Recenzje

MARZYCIEL (2004)

Magiczny film o potędze wyobraźni.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Być czy śnić?

Wiara w potęgę sprawczą wyobraźni z czasem nieubłaganie gaśnie. Kiedy już raz zawiodła, a zwłaszcza gdy zawiodła kilka razy. Trzeba sporo wysiłku, by od nowa jej zaufać. O ile w ogóle ma się ochotę ten wysiłek włożyć, by osiągnąć cel wyzbyty wszelkiej praktyczności. Każdy chociaż raz w życiu słyszał mantrę „jeśli czegoś naprawdę bardzo chcesz, to osiągniesz swój cel”. Mantra piękna i motywująca, pełna nadziei. I niewątpliwie sprytna. Nigdzie bowiem nie precyzuje, jak prawdziwe ma być „naprawdę” i jakiej ilości wymaga „bardzo”. Zakładając, że siła pragnienia zderza się z powikłanymi ścieżkami karmy, a spełnienie oczekiwań łączyłoby się z oszukaniem przeznaczonego losu – to największa potęga nie będzie mimo wszystko dość mocna.

Tak powstaje Nibylandia.

W dzieciństwie wyobraźnia jest jednym z największych skarbów, jakie mamy. Sny snute na jawie spełniają się, ponieważ nie stawiamy im tych wymogów, które nadchodzą wraz z dojrzałością. Nie żądamy od nich materialnej manifestacji, nie chcemy, by otoczenie je dostrzegło i odpowiednio doceniło. Marzenia wystarczają same sobie. Tak powstaje Nibylandia. Każdy ma swoją – i każdy po swojemu ją nazywa. Ale potem przestajemy wierzyć w Nibylandię. Oczekiwania się zmieniają – i marzenia też. Ich spełnienie nie jest już aktem twórczej mocy. Wymaga sprzężenia okoliczności, ludzi, zdarzeń. Zebrania w czasie dostatecznej liczby niezbędnych czynników. Nieraz – ciężkiej pracy. Gdy któryś z tych elementów zawodzi, sny pozostają w swoistej poczekalni – w sferze niespełnienia. A ponieważ to nie jest przyjemne ani wygodne, do tej poczekalni się nie zagląda.

Scenariusz tyleż świadomy i praktyczny, co bezgranicznie smutny. Ogromny przeskok następuje od momentu, gdy wyobraźnia miała tak wielką siłę, do momentu, gdy stanowi co najwyżej ubogą siłę pomocniczą. A przecież ta tak starannie umeblowana i pokolorowana Nibylandia wciąż jest. Była prawdziwym tworem, miała w sobie życie – doskonale to czuliśmy będąc dziećmi. Coś tak żywotnego nie może po prostu zniknąć – może natomiast popaść w uśpienie, kto wie, czy nie na zawsze.

Mały Peter w filmie Marzyciel, w odróżnieniu od swojego imiennika Piotrusia Pana, chce dorosnąć jak najszybciej. Wydaje mu się, że w ten sposób oszuka cierpienie i stratę. Że będąc dorosłym, poradzi sobie z nimi łatwiej. Wróżki mogą sobie istnieć albo nie, ale to nie wróci mu ojca, nie uzdrowi matki, nie zespoli rodziny. Dobra wróżka, która nie jest w stanie tego zmienić, nie zasługuje na wiarę. Nie może być dzielnym piratem ktoś, kto nie ma mocy uratowania bliskich przed złym losem, przed prawdziwym kapitanem Hakiem. Nie można stać się prawdziwym Indianinem, jeśli szamańskie zaklęcia nikogo nie uzdrowią. Czy nie tak?

„Więc ty jesteś Piotrusiem Panem – tak jak on, nie masz cienia!”

Śmieją się widzowie po premierze sztuki o Nibylandii, zaczepiając małego Petera. „Nie, to nie ja” odpowiada chłopiec, i wskazując na autora sztuki, dodaje „on nim jest!”. James Barrie nie stał się Piotrusiem Panem dlatego, że życie szczędziło mu tragedii czy rozczarowań. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego, że to życie nie było proste ani łatwe, odnalazł swoją drogę do Nibylandii. I nawet jeśli gdzieś po drodze, na chwilę, nie wiedział do końca, jaki jest jej realny kształt – umiał znaleźć sposób, by znowu ten kształt dostrzec. Nibylandia zmienia się tak jak my, wzrasta wraz z nami. Sekret tkwi w znalezieniu do niej klucza, w udzieleniu jej swoistego kredytu zaufania. Wtedy się odwdzięczy. Ma przecież wielką moc.

James Barrie był znanym i cenionym literatem. Miał żonę przepełnioną chęcią brylowania w najlepszych kołach towarzyskich Londynu. Jednak to wszystko nie było w stanie dać mu dostatecznej inspiracji. Po klapie swojej sztuki szukał nowego natchnienia i znalazł je zupełnie niespodziewanie. Pragnął pomysłu i dostał go, kiedy po prostu poszedł na spacer do parku. Ale gdyby spotkanie z rodziną Daviesów było jednostkowe? Gdyby nie zechciał tak po prostu i zwyczajnie podzielić się z nimi swoim darem snucia marzeń? Gdyby uprzedzenia i konwenanse zdusiły w nim piękny ludzki odruch niesienia pomocy i ofiarowania przyjaźni? Piotruś Pan, który uczynił go sławnym, nigdy by nie powstał. Czy też może inaczej – nigdy nie zyskałby imienia. Nikt nie napisał książki zamiast Barriego. Nikt nie ustrzegł go przed trudami tej nowej epoki w jego życiu. Spotkały go i ból, i tragedia, i utrata. A jednak, czy ktokolwiek zaprzeczy, że marzenia i Barriego, i chłopców, i młodej wdowy Sylvii Davies, ich matki, się nie spełniły?

To jest właśnie sekret, który przekazuje Marzyciel. Marzeń nie można się bać, trzeba im od nowa zaufać. Pozwolić się im prowadzić na nowo – według innych reguł niż te, które stosowaliśmy będąc dziećmi, ale z nie mniejszą radością. Porthos, pies marzący o zostaniu niedźwiedziem, stanie się nim, jeśli mu na to pozwolimy, chociaż pozornie nadal będzie psem. To, że nie ma kłów, pazurów, brązowego futra i kołyszącego chodu, nie oznacza jeszcze, że jest „tylko psem”.

Ten film przekazuje piękną prawdę, że marzenia nie muszą stać się rzeczywistością, aby się spełniły. Naszą Nibylandię zasiedla to, co chcemy jej z siebie dać. Chociaż Barrie nie był w stanie uzdrowić Sylvii, to jednak nauczył Petera, jak jej szukać – i jak ją znaleźć. A chłopiec uwierzył, że jego marzenie się spełniło. I na tę chwilę nie żądał niczego więcej.

Piotruś Pan został w świecie swojej Nibylandii. Ale Wendy, John i Michael wrócili do swojego świata i przyszło im w końcu dorosnąć. Zaś pan Darling, ich ojciec, dostrzega w jakiś sposób czarodziejski statek, który powinien być przecież ukryty dla jego dorosłych oczu. Mówi „wydaje mi się, że kiedyś go widziałem… dawno temu, kiedy byłem bardzo mały”. Warto zachować tę wiarę i pielęgnować to wspomnienie na długo po tym, jak wyrośnie się z czasów dziecięcych psot. Odwaga snucia marzeń w pewien sposób spełnia pragnienie, by nie stać się dorosłym. Magia kryje się nie w takiej ich realizacji, jakiej żądamy. Kryje się w tym, co one same mogą nam dać. Sylvia zapytała, czym jest Nibylandia. James odpowiedział, że kiedyś ją tam zaprowadzi. Wiecie, co było dalej. Jednak czy ktokolwiek uważa, że tej obietnicy nie spełnił?

Tekst z archiwum film.org.pl (17.01.2005).

Ostatnio dodane