Recenzje

MILCZĄCA GWIAZDA (1959). Adaptacja pierwszej powieści Stanisława Lema

Muzealny relikt science-fiction z Bloku Wschodniego.

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Ponad podziałami

Po II wojnie światowej amerykańskie kino SF odradzało się niezwykle dynamicznie, choć jakość powstających filmów prezentowała się różnie. Od przygodowych widowisk za duże pieniądze, aż do potworkowatych agitek o agresorach z Czerwonej Planety, co było mało subtelną aluzją do Związku Radzieckiego. Oczywiście dźwigające się z wojennych zgliszcz, biedne kinematografie państw socjalistycznych sięgnęły po fantastykę naukową zdecydowanie później (choć czechosłowacki Krakatit Otakara Vavry powstał już w 1947 roku). Kilka filmów, eksploatujących najbardziej klasyczne motywy literatury SF, powstało w Związku Radzieckim już w latach 50. Kinematografie pozostałych demoludów rozpoczęły flirt z science fiction dopiero od następnej dekady. Jako jedni z pierwszych na taką próbę porwali się bratni artyści z Polski i NRD. Zaś za materiał scenariuszowy tej prestiżowej koprodukcji posłużyła pierwsza opublikowana powieść SF Stanisława Lema, Astronauci z 1951 roku. Nakręcony w 1959 roku film nosił tytuł Milcząca gwiazda, w reżyserii czołowego NRD-owskiego twórcy, Kurta Maetziga. Zdjęcia powstawały w halach zdjęciowych wytwórni DEFA w Babelsbergu pod Berlinem, we wrocławskich halach zdjęciowych oraz w pobliżu Zakopanego. Premiera miała miejsce 7 marca 1960 roku.

Dlaczego Lem? Po pierwsze nazwisko młodego pisarza było już szeroko znane w Polsce i zagranicą (choć tam bardziej z powodu egzotyki żelaznej kurtyny i odwilży Chruszczowa). Stanisław Lem pod koniec lat 50. święcił triumfy z przygodami Ijona Tichego w Dziennikach gwiazdowych, miał już za sobą także Obłok Magellana i Eden, a Powrót z gwiazd i Solaris miały ujrzeć światło dzienne już za kilka lat. A znane nazwisko we wspólnej, prekursorskiej, socjalistycznej produkcji filmowej stanowiło dodatkowy atut. Po drugie tematyka Astronautów była z gatunkowego punktu widzenia niezwykle korzystna. Opisany przez Lema pierwszy załogowy lot na Wenus doskonale spełniał postulaty pierwszej kinowej produkcji SF w polskim kinie. Po cóż mieliby nasi twórcy porywać się na lot pozaukładowy z Obłoku Magellana, skoro najpierw trzeba było symbolicznie oderwać się rakietą od Ziemi i wylądować znacznie bliżej. światowe kinematografie startowały od wypraw księżycowych, opartych na prozie Verne’a i Wellsa, co wyznaczyło nieformalną kolejność lotów kosmicznych dla twórców, nieco później rozpoczynających eksplorację filmowego kosmosu.

Postaci na ekranie są pozbawione życia i energii.

Twórcy filmu przenieśli czas akcji z Lemowego 2003 do bliższego ich czasom roku 1970. Triumfująca, radziecka socjalistyczna gospodarka z powodzeniem cywilizowała najbardziej nieprzyjazne rejony kraju. Współpraca międzynarodowa, w ramach której założono stałe bazy na Księżycu, kręci się pomyślnie dzięki państwom socjalistycznym. Podczas prac na Syberii odnaleziono kawałek metalu, całkowicie nieznany ludzkości, będący pozostałością meteorytu tunguskiego z 1908 roku. Zaprzęgnięte do pracy sztaby naukowców i mózgów elektronowych po obliczeniu domniemanej trajektorii lotu meteorytu doszły do wniosku, że kawałek metalu to pozostałość statku kosmicznego z Wenus, który rozbił się na naszej planecie. To spowodowało podjęcie decyzji o pierwszym międzyplanetarnym załogowym locie na Wenus. Załoga statku kosmicznego Kosmokrator została złożona z przedstawicieli Japonii, USA, Polski, ZSRR, Indii, Niemiec, Chin i jednego z krajów Afryki. Astronauci, spodziewając się ujrzeć pod powłoką chmur zaawansowaną, kwitnącą cywilizację Wenusjan, zobaczyli czerniejące, radioaktywne zgliszcza wenusjańskiej technologii, obrócone w perzynę. Wniosek nasunął się sam – mieszkańcy Wenus planowali inwazję na Ziemię, lecz pieczołowicie gromadzony arsenał wykorzystali w bratobójczej walce…

Stanisław Lem wielokrotnie podkreślał, że powtykane w powieść ideologiczne peany na cześć jedynie słusznego komunizmu już podczas pisania traktował wyłącznie jako pokazowy serwitut dla władzy, by jego twórczość spełniała statystyczną normę prawomyślności. Scenarzyści Milczącej gwiazdy przytomnie zrezygnowali z przeterminowanej, socrealistycznej otoczki. W powieści całemu atomowemu złu winny jest krwiożerczy kapitalizm; film odchodzi od tych absurdów na rzecz jakże wówczas aktualnego apelu o rozbrojenie atomowych mocarstw. Idea szlachetna, lecz przedstawienie jej na ekranie to kolejne potwierdzenie, dlaczego Stanisław Lem tak bardzo nie lubi ekranizacji swoich powieści. Zamiast pokierować aktorami jak należy, Kurt Maetzig poustawiał przed kamerą figurki, ulepione z samych wzniosłych idei, polane gęstym, niezdatnym do przełknięcia, moralitetowym sosem. Postaci na ekranie są pozbawione życia i energii, nie mówiąc już o dowcipie czy autoironii. Szczególnie celuje w tym Yoko Tani w roli atrakcyjnej japońskiej pani doktor, z wiecznie cierpiącym wyrazem twarzy, pozostałością po traumatycznych wydarzeniach Hiroshimy oraz śmierci męża na Księżycu.

Aktorstwo w Milczącej gwieździe to podręcznikowy przykład „akademii ku czci z pokazem artystycznym”. Skutkiem takiej reżyserii (lub raczej jej braku) jest właściwie całkowita obojętność widza na to, czy nasi bohaterowie wrócą cało z Wenus, czy też nie. W tym międzynarodowym sosie na szczęście tkwił tylko jeden polski aktor, Ignacy Machowski w roli inżyniera pokładowego (wiele lat później zagrał ojca Kasi Pióreckiej w serialu Zmiennicy Stanisława Barei). Z rodzimych artystów w rolach drugoplanowych widać na ekranie jeszcze Lucynę Winnicką w roli dziennikarki Interwizji. To już była straszna rozrzutność Maetziga, gdyż ta wybitna aktorka z całym wianuszkiem wspaniałych ról w kinie polskim zagrała w Milczącej gwieździe praktycznie tylko ładny ozdobnik i nic więcej.

Ostatnio dodane