Recenzje

MIŁOŚĆ NA ŻĄDANIE (2003)

Ekscentryczny i przerysowany debiut, który bez problemu uwodzi widza.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Metafora popieprzona

Zwykle kampania promocyjna filmu ma za zadanie sugerować widzowi, że obraz będzie o niebo lepszy, niż jest w rzeczywistości.. Promocja Miłości na żądanie to ciekawy przykład działań wręcz odwrotnych. Dystrybutor robił przez ostatnie tygodnie wszystko, co było w jego mocy, aby zinfantylizować swoją propozycję i dostosować ją do oczekiwań widzów, którzy w połowie lutego mają rzekomo w głowach tylko serduszka i amorki. Proces wtłaczania filmu we wściekło – lukrowany romantyczny szablon rozpoczęto od zmiany mało chwytliwego tytułu Jeux d’enfants (Dziecięca gra) na wziętą z sufitu Miłość na żądanie. Następnie w miasto poszły cytaty z prasy zagranicznej, jakoby film „stał w jednym szeregu z Amelią„.

Zwieńczeniem tej promującej romantyczne związki kampanii stał się zaś przecudny różowo – niebieski plakacik, przedstawiający parę wymieniającą płyny ustrojowe w strugach deszczu. Kto więc najpewniej wybierze się do kina obejrzeć Miłość na żądanie?

Odpowiedź A: nikt
Odpowiedź B: te szczęśliwe pary, które zobaczyły już wszystkie tegoroczne rewelacje oscarowe
Odpowiedź C: miłośniczki dominacji koloru różowego w konfekcji damskiej

Tymczasem nic bardziej mylnego. Miłość na żądanie to kino niezwykle specyficzne. Nie każdemu widzowi spodoba się zapewne cała masa fabularnych niedorzeczności beztrosko płynących po srebrnym ekranie. Nie każdemu spodoba się także dzika metaforyka francuskiego reżysera – debiutanta Yanna Samuela. Kto jednak znajdzie już raz swoje miejsce w tej oryginalnej historii, ten z pewnością doceni „Miłość na żądanie”, nie zwracając uwagi na zabiegi marketingowe. Te zaś, z racji okołowalentynkowej daty premiery filmu, nie są chyba niczym dziwnym.

Pozorna naiwność fabuły na naszych oczach przemienia się bowiem w symbolizm.

Tymczasem historia „dziecięcych gier” Juliena i Sophie to grubymi nićmi szyty, fascynujący filmowy symbol. Zabawa zaczyna się w dzieciństwie. Dwoje dzieci – oryginałów osamotnionych nieco w szarej, szkolnej rzeczywistości – zaprzyjaźnia się. Ich związek cementuje rodzaj odważnej gry, polegającej na rzucaniu sobie nawzajem czasem trudnych, czasem szalonych, a z biegiem czasu coraz bardziej perwersyjnych wyzwań. Symbolem przyjęcia zadania jest przekazanie w ręce przeciwnika kolorowego pudełka w kształcie karuzeli. A czynności tej towarzyszy coraz bardziej sakramentalne z biegiem filmu pytanie: „GRASZ?”.

„GRAM!” – odpowiada zawsze przeciwnik. I wykonuje kuriozalne zadanie, jak np. radosne zsikanie się w pokoju dyrektora czy rzucenie paroma przekleństwami w czasie lekcji francuskiego. W tym miejscu sławetna część obrazu nawiązująca stylistyką i sposobem narracji do miłosnych uniesień Amelii powoli zaczyna się kończyć. Bohaterowie z dnia na dzień (dosłownie i w przenośni) dorastają, lecz studencka miłość nie pojawia się. Zamiast tego drastycznej zmianie ulega charakter gry. Kolejne wyzwania mają za zadanie zranić drugą stronę rozgrywki. Pytanie „GRASZ?” jest więc niczym sztylecik wbity w wątrobę oponenta. Z biegiem czasu jednak bohaterowie, raniąc się coraz mocniej, stają się po prostu zmęczeni tym nieustannym pojedynkiem. Gra zmierza w ten sposób w kierunku ostatecznych rozstrzygnięć. Może śmierć rozwiąże problem? Może Sophie powinna stanąć na torach kolejowych i zaczekać na przejeżdżający pociąg?

Pełnometrażowy debiut Yanna Samuella jest więc ekscentryczną, przerysowaną, lecz przy tym również niezwykle trafną i łatwą do odczytania metaforą związków międzyludzkich. Miłość Juliena i Sophie zmierzyć się musi najpierw z ich własnymi ograniczeniami. Uczucie ma za zadanie zatriumfować nad listą wzajemnych żądań i oczekiwań. Czas wyzwań kiedyś musi się zakończyć, aby zacząć mógł się czas ustępstw i wspólnoty. A zapewniam, że tak dosłownego przedstawienia aktu SCEMENTOWANIA miłości w kinie jeszcze nie było.

W głowie reżysera i scenarzysty Miłości na żądanie panował chyba w trakcie pisania rodzaj bardzo egzotycznego i szalenie osobistego twórczego bałaganu. Absurd powyższy, prezentowany na dużym ekranie, zdaje się jednak czarować i uwodzić widza. Pozorna naiwność fabuły na naszych oczach przemienia się bowiem w symbolizm. Symbolizm często kiczowaty, wyolbrzymiony i urągający zdrowemu rozsądkowi. Zabieg to rzadki i – z tego tytułu – jednocześnie cenny we współczesnym kinie. I jeśli komuś różowo – niebieskie plakaty niestraszne, niech czym prędzej spróbuje wejść w tę nietuzinkową rzeczywistość srebrnego ekranu. A jako że w warstwie fabularnej (i tu dystrybutor faktycznie miał rację) Miłości na żądanie zdecydowanie bliżej jest do kultowego Trainspotting niż do poetyckiej Amelii, taka próba okazać się może dość ciekawym doświadczeniem…

Metafora, przerysowanie i (na zewnątrz idiotyczna, wewnątrz zaś bardzo konsekwentna) poetyka srebrnego ekranu – jeśli tak zaczyna Yann Samuell, to aż strach się bać, co będzie dalej. A tymczasem na drobną niespójność filmu czy też nierówne miejscami prowadzenie aktorów proponuję przymknąć oko. Nie od razu wszak ARKADIĘ* zbudowano …

*Arkadia – warszawskie centrum rozpusty wszelakiej

Tekst z archiwum film.org.pl (06.02.2005).

Ostatnio dodane