Recenzje

MORDERSTWO W ORIENT EXPRESSIE (1974)

Być może najlepsza ekranizacja słynnego kryminału Agathy Christie.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Po kolei

Oparty na motywach jednego z najlepszych i najbardziej znanych kryminałów Agathy Christie film Sidneya Lumeta mógłby śmiało pretendować do tytułu najlepiej obsadzonej produkcji w dziejach kina. Stawka aktorska składa się z kilkunastu osób – pasażerów wagonu relacji Stambuł/Calais – i jest to stawka doborowa. Pierwsze skrzypce gra Albert Finney w roli pokracznego Belga o genialnym umyśle – detektywa Herculesa Poirot. Wezwany w pilnej sprawie do Anglii, dostaje na osobistą prośbę dyrektora kompanii Bianchi (Martin Balsam) wolne łóżko w przedziale zajmowanym już przez młodego Anglika McQueena (Anthony Perkins).

Dostaje je niemal cudem, ponieważ ku zaskoczeniu obsługi, zazwyczaj pusty o tej porze roku Orient Express jest wyjątkowo przepełniony. McQueen, wraz z kamerdynerem Beddoesem (John Gielgud) towarzyszy w podróży emerytowanemu biznesmenowi Ratchettowi (Richard Widmark). Dwie osoby wśród pasażerów Poirot napotkał już wcześniej, podczas przeprawy przez Cieśninę Bosfor – Mary Debenham (Vanessa Redgrave) zajmuje przedział wraz z żarliwie religijną Szwedką, Gretą Ohlsson (Ingrid Bergman), zaś pułkownik Arbuthnot (Sean Connery) korzysta z przywilejów pierwszej klasy i podróżuje samotnie. W pierwszej klasie można spotkać bajecznie bogatą rosyjską arystokratkę, księżnę Dragomiroff (Wendy Hiller) o której potrzeby dba lojalna pokojówka Hildegarda Schmidt (Rachel Roberts) jak również właściciela węgierskiego paszportu dyplomatycznego, hrabiego Andrenyi (Michael York) i jego śliczną jak z obrazka żonę, Elenę (Jaqueline Bisset).

Utrapieniem kamerdynera Beddoesa jest dzielący z nim przedział hałaśliwy Włoch, Antonio Foscarelli (Dennis Quilley), a niejako na peryferiach wydarzeń prześlizgują się konduktor, Pierre Michel (Jean Pierre Cassel) i nie rzucający się zbytnio w oczy pan Hardman (Colin Blakely). Niezależnie jednak od tego, czy pasażerowie podróżują pierwszą czy drugą klasą, niezależnie od ich płci, statusu społecznego i elokwencji, wszystkich przebija nieznośna Madame Hubbard (Lauren Bacall), Amerykanka, która ani na chwilę nie zamyka ust i dzieli się ze wszystkimi obserwacjami życiowymi odziedziczonymi po drugim mężu.

Wspaniała grą ze stereotypami.

Ta wielonarodowościowa grupa ludzi różniących się osobowościami, temperamentem i mentalnością – Szwedka, Niemka, Rosjanka, Włosi, Amerykanie, Anglicy, para Węgrów, Francuz, Belg i nawet Grek! – jest zmuszona przez okoliczności do zamieszkania praktycznie pod jednym dachem na czas podróży. Niespodziewanie połączy ich ze sobą jeszcze jedno wydarzenie – pociąg utknął w zaspach śniegu, a niesympatyczny Ratchett, który bez powodzenia usiłował wynająć Poirota jako ochroniarza i który, jak zaświadcza sekretarz, dostawał wcześniej szereg listów z pogróżkami – ginie od dwunastu ciosów nożem. Kto jest winien? Czy za morderstwem stoi któryś z pasażerów, czy może do pociągu dostał się intruz? Czy były to rozgrywki mafijne? A może czyjaś prywatna zemsta? Zanim sprawę będzie można przekazać w ręce jugosłowiańskiej policji, detektyw Poirot musi przeprowadzić śledztwo i wykryć, kto jest winny zabicia Ratchetta.

Książka Agathy Christie jest finezyjnym kryminałem, z zawiłą intrygą, a śledztwo Poirota to po prostu solidna praca intelektualna. Film Lumeta jednak jest czymś więcej. Konwencja przyjęta przez reżysera może nawet drażnić kogoś, kto spodziewa się opowieści kryminalnej w czystej formie. Już sam detektyw Poirot daje do myślenia. Wprawdzie z kart powieści Christie znamy jego słabości: próżność, zarozumiałość, przerafinowanie, drażliwość na punkcie własnego wyglądu, umiłowanie do symetrii, przesadną pompatyczność – jednak wszystkie te cechy są przez Finneya wyeksponowane do absurdu. Jego Poirot jest absolutnie groteskowy, i to na modłę teatralną, bardziej molierowską niż szekspirowską. A jednak kiedy jesteśmy o krok od stwierdzenia, że przeszarżował, stwierdzamy z zaskoczeniem, że daliśmy się zwieść – jak wielu tych, którzy określali Herkulesa mianem „śmieszny człowieczek”. Finney dokonuje niemożliwego – pozwala, by widzowie, niejako tradycyjnie oswojeni z myślą o „genialnym detektywie”, zwątpili w moc jego szarych komórek.

Jednocześnie jednak z niesamowitą aktorską finezją przedstawia tajniki manipulacji psychologicznej Poirota: chociażby to, jak podchodzi do przesłuchiwanych pasażerów, stosując odmienną dla każdego technikę: jowialny w stosunku do Beddoesa, stanowczy wobec pułkownika, opiekuńczy dla Grety Ohlsson. Konwencja przedstawienia teatralnego przyjęta przez Lumeta sprawdza się znakomicie, bowiem każda rola zajmuje wytyczone miejsce w przestrzeni, dzięki czemu również każda scena należy do jednego bądź dwóch aktorów. Silne osobowości artystyczne nie przyćmiewają się wzajemnie, wręcz przeciwnie, a każda z nich ma pełne pole do popisu.

I tak niewielka wydawałoby się rola Johna Gielguda stanowi idealny archetyp angielskiego kamerdynera: znakomicie wyszkolonego, chłodnego, sztywnego, a jednak obdarzonego subtelnym zmysłem humoru. Teatralnie wyjaskrawiona jest bałwochwalcza miłość hrabiego Andrenyi do żony. Podobnie – arystokratyczne przerafinowanie rosyjskiej księżnej. A już szczytem wszystkiego jest Anthony Perkins posądzany o kompleks Edypa – w swoim nieśmiałym zahukaniu, nerwowo obgryzający paznokcie – jasno nawiązuje do swojej słynnej kreacji z Psychozy. I czy ktoś inny mógł zagrać opętaną przez religię dewotkę, jak nie odtwórczyni roli Joanny D’Arc – Ingrid Bergman?

Film Lumeta jest wspaniałą grą ze stereotypami, schematami, utrwalonymi wzorcami promowanymi od dekad przez teatr i kino, do której można podchodzić tylko na poły poważnie w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że powieść Christie stanowi jedynie podstawę, na której opierał się reżyser budując swój teatr w filmie, punkt wyjścia, do którego stworzył własną wizję, przewrotną, ironiczną i niesłychanie błyskotliwą.

Wśród wszystkich wspaniałych kreacji aktorskich najjaśniejszym światłem błyszczy Lauren Bacall, która znalazła dla roli pani Hubbard złoty środek. Kto czytał książkę, wie doskonale, że ze wszystkich postaci w niej występujących właśnie Madame Hubbard jest tą najbardziej groteskową: głośną, nieco może nawet trywialną, przesadzającą we wszystkim.

W filmie, gdzie groteskowi są dokładnie wszyscy inni, Bacall prowadzi swoją rolę najsubtelniej. I dzięki temu rzuca się w oczy i wyróżnia właśnie tak, jak powinna.

Morderstwo w Orient Expressie to specyficzny film aktorski, jak również jedyna ekranizacja kryminału Agathy Christie, z której sama autorka była w pełni zadowolona. Zebrał sporo laurów, łącznie z Nagrodą Akademii dla Ingrid Bergman i nominacjami odpowiednio dla Alberta Finneya, za zdjęcia, kostiumy, muzykę i scenariusz. Do polecenia każdemu, kto ceni artyzm aktorski i filmy, w których pewną rękę reżysera widać niemal dosłownie w każdym kadrze. A także tym, którzy nie czytali książki – a to z uwagi na naprawdę błyskotliwe rozwiązanie zagadki.

Ciekawostki:
  • Ingrid Bergman była rozważana jako kandydatka do roli księżnej Dragomiroff, „leciwej damy, najbrzydszej, jaką Poirot widział w życiu – była to brzydota wybitna, bardziej fascynowała, niż odpychała”.
  • Albert Finney był trzecim kandydatem do roli Poirota, po Alecu Guinnessie i Paulu Scofieldzie.
  • Parodystyczne nawiązania do filmu można znaleźć w Zabitym na śmierć, jak również w Strasznym filmie.
  • Film był w 1975 roku nominowany do nagrody Edgara Allana Poe – przegrał wówczas z Chinatown, a wśród innych nominowanych znalazła się Rozmowa Coppoli.

Tekst z archiwum film.org.pl (06.06.2005).

Ostatnio dodane