VHS

METALOWA ZEMSTA. Szatan z VHSu

A co gdyby katecheci mieli rację, gdyby metalowa muzyka faktycznie była zła? Wtedy Ozzy Osbourne pierwszy namawiałby do jej bojkotu...

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Natapirowane lata 80.

3 grudnia Ozzy’emu Osbourne’owi stuknie sześćdziesiąt dziewięć lat. W tym roku pożegnał się z Black Sabbath, a w przyszłym zagra kilka ostatnich koncertów ze swoim solowym projektem. Pozostanie po nim nie tylko muzyka, lecz także kilka świetnych epizodów filmowych, a zwłaszcza ten z Metalowej zemsty.

Występ w filmie o takim tytule (aczkolwiek w oryginalnym Trick or Treat nacisk położono na nawiązanie do święta Halloween, nie do metalu) mógłby sugerować, że Ozzy w pełni ukaże swoje szaleństwo – odgryzie głowę nietoperzowi, wyleje dziesiątki kubłów wody na głowy fanów i udowodni, że pseudonim Książę Ciemności nie jest na wyrost. Lider Black Sabbath (choć pewnie zaraz ktoś oburzy się, że przecież liderem jest Tony Iommi) ukazuje tu jednak swoje drugie, komiczne oblicze i występuje jako elegancki, telewizyjny ekspert wypowiadający się na temat „rockowej pornografii”. Oczywiście przekornie jest jej zatwardziałym przeciwnikiem i nawołuje do śpiewania o czystej, delikatnej miłości oraz do powstrzymania szatańskiej machiny, jaką jest rock’n’roll.

Po przeciwnej stronie znajduje się typowa dla „pudel metalu” (zwanego także „hair metalem”) gwiazda, która lubuje się w wywlekaniu wszelkiego rodzaju tabu na scenę i demoralizowaniu młodzieży (tak przynajmniej wydaje się rodzicom). Sammi Curr umiera jednak przedwcześnie w pożarze hotelu, co powoduje, że Eddie, jego bezkrytyczny wielbiciel, załamuje się. Łut szczęścia sprawia, że na pocieszenie otrzymuje płytę winylową z jeszcze nieopublikowanymi utworami idola, ale jej odtworzenie sprowadza na świat okrutnego demona… Brzmi znajomo? Jeżeli oglądaliście nowozelandzki Deathgasm, na pewno szybko zorientujecie się, jak wiele elementów zapożyczyła ekipa z antypodów właśnie od Metalowej zemsty. W obydwu przypadkach głównym bohaterem jest znienawidzony przez szkolne środowisko nastolatek, fan metalu (choć w filmie z 1986 jest to określenie bardzo umowne, muzyka, jaką słyszymy to zdecydowanie hard rock); w obydwu obiekt uwielbienia okazuje się czarnym charakterem i w obydwu niewinna dziewczyna po założeniu słuchawek przechodzi na metalową stronę mocy. O ile jednak Deathgasm szybko przemienia się w urokliwe gore, o tyle Metalowa zemsta jest podręcznikowym przykładem magnetowidowej produkcji z lat 80.

Tony Fields w roli wykonawcy tytułowej zemsty został przedstawiony w dokładnie taki sposób, jak trzy dekady temu widziano ulicznego łobuza. Przypomina przerysowaną postać z teledysku do Bad Michaela Jacksona i co ciekawe, faktycznie miał okazję współpracować z Królem Popu – był jednym z tancerzy na planie innego klipu, legendarnego Thriller. Jego grzywa, skóry i pogardliwe spojrzenia sprawiają, że faktycznie kojarzy się z muzykami grup typu Mötley Crüe, a nie jedynie z odgrywającym jednego z nich aktorem. Niestety los okazał się dla Fieldsa jeszcze mniej łaskawy niż dla jego postaci, umarł w wieku trzydziestu pięciu lat, cierpiąc jednocześnie z powodu nowotworu oraz AIDS. Barwny, skrajnie odrealniony Sammi Curr staje naprzeciw zupełnie zwyczajnego nastolatka i mimo że Eddie jest skazany na porażkę w starciu na charyzmę, to Marc Price (znany właściwie tylko z tego filmu) wiarygodnie portretuje młodego metalowca, który nie jest tak zły, jak wielu osobom demonizującym metalową muzykę mogłoby się wydawać.

Metalowa zemsta to esencja drugiego oblicza lat 80., tego niegrzecznego, niemającego nic wspólnego ze Stranger Things i synthpopem. Wpisuje się więc w aktualny trend powrotu do tamtej epoki, a zarazem stoi w opozycji do niego.

Fabuła jest prosta, scenariusz nie opiewa w makabryczne momenty (najlepszy to wyciągnięcie prezenterki telewizyjnej wprost z ekranu odbiornika oraz natychmiastowe zwęglenie jej) i właściwie nie ma tutaj czego się bać, niemniej nastrój filmu (w polskim wydaniu dodatkowo upiększony głosem Tomasza Knapika) rekompensuje wszelkie niedociągnięcia. Młodzieńcowi, który dzisiaj sięgnie po Metalową zemstę, dziwne może się wydać, skąd wzięła się tak liczna publiczność na koncercie przaśnej kapeli rockowej, która w odróżnieniu od bijącego rekordy popularności Nocnego Kochanka traktuje siebie całkiem serio. Film Charlesa Martina Smitha oprócz horroru jest jednak także dokumentem specyficznej dekady. Sława Sammiego Curra nie jest fantazją; Poison, Def Leppard czy Ratt rzeczywiście mieli swoje pięć minut sławy, ale dzisiaj – podobnie jak kasety VHS – są reliktami przeszłości, których coraz większa część odbiorców popkultury nigdy nie poznała w latach swojej świetności. Metalowa zemsta to esencja drugiego oblicza lat 80., tego niegrzecznego, niemającego nic wspólnego ze Stranger Things i synthpopem. Wpisuje się więc w aktualny trend powrotu do tamtej epoki, a zarazem stoi w opozycji do niego i chociaż zupełnie nie tęsknię za natapirowanymi włosami czy piskliwymi głosami, trwająca blisko sto minut retrospekcja wywołuje duchy przeszłości, które otulają w przyjaznym uścisku pełnym nostalgii i wspomnień. Jeżeli pamiętacie Ozzy’ego Osbourne’a sprzed reality show nadawanego na kanale MTV, koniecznie musicie sięgnąć po tę kasetę. Tylko nie puszczajcie jej od tyłu.

Ostatnio dodane