Recenzje

MIASTO 44. Filmowa podróż w czasie

Jan Komasa nieco przesadził, ale film ma zalety, które warto dostrzec.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorką tekstu jest Małgorzata Kulisiewicz.

Wielki przegrany 39. Festiwalu w Gdyni, film Jana Komasy Miasto 44 budzi kontrowersje i generuje różne oceny. To rzeczywiście film „o miłości, młodości i walce”, jak deklarował Jan Komasa (materiały dystrybutora filmu). Znakomita recenzentka filmowa Barbara Hollender i znany dziennikarz Tomasz Lis pozytywnie ocenili ten film, wśród młodych recenzentów zdania były podzielone, łącznie z długim wyliczaniem wad Miasta 44, jak na blogu Agaty Garbowskiej.

Prawda leży zapewne jak zwykle pośrodku, niemniej film zasługuje jeśli nie na entuzjazm, to przynajmniej na docenienie zalet, a nie kpinę. Zgadzam się z publicystą wPolityce, historykiem Piotrem Skwiecińskim, że wiele tu niepasujących szczegółów z epoki, mnie jednak bardziej raziło kilka zdań z dialogów, dotyczących bardziej ducha niż litery opisywanych czasów.

Jan Komasa deklaruje, że Miasto 44 „nie jest filmem historycznym ani dokumentem o przebiegu Powstania”. I rzeczywiście nie jest, powstał za to jako film postmodernistyczny, zbudowany na bazie konwencji kina wojennego, filmów apokaliptycznych, katastroficznych, widowiskowego kina hollywoodzkiego. Podkreślają to znakomite efekty specjalne, konsultowane przez Richarda Baina, który ma w swoim dorobku współpracę z Christopherem Nolanem, Peterem Jacksonem i Terrym Gilliamem i światowe hity: Casino Royale, Incepcję, Nędzników. Jan Komasa inspirował się niektórymi ujęciami Szeregowca Ryana Stevena Spielberga, Czasem apokalipsy Coppoli, filmem wojennym Idź i patrz Elena Klimowa i Dniem niepodległości. Duże wrażenie robi inscenizacja walk opowiedzianych długimi ujęciami ze steadicamem, znakomite prowadzenie wielu dziejących się równocześnie mikrozdarzeń w wielkim planie – w scenach w kanale i w powstańczym szpitalu. Wrażenie prawdziwości zdarzeń jest tak duże, że nas, widzów, przerażają bryzgi krwi, oderwane kończyny, wybuchy min i pokazana naturalistycznie makabra. I tu celowo reżyser wytrąca nas z pełnej identyfikacji, niepasującymi ujęciami i nieadekwatną do obrazu ścieżką dźwiękową.

Prawdziwe piosenki powstańcze występują tu w ilości śladowej. „Dziwny jest ten świat” Niemena zostaje dodany do sceny na cmentarzu, piosenkę „Chryzantemy złociste” nagrał Mieczysław Fogg dopiero po wojnie, tuż przed wojną wykonywał ją Janusz Popławski, a słyszymy ją tu w wielu ujęciach w wykonaniu Fogga, nowoczesna muzyka w stylu dubstep towarzyszy scenie seksu. Wszystkie te efekty dają nam pewien dystans do filmowanego materiału, pozwalają obserwować świat z punktu widzenia współczesnego człowieka i uruchamiają w widzu poziom rozumnej obserwacji, która jest niejako ponad uczuciową identyfikacją.

Świat ginących powstańców jest pokazany z oddaniem całej brutalności ataków na nich i naturalizmem krwi, i umierania. Co ciekawe, scen pozwalających widzowi się zdystansować, tak jak te kręcone na wysokim klatkarzu (slow motion), jest wraz z przebiegiem akcji coraz mniej, także mniej jest dystansującej muzyki. Razem z bohaterem filmu – Stefanem tracimy dystans rozumu wobec pokazanej rzeczywistości i pogrążamy się w chaotycznym świecie wojennej apokalipsy. Ten proces pogrążania się i wchłonięcia bohatera (i widza) przez mroczną rzeczywistość, wejścia w pewien rodzaj transu podobny jest do przemiany Dominika i destrukcji jego świata w Sali samobójców Jana Komasy.

Pomysł filmu, który pochodzi od producenta Michała Kwiecińskiego, powstał już ponad osiem lat temu, tyle trwało gromadzenie środków na to wysokobudżetowe kino. Komasa napisał kilka wersji scenariusza i znakomicie go udokumentował, rozmawiając ze świadkami historii i studiując materiały archiwalne między innymi w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Postaci Miasta 44 przechodzą podobną drogę, jak Zgrupowanie „Radosław”, złożone z harcerskich batalionów „Zośka” i „Parasol”. Z Woli podążają przez Starówkę, kanałami do Śródmieścia, żeby walczyć dzielnie na Czerniakowie. Komasa wybrał dla powstańców tę najdłuższą drogę, dlatego że w Zgrupowaniu „Radosław” walczyło najwięcej młodych ludzi i tam też najwięcej się działo. Twórcę filmu zainspirował „Pamiętnik żołnierzy Baonu „Zośka”. Wyraźne są też odniesienia do sceny w kanałach, gdzie „Stokrotka” prowadziła „Koraba” w filmie Kanał Andrzeja Wajdy oraz podobny motyw wrzucania granatów do kanałów.

Z pierwszej wersji scenariusza pozostał podobno tylko wzięty z kina popularnego motyw miłosnego trójkąta. Młody powstaniec Stefan (Jan Pawłowski) zakochany jest w Alicji – „Biedronce” (Zofia Wichłacz), a w nim kocha się koleżanka z konspiracji Kama (Anna Próchniak). Prawdziwym bohaterem pozytywnym filmu jest broniące się miasto Warszawa, a negatywnym wojna jako taka. To być może generuje mozaikowość narracji i zaledwie naszkicowanie charakterów postaci drugoplanowych. Okrucieństwa i okropieństwa naturalistycznie, jak w filmie „gore”, pokazanej wojny budzą w widzu odruchowy sprzeciw. To wojna jest tym złym królem z zamieszczonej w filmie przypowieści, który zakazał wszystkiego oprócz marzeń, których nie jest w stanie zniszczyć, marzeń o wolnej i spokojnej Polsce. Bohater pozytywny (miasto) ginie, wstrząsające jest ostatnie ujęcie palącej się w ciemnościach Warszawy, przedstawianej z daleka, zza Wisły. Stefan ocalił życie, Biedronka zginęła, „odnaleźli się” dopiero symbolicznie w wizyjnej scenie – nad niosącą ratunek rzeką, przy której już w pierwszej części filmu młody człowiek pomógł swej późniejszej wybrance. Rzeka stanowi pierwsze wyzwanie i sprawdzian dla charakteru bohaterów oraz kres pełnej prób dla ich człowieczeństwa, drogi. Jest jak Lete – symbol rzeki zapomnienia w Hadesie, jak alegoria wejścia i wyjścia z piekła wojny. W filmie można odnaleźć tropy mityczne i pozytywne (choć nie wyłożone łopatologicznie) przesłanie, co stanowi o jego wartości.

Rzeczywistość walczącej Warszawy widzimy najpierw oczami Stefana, a potem „Biedronki”. A Stefan jest jakby alter ego reżysera. Komasa w pewnym momencie trafnie zauważył, że była to dla niego prawdziwa podróż w czasie. Nadał też współczesne cechy swoim bohaterom. Tak jakby świadomość i język, którym obecnie posługują się młodzi ludzie, przenieść w tamte czasy i z tej perspektywy obserwować rzeczywistość. Wtedy można też zrozumieć wiele rozwiązań reżyserskich, choć rażą wulgaryzmy, a przecież uwspółcześniony język nie musi być pełen brzydkich słów. Pamiętajmy, że w tych latach nawet ludzie nie stojący w hierarchii społecznej wysoko wyrażali się ładnie. Poraża również zdanie wypowiedziane przez cywilnego mężczyznę w ostatniej fazie Powstania, pod koniec filmu: „oni zniszczyli miasto”, jako odpowiedź na wypowiedziane przez starszą kobietę: „żal mi tych chłopców”. Nie trzeba chyba przypominać, że Warszawę zbombardowali nie Polacy, a Niemcy, co było ich stałym zwyczajem, zważywszy na to, jak zaczęli wojnę serią ataków lotnictwa na Wieluń 1 września 1939 roku.

Reżyser Jan Komasa przesadził także, nie chcąc budować jednowymiarowych i stereotypowych postaci (vide: „dobry Niemiec”, żeby nie wszyscy byli źli), w odbrązowieniu powstańców i cywilnych warszawiaków. Polski lekarz, który zabija niemieckiego jeńca to, delikatnie mówiąc, nie tylko przesada, ale i nieprawdopodobieństwo. Dowolność fabularna nie może niszczyć dobrego imienia powstańców. „My oczekiwaliśmy, że to będzie film, który w pewnym sensie odda i nastrój tamtych chwil, i nas samych. Pokaże nas zgodnych, mających przed sobą pewien cel. A doznałem zawodu” – mówił w rozmowie z Natemat.pl były powstaniec Edmund Baranowski.

Są więc rysy na tym skądinąd bardzo dobrym dziele filmowym. Może jednak Jan Komasa za bardzo uwspółcześnił bohaterów?

 

Ostatnio dodane