Recenzje

Miasto ślepców. Nudny koniec świata

W krainie ślepców jednooki jest... też ślepy.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Apokaliptyczna komedia na poważnie

Tekst z archiwum film.org.pl.

Uznany reżyser Fernando Meirelles, znani aktorzy, jak Julianne Moore, Danny Glover oraz Gael García Bernal, i aż trzy kraje (Japonia, Brazylia i Kanada) musiały połączyć swoje siły, żeby stworzyć najnudniejszą i najbardziej wypraną z emocji wizję armagedonu w historii kina.

Oczywiście napis na plakacie Miasta ślepców mówi zupełnie co innego niż ja, bo obiecuje, że będziemy mieć do czynienia z – uwaga, zapnijcie pasy: „przerażająco realistyczną wizją końca naszego świata”! Niestety jedyne, co mnie w tym filmie przeraziło, to kiepski scenariusz. Wszystkie wydarzenia pokazano bez żadnej głębszej myśli (chyba że za takową uznamy finałowe banały wygłaszane przez Julianne Moore), za to z dużą porcją niewiarygodnych portretów psychologicznych, tak jednostkowych, jak i grupowych. Pomysł wyjściowy i początkowe „trzęsienie ziemi” w postaci ludzi nagle tracących wzrok był dobrze rokujący, a potencjał merytoryczny ogromny, wszak Miasto ślepców powstało na podstawie znakomitej ponoć powieści José Saramago. Nie czytałem, nie znam – nie bijcie. Film oceniam jako zupełnie autonomiczny i samodzielny twór.

Niestety, filmowemu Miastu ślepców bliżej do komedii, niezamierzonej oczywiście, niż, zamierzonego przecież, ambitnego dramatu. Twórcy tego nudnego i pozbawionego dramaturgii filmu starają się wmówić mi na przykład, że w momencie, gdy człowiek traci wzrok, staje się bezmózgim Yeti. Przykładowo, mąż głównej bohaterki, za którym wciąż widząca i lojalna żona podążyła do objętych wojskową kwarantanną pomieszczeń, zdradza ją po kilkunastu dniach z jedną ze ślepych dziewczyn. Aby przygotować podłoże pod swój czyn, chwilę wcześniej ów niewdzięcznik żali się żonie, że bez jej pomocy nie może się ubrać, umyć ani podetrzeć i że przez to nie potrafi już postrzegać jej jako obiektu seksualnego (sic!).

blind-2

Dam już spokój tej idiotycznej argumentacji, ale niesamowite jest dla mnie, że ktoś, kto nie dawał rady załatwić się w ciemnościach, ubrać się ani umyć po omacku własnego ciała, potrafił bez trudu trafić między nogi kobiety! Żarty na bok. Na poważnie doczepię się jednak do kwestii popędu płciowego, który był w przypadku męża głównej bohaterki tak silny, że już po kilkunastu dniach przebywania w izolacji musiał kogoś biedaczek przelecieć. Przypomniało mi to odcinek South Park, w którym uwięzieni bohaterowie już po godzinie w zamknięciu zdecydowali, że muszą kogoś zjeść, bo umrą śmiercią głodową. Tylko że tamto było komedią, Miasto ślepców za komedię raczej uchodzić nie chce.

Żona (Julianne Moore) nie jest niestety mądrzejsza. Gdy przyłapuje ślepo niewiernego męża na zdradzie, podchodzi do dziewczyny i mówi jej coś w stylu: „od dawna widziałam, że coś między wami się dzieje”. Zacząłem się na poważnie zastanawiać, czy bohaterowie tego filmu są ślepi czy głupi. Wróćmy jeszcze do sprawy „wzrok a sprawa kupy”. Skoro mąż głównej bohaterki nie potrafi w obecnym stanie samodzielnie się podetrzeć, to jak robił to przed utratą wzroku? Używał systemu luster, albo naprowadzania satelitarnego do trafienia w cel? Napiszę jeszcze tylko, że pozostali niewidomi też nie potrafią się załatwić tam gdzie trzeba, a kupy, brud i smród walają się po całym ośrodku i już kończę wątek braku higieny, który w filmie Miasto ślepców miał chyba symbolizować upadek i degenerację gatunku ludzkiego! Dobre, dobre…

blind-1

Ale najlepsze przed nami. Oto sala ślepców numer 3 przejmuje kontrolę nad ośrodkiem! Dziwnym trafem cała żywność dostarczana przez wojsko ląduje właśnie u nich, zatem żądają oni od pozostałych ślepców stosownej opłaty za paczki z jedzeniem. Najpierw jest to biżuteria i cenne przedmioty, a już po chwili seks z kobietami. Oczywiście biedni i głodni ślepcy nie ruszają szturmem, by wyrwać żywność siłą, bo się boją! Czego się boją? Otóż ślepy przywódca sali nr 3 (w tej roli wcale niewiarygodny Bernal) ma – uwaga! – pistolet! Nieistotne, że szanse na trafienie kogokolwiek ma niewiele większe niż szóstki w Totka. Głodni ślepcy wolą nie ryzykować, tak jak w tym kawale, w którym oddział Polaków uciekał przed jednym Ruskiem, bo „nie wiadomo komu pierwszemu da w mordę”.

Na ślepych mężczyzn nie ma co liczyć, więc kobiety – o dziwo, bez większych oporów – zgadzają się iść gęsiego (za mamą gąską Julianne Moore) do sali numer 3 i dać się pokochać za jedzenie. Wychodzą chyba z założenia, że skoro i tak nikt nic nie będzie widział, to i gwałt można będzie uznać za niebyły. I oto jest główna bohaterka. Ta sama, która sprytnie oszukała wojskowych (czyli głupia nie jest!) i dostała się do zamkniętej strefy, choć wcale nie utraciła wzroku. Już jako jednooka byłaby tu królem, a co dopiero, jeśli pomnożymy to przez dwa! Bohaterka Julianne Moore na tysiąc różnych sposobów może się zakraść do sali nr 3 i zabrać niewidomemu przywódcy pistolet. Może go dręczyć, straszyć, może w każdej chwili kopnąć go z całej siły w tyłek i krzyknąć „Zgadnij kto!?”. Ale nie czyni tego. Julianne Moore grzecznie idzie w łańcuszku pozostałych kobiet na hurtowy gwałt i niemal równie chętnie robi przywódcy ślepców z sali nr 3 tak zwaną laskę.

Cóż, może miała traumę po zdradzieckim czynie męża i chciała się na nim odegrać, a może… zresztą – jej usta, jej sprawa. Ale czemu, zamiast zaciukać nożyczkami jednego albo i dwóch typów, dopuściła, żeby brutalnie zgwałcili pozostałe bezbronne kobiety, z czego jedną na śmierć? Dlaczego tak ważną cechę jak posiadanie wzroku bohaterka Julianne Moore zamiast do walki, wykorzystała tylko do podcierania męża? Na to pytanie film nie odpowiada, a i mnie w połowie drugiej godziny nudnego seansu ewentualna odpowiedź przestała interesować.

blind-3

Miasto ślepców nie odpowiada również na inne pytania. Dlaczego bohaterka Moore jako jedyna nie oślepła, choć, jak każdy inny, powinna była zarazić się ślepotą od już zarażonych? Co ona jest – NEO wybraniec? Dlaczego ludzie zaczęli ślepnąć? Co się stało ze wszystkimi zdrowymi, którzy nagle po prostu zniknęli z powierzchni Ziemi – porwało ich UFO? Czym była nagła epidemia ślepoty? Karą, próbą, nagrodą dla wyróżnionych? Rozumiem tę tajemniczość i więcej pytań niż odpowiedzi, ale twórcy opowiadają to wszystko tak mało zajmująco, że nie udaje im się wciągnąć widza w próby szukania odpowiedzi i odkrywania ewentualnego przesłania całej tej historii.

O czym więc jest Miasto ślepców? Jedyne, co mi przychodzi na myśl, to – że o kondycji naszego gatunku. O tym, że wystarczy odizolować kilkudziesięciu ludzi od świata zewnętrznego, i zamknąć ich tam, gdzie nie mają zastosowania ogólnie przyjęte normy społeczne, gdzie stworzą się nowe zasady, oparte na zwierzęcym już (nie ludzkim) instynkcie, a ci, prędzej czy później, pozarzynają się w walce o żarcie. O tym, że człowiek, który jest inwalidą, nie musi być (i wcale nie jest) z definicji dobry. A może o tym, że człowiekowi, którego nikt nie widzi, puszczają wszelkie hamulce? Tylko że o tym wszystkim, w znacznie bardziej zajmujący sposób, opowiedziały już filmy Das Experiment Hirschbiegela, Viridiana Bunuela i Niewidzialny człowiek Jamesa Whale’a (jak również Hollow Man Verhoevena).

Po co wciągać w to apokalipsę i „przerażającą wizję końca świata”? Po co? Odpowiedź jest banalnie prosta – na „kilku ślepców w izolacji” poszłoby do kina parę osób, za to na „przerażającą wizję końca świata” polecą tłumy, spodziewając się spektakularnego uderzenia asteroidy w Ziemię lub kolejnej widowiskowej rozwałki Statuy Wolności i Nowego Jorku.

blind-4
Mnie ten film nie przeraził, nie zaintrygował, nie ruszył nic a nic. Zirytował za to swoją pseudofilozofią dla ubogich oraz nieracjonalnymi zachowaniami niemal wszystkich postaci. Postaci, które dla nadania całości głębi i uniwersalności w stylu „wydarzyło się wszędzie albo nigdzie”, nie mają nazwisk ani imion. Ojej, jakie to mroczne i tajemnicze, trzymajcie mnie. I to miałkie zakończenie: ulice wyludnione, wszyscy niewidomi, grupy ślepców niczym hordy zombie atakujący główną bohaterkę idącą z jedzeniem i… nikt z bohaterów nie rozmawia na ten temat, nie zadaje pytania: co to za zaraza opanowała świat!? Czy to kara boska, bicz szatana, za co i skąd to wszystko – nie zastanawia się nikt, nie rozmyśla, żadnej refleksji. Zero, nic, biała plama.

O ile ciekawsze byłoby na przykład takie zakończenie:
Akcja rozwija się tak, jak się rozwija – wywalamy w ogóle ze scenariusza widzącą Julianne Moore, która i tak nie korzysta z tego daru – i doprowadzamy do finałowej nawalanki, w której dochodzi do buntu głodnych ślepców i krwawej potyczki z oprawcami z sali nr 3. Obraz się ściemnia, nic nie widzimy. Podobnie jak bohaterowie, słyszymy tylko odgłosy szlachtowanych ciał i krzyki zabitych… i nagle pstryk! Wszyscy odzyskują wzrok… dwie skąpane we krwi grupy ludzi zaprzestają walki i stoją naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy. Można tu jeszcze dorzucić motyw, że członek jednej grupy po przeciwnej stronie dostrzega swojego męża / żonę, czy coś w tym stylu. Byłaby w tym chociaż jakaś dramaturgia, jakaś głębsza myśl, po plecach widza miałyby szansę przejść ciarki…

Było sporo negatywów, teraz pora przejść do pozytywów Miasta ślepców. W tym filmie podobało mi się – i to bardzo! – to, że się skończył. Filmidło to, silące się na poważny dramat o globalnym zasięgu, nie ma żadnej puenty, nie zmusza do zastanowienia nad odwiecznym „kim jesteśmy, skąd i dokąd”. Oferuje za to mnóstwo absurdów. A ja w poważnym i ambitnym kinie nie lubię absurdów i naprawdę prędzej uwierzę w to, że Bruce Willis bez problemu trafi promem w asteroidę, niż w to, że po ciemku ktoś nie trafi ręką do własnego tyłka.

Ostatnio dodane