Recenzje

MIASTO GNIEWU. Bez emocji?

Społecznie ambitny, ale wyprany z emocji.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Crash z tezą

Paul Haggis rośnie na prawdziwą indywidualność – swoistego kontestatora z Hollywood. A właściwie nie rośnie, a WYRÓSŁ dzięki mistrzowskiemu scenariuszowi do Za wszelką cenę. Rosnąć niestety zaprzestał. Crash – Miasto gniewu – film, który Haggis nie tylko napisał, ale także wyreżyserował – pręży się i pręży, ale do poziomu produkcji Eastwooda nawet się nie zbliża. I mimo że scenariusz porusza się po bardzo drażliwym gruncie, a aktorzy (nawet Sandra Bullock) grają wyśmienicie, na niczym spełzają wszelkie próby wywołania emocji. Nie opuszcza nas bowiem wrażenie, że oglądamy kolejną – tym razem lepiej nakręconą – mutację naiwnej kampanii prospołecznej.

Mocne, ale banalne.

Główna różnica polega na tym, że w Crash ostrze propagandy wycelowane jest nie w szkodliwość nikotyny czy jazdę bez świateł, ale w przejawy rasizmu i wszelką agresję na tle rasowym. Cel to wprawdzie szlachetny, jego wykonawca zgoła nietuzinkowy, ale takie naprawianie światopoglądów na dużym ekranie zawsze zaszkodzić musi jakości scenariusza. Mówiąc o rasizmie nie da się niestety uniknąć moralizatorstwa – ostro zarysowanej tezy i wyraźnych argumentów na jej poparcie. A przecież sukces Million Dollar Baby opierał się w dużej mierze na odrzuceniu koncepcji żonglowania morałami. Film Haggisa i Eastwooda był mocny, ale dwuznaczny. Crash – Miasto gniewu jest zaś mocne, ale banalne. I być może w USA samo tylko wspomnienie o dyskryminacji rasowej stanowi akt wielkiej cywilnej odwagi, w Europie niestety podobny scenariusz razi uproszczeniami.

W wielowątkowej fabule Miasta gniewu próżno szukać głównego bohatera. Ostatecznie może być nim sama metropolia – kipiące od zajadłych bohaterów Los Angeles. Sportretowani w filmie mieszkańcy miasta (wzięci przez Haggisa z kręgu: ustatkowani biali; nerwowi Murzyni; wystraszeni emigranci), przypadkiem wpadają na siebie na ulicy i stają się uczestnikami rozmaitych konfliktowych sytuacji. Od początku jasne staje się więc, że scenariusz ma za zadanie zdemaskować drzemiące gdzieś głęboko w bohaterach pokłady rasizmu. I Haggis faktycznie rozpoczyna bitwę na stereotypy.

Miecz jest jednak obusieczny. Winni okazują się wszyscy. Czarni zbyt nisko cenią swój honor, są pospolitymi złodziejami albo też sami toczą jad w kierunku reszty społeczeństwa. Biali to rasiści, nadęci i bogaci hipokryci, pełni nie zawsze uświadomionych uprzedzeń rasowych. Emigranci ze Wschodu pełnią zaś na użytek Haggisa rolę wiecznie uciskanych – zawsze podejrzliwych, nieufnych, wykorzystywanych i w efekcie po prostu obrażonych na kulturę Zachodu członków społeczeństwa. Wszystkich ich prowadzi reżyser do konfrontacji z przewrotnym losem, tak samo, jak jakiś czas temu prowadził w tym kierunku tragiczną bohaterkę Million Dollar Baby. Tytułowy Crash ma zaś być metaforą czołowego zderzenia z życiem, którego finałem będzie tym razem efektowny żal za grzechy i szczere postanowienie poprawy.

Cały scenariusz jest jak widać odpowiednio skonstruowany i strywializowany – stworzony na potrzeby poruszenia serc i umysłów Amerykanów. Nawet jednoczesne ukazanie dwóch stron natury ludzkiej, które ma komplikować rys psychologiczny postaci, ociera się wbrew założeniom twórcy o banał. Haggis traktuje bowiem swe rozliczne scenariuszowe paradoksy – między innymi postać policjanta rasisty, będącego przy tym troskliwym, ciężko pracującym synem swego ojca – niczym prawdę świeżo objawioną. Ukazywanie widzowi jego naturalnej skądinąd hipokryzji jest w efekcie zbyt grubymi nićmi szyte. A przecież operowanie umysłów i światopoglądów ma swój sens tylko wtedy, gdy pacjent nie jest świadomy samego faktu przeprowadzania na nim zabiegu. W tym kontekście Paul Haggis pełni rolę filmowego chirurga – sadysty. Uprawia – potrzebne, to fakt – ale jednak tanie moralizatorstwo. Bez finezji, za to z fajerwerkami. A to już i tak za dużo jak na jeden film.

Miasto gniewu zdaje się mieć ponadto inne, nieco bardziej uniwersalne ambicje. Nie zamierza zamykać się jedynie w obrębie amerykańskiego podwórka. Kunszt aktorski i realizacyjny, atmosfera zmęczonego mrocznego miasta czy rzucająca się w oczy umowność fabuły powodują, że otrzymujemy obraz dużo szerszy, niż moglibyśmy się początkowo spodziewać. Rysuje się nam przed oczami rzeczywistość współczesnej wielkomiejskiej dehumanizacji. Tam, gdzie znika miłość, znikają hamulce. Tam, gdzie brak miłości, zaczyna się piekło. A „piekło to inni”, napisał swego czasu francuski J.P. Sartre. I, patrząc na imponującą liczbę bohaterów Crash, otrzymamy właśnie ruchomą ilustrację powyższego motta. Ilustracja jednak, mimo że sugestywna, pozostanie w tym przypadku jedynie dodatkiem do nieudanej całości. Zacięcie polityczne i dydaktyczne ambicje powodują wszak, że na prawdziwe, filmowe emocje zaczyna brakować miejsca. A przynajmniej na emocje z najwyższej półki…

Paul Haggis znany jest w USA jako wzięty scenarzysta seriali. Jeden z nich – błyskotliwe Family Law (tłum. Kobiety i prawo – WIZJA1, Sprawy rodzinne – TVP1) mogliśmy oglądać także w Polsce. I gdy obserwuje się w Mieście gniewu bohaterów odnajdujących swe sumienie w rytm wpadającej w ucho muzyki pop, nie można odpędzić się od wrażenia, że konstrukcja telewizyjnego serialu została przez Haggisa brutalnie do kina przeniesiona. Serial to odważny, dobrze zrobiony, pełen gwiazd w dość nietypowych rolach (Sandra Bullock, Matt Dillon, Don Cheadle, Brendan Fraser, Ryan Philippe). Ale jest to jednak za mało. Bo jak wiadomo telewizyjny ekran przyjmie wszystko, ten kinowy zaś jest już nieco bardziej wymagający.

Tekst z archiwum film.org.pl (21.07.2005).

Ostatnio dodane