, czy wreszcie obraz totalitarnego ZSRR. Nie radzi sobie również Weir ani współscenarzysta Keith R. Clarke. Obaj panowie ugrzęźli w schematach, zaś książek Sołżenicyna ani Herlinga-Grudzińskiego nie widzieli chyba na oczy, a oglądając ich naiwne wyobrażenia dotyczące Polaków i Rosjan nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać. Kroplą przelewającą czarę rozpaczy jest Rosjanin Walka, który nieśmiało proponuje swojej kompanii odrobinę wódki „bo mam urodziny, a u nas jest taki zwyczaj, że wznosi się toasty. Drużyna Janusza patrzy nań z potępieniem i nie wznosi toastu. Litości!! W tej samej materii Europejczycy z wiadomych powodów radzą sobie znacznie lepiej – dość przypomnieć „Wroga u bram” Jean Jacquesa Annaud, czy niemieckiego „Jeńca” o bardzo podobnej do „Niepokonanych” tematyce.

W filmie Australijczyka, poza pięknymi, chociaż dość banalnymi zdjęciami przyrody, niewiele jest do oglądania. Oczywiście obcokrajowcy mogą dowiedzieć się, jakim byliśmy dzielnym narodem. Pewnie, że byliśmy. Taka historia jak nasza zasługuje na lepszy film. Kiedy oglądam ostatnie dziesięć minut nie mogę uwierzyć, że nakręcił to Peter Weir. Ten od „Pikniku pod wiszącą skałą”, „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” i „Truman Show”.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane