Recenzje

MEFISTO (1981)

Najlepszy film Istvana Szabó - zdobywca Oscara za najlepszy film zagraniczny.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Tańcząc z diabłem

Istvan Szabó, chyba najbardziej znany węgierski reżyser, nakręcił w latach 80. trylogię o ludziach opętanych sztuką przez siebie tworzoną i spętanych jednocześnie przez władzę kształtującą ich samych. Mefisto (1981), Pułkownik Redl (1984) i Hanussen (1989) opowiedziały w sposób nietuzinkowy o niejednoznacznych związkach artysty z polityką, wystrzegając się zbędnego moralizatorstwa i banalnej sztuczności. Mefisto uważany jest za najlepszy film Szabó, co potwierdzone zostało Oscarem dla filmu zagranicznego w 1982 roku, ale i też sensacyjna atmosfera wytworzona wokół tego dzieła spowodowała podniecone dyskusje na całym świecie o roli polityki w kulturowym kształtowaniu społeczeństw. Siła filmu wzmocniona została przez sytuację w bloku wschodnim, szczególnie w Polsce, gdzie w czasie stanu wojennego zdelegalizowano Solidarność, a aktorzy, artyści i literaci poczęli bojkotować władzę za nadmierne zaangażowanie w propagowanie sztuki „poprawnej politycznie”.

Zygmunt Kałużyński zbeształ film znacząco.

Mefisto był więc nieprzewidzianym, ale dosadnym komentarzem. Demaskatorstwo filmu Istvana Szabó potraktowano jako argument w polemice między władzą a artystą wciąganym w wir politycznej zawieruchy. Trudno powiedzieć, czy był to argument skuteczny. W owym klimacie napięcia film uważano za arcydzieło, niejednokrotnie jednak na łamach polskiej prasy odsądzano obraz ten od czci i wiary (na przykład Zygmunt Kałużyński zbeształ film znacząco), zachodnie natomiast gazety unosiły się w zachwytach, wychwalając alegoryczność dzieła, rewelacyjny warsztat (zdjęcia Lajosa Koltaia) i znakomity portret psychologiczny głównego bohatera, którego brawurowo zagrał nieznany austriacki aktor Klaus Maria Brandauer (to jedna z najgenialniej zagranych postaci, jakie zdarzyło mi się zobaczyć).

Obraz Szabó to swobodna adaptacja powieści Klausa Manna (syna Tomasza) z 1936 roku, opowiadająca o autentycznej postaci Gustava Gründgensa, będącego pierwowzorem filmowego Hendrika Höfgena. W latach 30. był on najsłynniejszym niemieckim interpretatorem dramatów Szekspira, Brechta i Goethego, po pewnym czasie stał się artystyczną wizytówką III Rzeszy. Węgierski reżyser postanowił zrezygnować z dosłownych odniesień do postaci Gründgensa, by stworzyć obraz artysty zaprzedającego duszę panującemu systemowi. To historia Fausta kuszonego przez Mefistofelesa zbiorem ukrytych pragnień, które mają szansę zaistnienia.

Diabeł kusi, bo zna marzenia. Jest okrutny w ich spełnianiu, bo wie, że aktor nie może istnieć bez publiczności, bez jej zachwytu, owacji, śmiechu i łez. Aleksander Jackiewicz, nieodżałowany polski krytyk, uważał postać kreowaną przez Brandauera za jedną z najbardziej intrygujących w kinie, które nie boi się konfrontacji z polityką – autor tekstu szczerze może podpisać się pod tego typu stwierdzeniem. Hendrik to aktor prowincjonalny, sfrustrowany, niespełniony, marnujący swój nieprzeciętny talent w repertuarze co najwyżej średnim, nic nie znaczącym. Zna swą wartość, więc dumnie patrzy w oczy innym. Opętany chorą ambicją klasyczny narcyz szuka poklasku, potwierdzenia swej wartości. Jego osobowość ma zawsze tryumfować, zawsze odnosić sukces. Höfgen angażuje się w brechtowską ideę teatru rewolucyjnego, gdzie sztuka stanie się wartością ogólnospołeczną zdolną przełamywać mur niesprawiedliwości.

I diabeł przychodzi, Faust zwabiony przez Mefistofelesa wyrzeka się samego siebie. Bo Hendrik to bardzo słaby człowiek, o „zadziwiająco lekkim uścisku dłoni”. Zachwyt nazisty nad jego talentem nie jest niczym gorszym od zachwytu kogoś innego. Jego aktorska próżność została zaspokojona, wielkość potwierdzona. Dla tysięcy oklasków w berlińskim teatrze narodowym porzuca swą kochankę i poślubia wpływową arystokratkę (w tej roli Krystyna Janda). Rezygnuje z socjalistycznych idei na rzecz prymitywnej inscenizacji dramatu szekspirowskiego, w której Hamlet to ideał aryjskości w duchu hitlerowskiej koncepcji „nadczłowieka”. Nazizm uwiódł, zastawił sidła, znieczulił i zniszczył. To był jednak upragniony dar Hendrika, który żyjąc sztuką i dla sztuki, dał się pokonać demonowi politycznemu, bo ten cynicznie i bez pardonu zajrzał w jego duszę i kupił jego pragnienia.

„W filmie zjawisko to rozgrywa się na gruncie wielkiej polityki” – mówi Istvan Szabó w wywiadzie dla Filmvilág w 1981 roku – „i siłą rzeczy do tej pory mówiliśmy tylko o jego formach związanych z wielką polityką, lecz chorobę tę można zauważyć także i w mniejszych, mniej licznych społecznościach, w szkolnej radzie pedagogicznej, w zakładzie pracy, w urzędzie –- wszędzie, gdzie grupy dla realizacji swych własnych interesów wykorzystują utalentowanych ludzi, którzy zawsze i za wszelką cenę chcą się wykazać, pragną poczucia bezpieczeństwa, obrony, akceptacji. Wykracza to poza granice zwykłego karierowiczostwa, stając się poważnym, ogólnoludzkim problemem”.

Koszty, jakie poniósł główny bohater, usprawiedliwia on sam słowami Mefista, określając siebie nie jako człowieka, a „maskę wśród ludzi”. Bez imienia, twarzy, dla nikogo nierozpoznawalna istota mówiąca słowami przypominającymi grane kiedyś role. To przyznanie się do bezsilności, to wieczne wątpliwości, pogardzanie sobą, ale w takt samousprawiedliwień. W finale Höfgen zostaje oślepiony blaskiem reflektorów, miota się jak pajac, jest bezwolną marionetką w rękach Mefista, czyli nazistowskiego generała. To swoiste oświecenie, nagle Hendrik zaczyna dostrzegać prawdę o sobie i świecie. Nazizm zwiódł bohatera, co Szabó doskonale ukazał unikając zewnętrznych fasad tej morderczej ideologii. Nie widać tu hitlerowskich pozdrowień, nie uświadczymy przejmujących okrucieństw, nawet flagi ze swastyką pojawiają się nader rzadko. Faszyzm skrada się niewinnie ,pokazując zabójcze kły w momencie, gdy myślimy, że mamy do czynienia z niegroźną istotą.

Mefisto to dogłębna analiza psychologiczna artysty wciągniętego w tryby politycznej machiny. To jego wybór, bo Mefisto spełnił tylko jego życzenie, zaglądając w głąb jego – czyli aktora – duszy. Można też film Istvana Szabó odczytać jako głos w dyspucie o stosunku Sztuki do Polityki i Polityki do Sztuki, gdzie artysta staje się bezwolną ofiarą swojej własnej twórczości. Ideologia mistyfikuje rzeczywistość – to zdaje się przekaz zawarty w filmie. „Choroba”, o której mówi Szabó, to nie tyle polityka, ile skazywanie siebie na sukces. Czyli uniwersalna myśl o naszym, ludzkim problemie, z którym mierzymy się co dzień? Hendrik zapomniał o życiu, postawił ponad nim teatr i założył maskę.

Zostaniesz zawsze, czymżeś jest.

Rzekł Mefistofeles. Miał rację.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane