VHS

NEONOWI MANIACY. Groza lat 80. w pigułce

Co decyduje o długowieczności horroru? Często nie tylko innowacyjność czy wykonanie, ale także szczęście, którego "Neonowym maniakom" zabrakło. Zamiast sławy, sequeli i remake'ów, mogą się jednak poszczycić statusem filmu kultowego.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Wszystko, co przychodzi wam do głowy, gdy słyszycie słowo "VHS"

Neonowi maniacy to jeden z tych filmów, które nie potrzebują żadnej reklamy poza okładką kasety. Wystarczy rzucić okiem na dziwaczne, barwne postacie z groźnymi minami, żeby duch lat 80. zmaterializował się w naszych pokojach i dyskretnie wsunął VHS do wnętrza magnetowidu.

Okładka, choć piękna, jest także źródłem drobnego przekłamania – mniej więcej pośrodku grafiki widnieją charakterystyczne dwie wieże World Trade Center, jednak już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że dwanaście tytułowych demonów (przyjmę to pojawiające się często w opisach określenie, choć z samego filmu nie wynika, czym są tytułowi „maniacy”) rezyduje pod mostem Golden Gate, na drugim brzegu Stanów Zjednoczonych. Nieco chybione jest także polskie tłumaczenie tytułu, bo chociaż angielskie „maniac” natychmiast kojarzy się z polskim „maniakiem”, to znaczenia tych dwóch słów są różne. Polski „maniak” to ktoś ogarnięty jedną myślą czy ideą albo osoba oddana swojej pasji; angielski „maniac” to także „szaleniec” i niewątpliwie o „neonowych szaleńców” twórcom filmu chodziło. Poza wydaniem Best Filmu, istnieje jeszcze wersja opublikowana przez mniejszego dystrybutora – Helios, gdzie językową dwuznaczność wyplewiono całkowicie i przemianowano horror na Potwory nocy.

Taśma nie zawiera zwiastunów, zaczyna się od błyskawicznego zabójstwa, po którym natychmiast zostajemy przeniesieni do stereotypowego świata filmowych nastolatków żyjących w latach 80. Ich główne problemy dotyczą relacji damsko-męskich – zerwań, antykoncepcji oraz konfliktu między zapalczywymi zwolennikami cnotliwości a propagatorami promiskuityzmu. Dalszego ciągu łatwo można się domyślić, w końcu Neonowi maniacy to perfekcja gumowego terroru, a zarazem esencja filmu grozy datowanego na 1986 rok.

Za jedną z najczęściej wyśmiewanych scen uchodzi ta, w której duch/demon zostaje pokonany za pomocą pistoletu na wodę, ale przekonanie o niszczycielskim wpływie wody na nadprzyrodzone istoty jest głęboko zakorzenione w wielu kulturach. W książce The Urantia Revelation: The Structure and Meaning of the Universe Explained można przeczytać: „Kąpiele u wczesnych plemion nigdy nie były związane z celami higienicznymi, lecz z aktami rytualnymi”, z kolei w książeczce Jak pokonać duchy?, którą co wieczór czytam synowi, zanotowano taką wskazówkę: „Jeśli nawet wanna jest pełna piany, duchy nie podejdą, bo nie znoszą wody! Jeżeli je trochę ochlapiesz, od razu uciekną i będą próbowały się wysuszyć!”. Czy twórcy filmu dodali ten element po dogłębnym zbadaniu tematu w czasach, gdy latające samochody zdawały się być realniejszą wizją od globalnej sieci informacyjnej? Wątpię, ale w tym akapicie chcę pokazać, że nie wszystko, co w starych horrorach zdaje się być absurdem, faktycznie nim jest. Nie zmienia to natomiast faktu, że wielbiciele kiczu zakończą seans wyjątkowo usatysfakcjonowani.

Na ekranie pojawiają się szlam, kuso ubrane kobiety, przepych praktycznych efektów specjalnych, występ glam rockowego zespołu, ballada z saksofonem w tle, sceptyczny policjant... czyli pięknie udekorowana wizytówka epoki.

Jest tutaj samuraj, jest szalony doktorek (w tej roli debiutujący Andrew Divoff, znany fanom horroru jako Władca Życzeń), jest nazistowski motocyklista, są Indianin i jaskiniowiec, jest też po prostu trudne do sklasyfikowania monstrum, a w dodatku wszyscy wystylizowani na żywe trupy. Mało tego, na ekranie pojawiają się także szlam, kuso ubrane kobiety, przepych praktycznych efektów specjalnych, występ glam rockowego zespołu, ballada z saksofonem w tle, sceptyczny policjant… czyli pięknie udekorowana wizytówka epoki z wszystkimi jej zaletami i wadami. Czy jednak Neonowi maniacy są od początku do końca zbiorem klisz?

Autorzy filmów typu Dziewczyny śmierci albo Ava’s Possessions przechwalają się obraniem nowatorskich perspektyw, jakich nikt wcześniej nie odważył się pokazać w filmie grozy. Faktycznie różnica polega jednak na świadomości, bo choć reżyser Joseph Mangine (autor zdjęć do między innymi obydwu części Aligatora i Squirm, który reżyserowania po Neonowych maniakach miał do tego stopnia dosyć, że już nigdy się go nie podjął) oraz scenarzysta Mark Patrick Carducci (napisał także Dyniogłowego, a w 1997 roku popełnił samobójstwo, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią matki) mogli tego nawet nie dostrzec, to już na starcie zafundowali nam zabieg zaskakujący jak na rok 1986. Grupa nastolatków, która według prawideł sztuki tworzenia horroru powinna umierać przez całe dziewięćdziesiąt minut, ginie w zaledwie kilku scenach, a przez resztę filmu śledzimy poczynania na zmianę zszokowanej i epatującej radością „final girl”. Kiedy jednak docieramy do momentu poprzedzającego spodziewany pojedynek ostateczny, pojawiają się… napisy końcowe.

Powód jest banalnie prosty – potężna dziura budżetowa. Mangine nie wykazał się gospodarnością na miarę Lloyda Kaufmana czy Rogera Cormana, a w dodatku część producentów nie wywiązała się z zobowiązań, co poskutkowało przerwaniem zdjęć na trzy miesiące, rezygnacją części obsady (najlepiej widać to w napisach, gdzie przy każdym z „maniaków” wymienione są dwa-trzy nazwiska), a nawet ucieczką operatora wraz z całą aparaturą niezbędną do kręcenia zdjęć. Scenarzysta i reżyser nie żyją, a ściśle kiczowaty charakter filmu prawdopodobnie nigdy nie pozwoli na stworzenie remake’u. Nigdy nie poznamy prawdziwego zakończenia, ale nie poznamy go także w chociażby Miasteczku Twin Peaks, więc warto przymknąć oko i z satysfakcją dotrwać do samego końca. Na zachętę dodam, że usłyszycie wówczas magiczne: „Czytał Tomasz Knapik”.

Ostatnio dodane