Recenzje

MR. NOBODY (2009). Dzieło nieudane

Autor: Anna Dranikowska
opublikowano

Nowy film Jaco van Dormaela w trzech odsłonach,
czyli przychodzę do kina i kupuję bilet…

Godzina pierwsza – fatalne zauroczenie

„Mr. Nobody” niewątpliwie miał być dziełem. I rzeczywiście, momentami film belgijskiego reżysera naprawdę robi wrażenie. A wszystkim, którzy jeszcze jakimś cudem w to nie wierzą, udowadnia, że możliwości kinematografii naprawdę są nieograniczone. Wrażenie robią zdjęcia Christopha Beaucarne’a. Świetny jest montaż, a efekty specjalne – imponujące. W pamięć zapada zwłaszcza scena z promem kosmicznym, aż dziwne, że nie możemy oglądać belgijskiej superprodukcji w 3D. To by było dopiero coś. Już sama strona formalna filmu świadczy o tym, że autor zamierzył się naprawdę wysoko. „Mr. Nobody” to, przynajmniej w założeniu, traktat filozoficzny o naturze czasu, najlepszy film science fiction dekady i wzruszający melodramat o poszukiwaniu prawdziwej miłości. Jest więc i efekt motyla, i odyseja kosmiczna i Jared Leto.

Na fizyce się nie znam i trudno mi osądzać jak to jest z tym dymem z papierosa, który wychodzi, ale nie wraca.

O tym, że Dormael rzeczywiście stracił poczucie czasu świadczy nie tylko nadzwyczajna długość filmu – prawie dwie i pół godziny, ale także nader nieśpieszne tempo narracji, powolne ujęcia, częste zbliżenia na twarze uroczych Toby’ego Regbo i Jareda Leto, którzy zdobywają publiczność, zwłaszcza jej żeńską część szturmem. I tak mija pierwsza godzina, a po zauroczeniu nie zostaje już ani śladu.

Godzina druga – niespodziewane znudzenie

Nemo Nobody (Jared Leto) poznajemy w 2092 roku. Ma wówczas 118 lat i jest to ostatni dzień jego życia. Jako że Nemo jest ostatnim śmiertelnym człowiekiem na Ziemi, zrozumiałe jest, że jego śmierć budzi powszechne zainteresowanie. Jednemu z dziennikarzy Nemo opowiada kolejne warianty ze swojego życia. Dywagacji jest sporo, bo też życie Nemo potoczy się inaczej w zależności od tego, z którym z rozwiedzionych rodziców zdecyduje się zamieszkać. Wszystkie je łączy osoba Anny (Diane Kruger) jedynej prawdziwej miłości Nemo. Różne decyzje, rozmaite zbiegi okoliczności raz oddalają, raz przybliżają ich do siebie. W 2092 roku żaden z tych wariantów nie jest jeszcze spełniony, a wszystkie są możliwe. Dlaczego? To już należy dopowiedzieć sobie samemu.

Filmem „Mr. Nobody” Jaco van Doromael zgłosił pretensje do kina autorskiego. To on odpowiedzialny jest za scenariusz, reżyserię i muzykę. Niestety są to najsłabsze strony filmu. Zwłaszcza scenariusz. Scenariusz „Mr. Nobody” jest bowiem o wszystkim i o niczym. Wariantów życia Nemo jest kilka, a prawdę mówiąc żaden z nich nie jest interesujący. Sam bohater snuje się bezradnie to tu, to tam i nie wzbudza ani sympatii, ani nawet współczucia. Na fizyce się nie znam i trudno mi osądzać jak to jest z tym dymem z papierosa, który wychodzi, ale nie wraca. Doceniam też żart o produkcji rowerów na Marsie, bo w Chinach jest to zbyt drogie. Ale to naprawdę za mało na 140 minut filmu.

Godzina trzecia – zmęczenie

Nie można odmówić reżyserowi rzetelnego przygotowania i zaplecza filmowego – ilość mniej lub bardziej subtelnie cytowanych filmów jest imponująca, począwszy od „Matrixa„, poprzez „Truman Show„, „2001: Odyseję kosmiczną”, „Przypadek”, „Siódmą pieczęć”, „Efekt motyla” na „Zakochanym bez pamięci” i filmach Greenawaya kończąc. Osobiście cieszę się zwłaszcza z tego, że reżyser zadał sobie trud przeczytania „Łaskawych” Jonathana Littela, chociaż przypowieść o Aniołach Zapomnienia wolę jednak w oryginalnym kontekście. Film stara się wejść w dialog przede wszystkim z „2001: Odyseją kosmiczną”. Przy odrobinie dobrej woli można by go uznać nawet za swoisty przypis do dzieła Kubicka. Coś w rodzaju fanfiction. Rzecz interesującą, ale nawet w połowie nie tak dobrą. Nie szukając daleko – taką sceną, jak ta z HAL-em w „Odysei kosmicznej”, „Mr. Nobody” nie może się, niestety, pochwalić. Jak widać zmiksowanie kilku dobrych, wypożyczonych pomysłów nie jest jeszcze gwarancją dobrego filmu. Kinowy Lem to, niestety, nie jest. Raczej Paulo Coelho w kosmosie.

A jeśli o alternatywnych światach mowa. Mam nadzieję, że w mojej alternatywnej rzeczywistości przychodzę do kina, a ono jest zamknięte.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane