Recenzje

NA KRAWĘDZI (1993). Powrót do pierwszej ligi

Kipiące dynamizmem kino akcji.

Autor: Tomasz Urbański
opublikowano

Na skraju fotela

To miał być ważny film. Ważny dla Sylvestra Stallone, wielkiego gwiazdora kina akcji lat 80., który na początku lat 90.  spróbował swych sił w komediowym repertuarze. Niestety nie do końca poszło tak jak powinno i mimo tego, że Oskar był kapitalną farsą w starym stylu, to już Stój, bo mamuśka strzela okazało się klopsem. Razem zarobiły liche pieniądze i Sly, zaniepokojony faktem, że coraz rzadziej będzie pojawiać się na dużym ekranie, postanowił wrócić do klasycznego, pełnokrwistego kina akcji. Napisał zatem scenariusz, który zaakceptowali szanowni panowie producenci Mario Kassar i Andrew Vajna z Carolco Pictures i zaprosił na stołek reżyserski Fina Renny’ego Harlina. Wszyscy razem w znoju i pocie czoła ciężko pracowali, aby ostatnia dekada dwudziestego wieku wciąż była pasmem sukcesów Sly’a. Aby zwyczajnie wyszło z tego coś dobrego. I wyszło.

Już pierwsze minuty diabelnie mocno trzymają w napięciu.

Fabularnie rewelacji nie było. Scenariusz to tradycyjna historia „dobrego” – ratownika górskiego Gabe’a Walkera (Sylvester Stallone), który przypadkiem zostaje zaangażowany do akcji ratunkowej, a celem jej jest odnalezienie rozbitków z katastrofy lotniczej w mroźnych górach. Pomaga swemu byłemu przyjacielowi Halowi Tuckerowi (Michael Rooker), który obwinia go o śmiertelny wypadek ukochanej dziewczyny. Rozbitkami okazuje się banda rzezimieszków, która wcześniej skradła 300 milionów dolarów w gotówce, nieszczęśliwie gubiąc je podczas wypadku. Na czele bandy stoi ten „zły” – Eric Qualen (John Lithgow). Oczywiście pojawia się też w całym zamieszaniu piękna kobieta tego dobrego, czyli przeurocza Jessie Deighan (Janine Turner). Prawda, że proste? Prawda, że znane? Ale jak to się ogląda! Prawda?

Już pierwsze minuty diabelnie mocno trzymają w napięciu i są sporym wyzwaniem dla tych, co to lęk wysokości mają. Kilkuminutowa sekwencja z wiszącym nad przepaścią dziewczęciem pod względem dramaturgicznym jest wzorem godnym do naśladowania, jak i… parodiowania, co też stało się w filmie Ace Ventura: Zew natury. Później akcja biegnie na złamanie karku, od czasu do czasu dając chwilę na złapanie oddechu. Czy to scena kradzieży, czy katastrofy samolotu – wszystko wyreżyserowane z perfekcyjną precyzją, która może być kanonem w swym gatunku. Większość filmu rozgrywa się na lądzie stałym, w pięknie sfilmowanych górach, po których hasa niczym górska łania Sylvester Stallone. Przeszkód jest wiele, aby szczęśliwie dobrnąć do końca filmu, lecz mimo tego, że przewaga liczebna przeciwników jest znaczna, to doświadczenie i hart ducha przeważają szalę zwycięstwa na właściwą stronę.

Największe atuty Na krawędzi to niewątpliwie kipiące dynamizmem sceny akcji oraz szybkie tempo, które wraz z odrobiną napięcia tworzą solidne, klasyczne i niezapomniane kino, dające mocny zastrzyk adrenaliny. Jak to bywa w produkcjach stricte rozrywkowych, także i w tym przypadku można wypatrzeć kilka przegięć, chociażby bieganie Walkera w cienkim sweterku przy kilkunastostopniowym mrozie czy kąpiel w tym samym odzieniu w lodowatej wodzie, co absolutnie nie przeszkadza w obserwowaniu zapierającej dech w piersiach akcji. Reżyser Renny Harlin, pochodzący ze Skandynawii, wyraźnie dużym sentymentem darzy swe rodzinne rejony i wcale nie mam mu tego za złe, bo ja również uwielbiam patrzeć na ośnieżone stoki górskie (szczególnie ładnie sfilmowane), a filmy w tej scenerii wyjątkowo celnie trafiają w mój gust (ach, ten orzeźwiający klimat…). Na krawędzi nie jest w tym przypadku wyjątkiem, za co bardzo mu dziękuję.

Aktorzy, jak to w kinie akcji zazwyczaj bywa, nie są najważniejsi, ale wspomnieć o nich warto. Stallone czuje się w swej roli jak ryba w wodzie; biega, skacze, pływa, ucieka, znów biega i na koniec eliminuje złego (tylko proszę nie mówić, że nie przewidzieliście tego!). Znów może uratować kilka dobrych istnień, pognębić złych i odzyskać dawną miłość i przyjaciela. Niczym prawdziwy bohater, albo nawet superbohater, ucieleśnienie dobra – jak za starych dobrych czasów. Jego przeciwnik – John Lithgow – to klasyczny badguy, bez odrobiny sumienia, bezwzględny, walczący o swoje do samego końca, zagrany z werwą, bez szarżowania i zbędnych grymasów. Jeśli zaś chodzi o rolę kobiecą, to została potraktowana nieco po macoszemu i raczej w kategoriach ozdobnika, dlatego też Janine Turner (pamiętna rola Maggie w serialu Przystanek Alaska), choć starała się jak mogła, to do zagrania miała niewiele. Jednego odmówić jej jednak nie można – uroku. Wszystko to w całość spina swą muzyką Trevor Jones, całkiem dobrze wywiązawszy się ze swego zadania. Szczególnie zapada w pamięć motyw przewodni, pojawiający się w filmie kilka razy.

Koniec końców Cliffhanger, dzięki uporowi Sylvestra Stallone oraz Renny’ego Harlina, stał się wielkim sukcesem z trzema nominacjami do Oscara na koncie (co prawda technicznymi, ale zawsze!) za dźwięk, efekty wizualne oraz efekty dźwiękowe. Przede wszystkim jednak Na krawędzi to wielki powrót do megagwiazdorskiej pierwszej ligi w wykonaniu Sly’a, który przez kolejne kilka lat będzie kręcił przebój za przebojem (w „swoim” gatunku): Człowiek demolka, Tunel, Specjalista, aby w 1997 roku zaskoczyć wszystkich znakomitą rolą w dramacie Cop Land i udowodnić tym, którzy jeszcze się nie przekonali, że aktorem jednak jest świetnym. Harlin i Stallone spotkali się ponownie na planie podczas realizacji filmu Wyścig.

Tekst z archiwum film.org.pl (04.02.2005)

Ostatnio dodane