Recenzje

NIE WRACAJ W TE STRONY (2005)

Wima Wendersa opowieść o straconych szansach.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Westernowo-wspomnieniowo

Najnowsze dziecko Wima Wendersa jest niczym guma do żucia, którą cierpliwie przeżuwamy i przeżuwamy, po to tylko, by na końcu stwierdzić z niejakim znużeniem, że może i była ona smaczna, ale jedynie przez kilka pierwszych minut. Nie wracaj w te strony to bowiem film, który już na początku odsłania wszystkie swe karty. Oto gwiazda westernów, wypisz wymaluj chodząca reklama Marlboro, ucieka z planu filmowego. Kowboj, kobieciarz i amator mocnych trunków, tknięty ni z tego ni z owego przedziwną iluminacją, postanawia nadać swemu życiu nieco więcej sensu. W tym celu powraca do rodzinnego miasteczka. I powyższa podróż sentymentalna połączona z przemianą wewnętrzną ma niby wszystkie cechy niezłego kina. Z tym że elementy te żyją w filmie Wendersa niejako własnym życiem, nie składając się ani na chwilę w równie niezłą całość. Bo choć pełno tu celnych metafor i wyrazistych postaci, to Nie wracaj w te strony staje się po jakimś czasie zwyczajnie nużące.

Być może wszystkiemu winna prosta jak drut koncepcja całości. Już główna klisza twardego kowboja – kobieciarza nie zostawia pola na jakiekolwiek interpretacje. A im dalej, tym gorzej. Ani klasyczny wątek powrotu syna marnotrawnego, ani żmudny proces oswajania przeszłości nie wywołają wśród widowni nawet grama emocji. Zamysł Wendersa okazuje się nazbyt oczywisty, aby powstać mógł z niego pełnokrwisty dramat. Prawdziwy problem rodzi się jednak dopiero na styku wszystkich rzeczonych wątków. Otóż Wendersowskie schematy, mimo że uparcie ze sobą krzyżowane, do samego końca szeleszczą papierem. Droga, po której kroczy Wenders nie zawiera zakrętów – jest przewidywalna, a co za tym idzie niewiele daje widzowi w zamian. Oto mamy więc w kinie teatr marionetek, w którym zarówno postacie, jak i zarys sztuki są od samego początku rozpoznane i określone. Taki jest też w efekcie film Wendersa, który do tego stopnia przejął się swą formą, że formą samą – mdłą wiązanką schematów – pozostał.

Ale jako że jest to wiązanka artystyczna, liczyć możemy także na kilka przyjemniejszych akcentów. Zachwycić może na ten przykład rozbrajająca dosłowność finałowej metafory. Otóż nasz gwiazdor Howard Spence (w tej roli sam autor scenariusza, słynny Sam Shepard) po licznych bojach pogodził się z rodziną. Oswajając przeszłość, zapomniał jednak o teraźniejszości. A ta postanawia upomnieć się o to, co słusznie się jej należy. Wspomniana TERAŹNIEJSZOŚĆ (w osobie agenta ubezpieczeniowego) szuka, szuka, aż wreszcie znajduje Howarda. Aktualne zobowiązania i wcześniej obrane cele zakładają Spence’owi kajdanki i wymuszają powrót do rzeczywistości – na plan filmowy. Bo, jak wiadomo, od życia się nie ucieknie. I Wenders bez żenady rysuje to rozdarcie w najdosłowniejszy z możliwych sposób. Chyba po raz pierwszy porzuca tu reżyser tak bliskie swemu sercu filmowe schematy. Szkoda tylko, że najbarwniejszy moment filmu grzęźnie niemiłosiernie w kowbojskiej szarości i nudzie.

Ani to wzrusza, ani porusza, ani bawi.

Trzeba przy tym przyznać, że aktorom udało się skutecznie obronić swych granitowych i wyrazistych do bólu bohaterów. Wenders zatrudnił w tym celu outsiderów – Sama Sheparda, Jessicę Lange i Tima Rotha. Skutecznie pozbawili oni swoje postaci pierwiastków ludzkich, ale takie też było i założenie reżysera. Powstał więc film kurczowo trzymający się raz obranych, jaskrawych rozwiązań oraz nieuchronnie zmierzający do oczywistych puent. Ani to wzrusza, ani porusza, ani bawi. Po co więc rodziło się w bólach przez lata? Wenders twierdzi, że opowiedzieć chciał historię o zmarnowanych szansach. Temat tak osobisty został tu jednak wyzuty z emocjonalności. Stał się do bólu plastikowy. I chociaż wszechobecny plastik mógł pociągać – jego hermetyczność mogła stać się zaletą – to jednak Wenders kolejny raz zmarnował swą szansę. W ten właśnie sposób Nie wracaj w te strony stało się – a jakże – autotematyczne. Co jednak wcale nie wyszło nikomu na zdrowie..

Tegoroczny festiwal w Cannes zdominowały filmy traktujące o podróżach sentymentalnych. Z tym że Broken Flowers czarowało i zaskakiwało, a Nie wracaj w te strony, jak się później okazało, nie warte było ponownego spotkania. Jarmusch snuł swą opowieść przewrotnie i prawdziwie. Wyruszał w drogę po to tylko, by w ostatecznym rozrachunku błyskotliwie zakwestionować jej sens. Wenders z kolei nakręcił swój film bez werwy i pomysłu. Ostatecznego wyboru dokonają jednak w kinach sami widzowie – według gustu i nastroju…

Tekst z archiwum film.org.pl (18.10.2005).

Ostatnio dodane