Recenzje

MARZYCIELE (2003)

Bertolucci o młodych buntownikach i utracie niewinności.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

SEKSPOLITYKASZTUKAMIŁOŚĆ

Dla nas kultura i rewolucja, –stwierdza w wywiadzie przeprowadzonym w czasie wydarzeń majowych w 1968 roku student Sorbony, –każda kultura, każda prawdziwa kultura, naprawdę nowa, jest zawsze kontestacyjna. I jeśli mają się skończyć uliczne demonstracje, musi wyjść na ulicę myśl twórcza, kultura i sztuka. Nasza rewolucja powinna być całkowicie różna od tych, które były, od rewolucji zbiurokratyzowanych, które prowadziły od śmierci sztuki do śmierci kontestacji.

MAKE LOVE, MAKE WAR

Bohaterowie bardzo dobrego (lecz nie najlepszego w dorobku) filmu Bertolucciego chcą być rewolucjonistami. Uwielbiają filmy wywrotowców nowofalowych: Godarta, Truffaut, Belecchio. Widzą w nich nie tyle siebie, co pewną ideę wolności, która przejawia się twórczością niczym nie skrępowaną, idącą pod prąd. I oni też chcą być tak nonszalanccy, jak filmowi bohaterowie.

Seks równoznaczny jest z manifestem politycznym i miłością do sztuki.

W Marzycielach młody Amerykanin przybywa do Paryża, aby przede wszystkim oglądać filmy, przy okazji studiując (co, to chyba nieważne). Siada w pierwszych rzędach, syci się intensywnością awangardowych uczuć europejskich (ale nie tylko) twórców. Kino jednak zostaje zamknięte. Wybuchają strajki, protesty, demonstracje. W tym momencie poznaje rodzeństwo – Theo i Izabelle, z którymi wkrótce zamieszka i z którymi pogrąży się w obłędne praktyki seksualne i intelektualne rozgrywki z pogranicza kultury i polityki. Theo i Isabelle wątpią w racjonalność otaczającej rzeczywistości.

Taki to przedziwny bunt: –seks równoznaczny jest z manifestem politycznym i miłością do sztuki; polityka nierozerwalnie związana z rozwiązłością miłosną i rozprawami o kulturze; sztuka, tutaj głównie kino, manifestuje się poprzez polityczny bunt i aberrację seksualną. Inaczej Amerykanin, Matthew. Dostrzega on racjonalność rzeczywistości, nie kontestuje zasad, wartości, kultury, polityki, norm etycznych, wzorów, standardów. Uważa, że wszystko wpisuje się w odwieczny schemat ludzkiego losu. Także bunt, przypisane mu zwątpienie, ale i konformizm i nonkonformizm, optymizm i pesymizm, zmiana i stagnacja. Wszystko ma swój sens, nawet naiwność, w którą nie wierzą jego francuscy przyjaciele.

Ale o co tak naprawdę walczą?

Trzeba zacząć od historii. Tuż po zakończeniu II wojny światowej zapanował na świecie względny spokój. Europa odradza się po kataklizmie wojennym, Ameryka upaja się efektownym, atomowym finałem. Ale sytuacja po chwili przybiera nieco inny bieg. Na arenie międzynarodowej pojawia się drugie mocarstwo – Związek Radziecki. Serdeczne uściski Roosevelta i Stalina spełzły na niczym, z dnia na dzień zapomniano o sojuszniczej współpracy. Od końca lat 40. mamy do czynienia z narodzinami zimnej wojny i wyścigu zbrojeń. Obie strony podjęły swoiste wewnętrzne krucjaty: ZSRR radykalnie antykapitalistyczną, a w Stanach Zjednoczonych, pod wodzą senatora McCarthy’ego, przeprowadzono krucjatę antykomunistyczną.

Kolejne lata to interwencja w sprawie nacjonalizacji Kanału Sueskiego, wojna algierska, rewolucja komunistyczna na Kubie, narodziny dyktatur w Ameryce Łacińskiej, powolna destalinizacja (domniemana demokratyzacja) w Europie środkowo-wschodniej, pochłaniająca setki ofiar (na Węgrzech, w Czechach). A dodajmy do tego społeczne rewolucje – prawa obywatelskie dla Murzynów, narodziny rock’’n’’rolla (Zeppelini! Hendrix! Joplin! Morrison! – wszyscy oni na ścieżce dźwiękowej!), wzmocnienie znaczenia mass-mediów i kilka innych zjawisk, które doprowadziły do wzrostu aktywności młodzieży, szczególnie tej akademickiej, na polu politycznym, kulturalnym i społecznym.

Młodzi 40 lat temu mówili, że różnorodne towary, przemysł rozrywkowy, potoczne komunikowanie się dostosowują jednostkę do życia w społeczeństwie technologicznym. Początek masowej telewizji, reklamy mydła i proszków do prania bez skrępowania mówiących z ekranu, że ci „lepsi” są w posiadaniu odpowiedniego szamponu, a ci „gorsi” narażeni są na szykany innych obywateli, wskazywanie palcem, bo „nie mają”. Podobnie z kulturą jako dostarczycielką wrażeń intelektualnych. Moda od zawsze była obecna, lecz narodziny mass-mediów wzmocniły jej rolę, docierając do każdego obywatela, a wszyscy oni czerpią ukazane im wzory w postaci kilku tysięcy obrazków dziennie.

Wartości stają się uniwersalne, masowe, trwale wkomponowują się w krajobraz społeczny, hamując aktywność i stwarzając bierność. Wielość sygnałów tylko kreuje pozór wolności, bo ta jest sztucznie symulowana. Istnienie w tym świecie spontaniczności to tylko fałszywe doznanie. „Człowiek, którego dusza jest w samochodzie, wymienianym zresztą szybko na nowy model, spontanicznie reprodukuje narzucane mu przez system potrzeby i wzory postępowania, a taka spontaniczność nie ma oczywiście nic wspólnego z wolnością” (to słowa czołowego myśliciela – obok Marksa i Mao Tse-Tunga – tamtych czasów, Herberta Marcusa).

Idee piękne, doniosłe, inspirujące, a mówienie o nich słuszne. W gruncie rzeczy chodziło o walkę z zastaną rzeczywistością rodzącą wciąż niesprawiedliwość, przemoc i niewolę. Wywołało to wielki ferment wśród intelektualistów, lecz aktywnie buntujący się wypaczyli poniekąd znaczenie idei. To o buntownikach są Marzyciele.

WYZWÓL WSZYSTKO
REWOLUCJA W MARZENIACH!
Rewolucja w książkach
Rewolucja w samochodach
Rewolucja w reklamie
W rzeczywistości jednak represje.
A największym wrogiem jest twój Tyłek.
Podnieś go!
Rusz się!
Niech się coś dzieje!

Tutaj czaić się może krytyka Bertolucciego względem nihilizmu.

I tutaj czaić się może krytyka Bertolucciego względem nihilizmu, który wyznaczył drogę domniemanym rewolucjonistom. Theo i Izabelle to naiwniacy, dzieciaki jeszcze, prości buntownicy wierzący w utopijne wizje wielkiej przemiany. Narzekają na rodziców, kwestionują wszystko: kulturę, politykę, organizację społeczną, normy, oczywiste formy współżycia społecznego, standardy zachowania. Theo wychwala czerwoną książeczkę Mao, nie zdając sobie sprawy, że rewolucja kulturalna w Chinach została narzucona przez aparat partyjny, a niedostosowanie się do odgórnych zaleceń pochłaniało miliony istnień ludzkich.

Próbują więc młodzi rewolucjoniści rozbijać utrwalone wyobrażenia o tym, co dobre, a co złe, prawdziwe i pozorne. Próbują walczyć, atakując poszczególne części systemu społecznego. Ich bajka mówi o Nowym, wspaniałym świecie (powstrzymuję się przed skojarzeniem ze światem z powieści Aldousa Huxleya), który odsłoni swe nowe wartości i prawa moralne, których jednostka będzie przestrzegała bez zewnętrznych nakazów. To po prostu utopia, a rzucanie koktajli Mołotowa w tłum policjantów okazuje się być zaprzeczeniem manifestowanych, pokojowych wartości. Niby buntują się przeciwko krzywym zwierciadłom zniekształcającym rzeczywistość, a sami obcują z cieniami z ekranu kinowego, wierząc naiwnie, że to jest realny świat, to są realni ludzie.

Nie dziwne, że atmosfera intelektualna towarzysząca Nowej Rewolucji osłabła już na początku lat 70. Już w Easy Riderze zapowiedziana była śmierć hippisowskich ideałów, gdy amerykańskie rednecki strzeliły w plecy dwóm swobodnym jeźdźcom.

Marzyciele Bertolucciego to bardzo ciekawe wspomnienie człowieka (reżysera), który był uczestnikiem tamtych zdarzeń i który tworzył nową jakość w kulturze, kontestując tradycyjną twórczość. Opłaciło się, bo świadomość społeczna zdecydowanie poszerzyła własne granice (feminizm, równe prawa, powszechna demokratyzacja, zwrócenie uwagi na nowe zjawiska z zakresu kultury i polityki). Wszystko było naznaczone naiwnością, która popchnęła do przodu rewolucję. I bunt, choć szalenie romantyczny i często utopijny, zdaje się mieć sens. Mimo naiwności.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane