Recenzje

MUDBOUND. Oscarowy kandydat Netflixa?

"Mudbound" raz jeszcze porusza wałkowany od dawna problem amerykańskiego rasizmu, jednak robi to w sposób bardzo subtelny, niemal poetycki, za co tamtejsza krytyka filmowa pokochała go od pierwszego obejrzenia.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Utaplani w błocie i brudach amerykańskiej historii

Nie przepadam za wróżeniem z fusów, a w takich kategoriach trzeba rozpatrywać nazywanie „murowanym kandydatem do Oscara” czy „najlepszą produkcją roku” filmu, którego festiwalowa premiera odbywa się w styczniu. Co do drugiego z określeń mam spore wątpliwości, ale po seansie muszę przyznać, że Mudbound rzeczywiście nie jest bez szans w wyścigu o najważniejsze branżowe wyróżnienie. W końcu członkowie Akademii uwielbiają poruszanie takiej tematyki.

Jeden z najgłośniejszych tytułów tegorocznego Festiwalu Sundance musiał czekać niemal dziesięć miesięcy, by trafić do szerszej publiczności. Ze słów jego autorki – Dee Rees (Pariah, Parias, Bessie) – wynika, że mało który dystrybutor chciał wziąć na siebie ten ciężar. Choć film od samego początku wywoływał zachwyty i trudno było znaleźć negatywne recenzje, nieszczególnie miał on swoją grupę docelową – w kinach po prostu by przepadł. Adaptację powieści Hillary Jordan przygarnął więc Netflix. Za prawa do Mudbound internetowy gigant zapłacił 12,5 miliona dolarów – a teraz może się cieszyć nagłówkami prasowymi, które zewsząd wołają o pierwszej netflixowej produkcji, która ma realne szanse na Oscara.

Akcja Mudbound rozpoczyna się w drugiej połowie lat 30. Poznajemy inżyniera Henry’ego McAllana (Jason Clarke), jego młodszego brata Jamiego (Garrett Hedlund) oraz przyszłą małżonkę starszego z braci, Laurę (Carey Mulligan). Wybuch II wojny światowej ma olbrzymi wpływ na spokojne dotąd życie rodziny z Memphis. Jamie McAllan trafia do wojska, gdzie jest pilotem bombowca, a Henry postanawia przeprowadzić się na wieś i zostać farmerem. Zabiera żonę, dzieci oraz wiekowego już ojca – zatwardziałego rasistę i homofoba – na Południe, do zapomnianej przez Boga wioski w Missisipi. Tam pragnie rozpocząć nowe życie, jednak zastana przez McAllanów rzeczywistość okazuje się mieć wszystkie odcienie błota.

Brodzący w tytułowym błocie po kolana miastowi już na samym początku napotykają problemy. Żyją w okropnych warunkach, a swoich ciemnoskórych sąsiadów – rodzinę Jacksonów – traktują dokładnie tak, jak można to sobie wyobrazić. Choć niewolnictwo dawno już zostało zniesione, segregacja rasowa trwa w najlepsze, a stare nawyki białych ludzi pozostają – prośby o jakąkolwiek pomoc brzmią jak rozkazy, a wszelkie działania nie po ich myśli wywołują ostre reakcje. Najstarsze z dzieci Hapa (Rob Morgan) i Florence (Mary J. Blige) Jacksonów, Rosnel (Jason Mitchell), podobnie jak Jamie McAllan trafia na front II wojny światowej. Dorabia się tam rangi sierżanta, będąc czołgistą w oddziałach Czarnych Panter. Panowie nie spotykają się co prawda w boju, ale wspólne doświadczenia owocują po powrocie do domu czymś w rodzaju męskiej przyjaźni. Ta zaś nie podoba się białym mieszkańcom pobliskiego miasteczka.

Warto zauważyć, że prezentowana w Mudbound historia nie jest jednolita. Wręcz przeciwnie, narrację prowadzą poszczególne postaci, co jakiś czas wymieniając się tą rolą. Obserwujemy więc pewne wycinki rzeczywistości, przefiltrowane przez subiektywny pogląd danego bohatera. Opowieści te nie są też w żaden sposób konfrontowane – składają się na niejednolitą całość, nie stanowiąc przy tym różnych spojrzeń na dokładnie te same wydarzenia. Dzięki takiemu poprowadzeniu narracji, możemy bliżej poznać odczucia i osobiste problemy każdej z obserwowanych osób. Te zaś odegrane zostały koncertowo. Wspaniała jak zawsze Carey Mulligan przysłania główny wątek, choć Garrett Hedlund i Jason Mitchell naprawdę się napracowali, by ich historie były dla widza przekonujące. Nie można mieć też zarzutów co do reszty postaci – Rob Morgan, będący etatowym reprezentantem drugiego planu w netflixowych produkcjach, czy Mary J. Blige stanowią wraz z Jasonem Clarkiem świetną asystę dla rozwoju głównej linii fabularnej.

Dee Rees przyzwyczaiła do poruszania w swoich filmach przede wszystkim tematyki związanej z mniejszościami etnicznymi, ale i seksualnymi. W przypadku Mudbound dominuje przede wszystkim rasizm – co ważne, także w wykonaniu Afroamerykanów. Jednak choć to właśnie wokół rasowych animozji zbudowana jest cała historia, nie brak tu też odniesień do sytuacji kobiet w tamtych czasach czy – a może przede wszystkim – rodziny jako grupy społecznej ważniejszej, niż cokolwiek innego.

Dee Rees doskonale oddała styranych trudami życia bohaterów, których losy łatwo przełożyć na uniwersalną, utaplaną w tytułowym błocie, niechlubną część amerykańskiej historii.

Nie ulega wątpliwości, że Mudbound jest filmem trudnym, ale dlatego też tym bardziej wartym zobaczenia. Poza dosłownie dwoma czy trzema zbędnymi zagraniami (np. rozmowa Rosnela z Jaimiem i odpowiedź drugiego z panów na pytanie, dlaczego jest miły dla czarnego, stanowi dziwaczne przejaskrawienie) oraz przeciągniętym zakończeniem, które zabija wytworzone w trakcie finalnych rozstrzygnięć napięcie, naprawdę trudno jest się do tej produkcji przyczepić. Rees doskonale oddała styranych trudami życia bohaterów, których losy łatwo jest przełożyć na znacznie bardziej uniwersalną, utaplaną w tytułowym błocie, niechlubną część amerykańskiej historii. Ponadto bardzo dobrze rozpisany scenariusz przekłada się na fabularną jakość, nie tylko świetnie odegraną przez klasowych aktorów, ale i popartą przejmującymi swą surowością (a momentami swego rodzaju bajkowością) zdjęciami Rachel Morrison.

Ostatnią niewiadomą pozostaje to, czy Akademia rzeczywiście pochyli się nad kandydaturą Mudbound do najważniejszych filmowych nagród. Jestem daleki od stwierdzenia, że mamy do czynienia z najlepszym tegorocznym filmem, ale z pewnością wysoko umieściłbym go na swojej osobistej liście. Nie można też zapominać, że Oscary są bardzo silnie nacechowane politycznie. Sytuacja wygląda więc ciekawie – z jednej strony branża filmowa ma na pieńku z Netflixem. Z drugiej zaś poruszana przez Mudbound tematyka znajduje się na niepisanej liście motywów, które trzeba promować, co oznacza ni mniej, ni więcej tyle, że tegoroczny proces oscarowych nominacji może mieć bardzo ciekawy przebieg.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane