Recenzje

MAJ Z RIDLEYEM SCOTTEM: Robin Hood

Jeśli oczekujesz ciekawego, świeżego podejscia do dobrze znanej ci historii, z pewnością się zawiedziesz. Możesz nie doczekać momentu, gdy twój ulubiony bohater w końcu wejdzie do lasu.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Robin bez kaptura

Nim w przyszłym roku na ekrany kin trafi szumnie zapowiadana, rewizjonistyczna wizja przygód Robin Hooda, warto przypomnieć sobie, że już raz do takowej rewizji losów słynnego banity doszło. A zabrał się za nią sam Ridley Scott. Jak mu to wyszło? Realizacyjna maestria nie jest w stanie przykryć ogólnej przeciętności widowiska z 2010 roku. Paradoksalnie, największy problem filmu tkwi… w jego tytule. Oglądając bowiem Robin Hooda, za nic bowiem nie da się odczuć, że dostarczana jest nam kolejna wersja dobrze znanej historii. Historii jednego z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów popkultury.

Ridley Scott dwoił się i troił, by jego wizja przygód Robin Hooda różniła się od reszty. Rzut oka do Wikipedii wystarczy, by uświadomić sobie, jak wiele ich już powstało. Co ciekawe, sam reżyser miał ponoć powiedzieć, że jedynym filmem o słynnym banicie z Sherwood, który przypadł mu do gustu, była parodia autorstwa Mela Brooksa pt. Robin Hood: Faceci w rajtuzach. I najwyraźniej na bazie tego dość lekceważącego stosunku do filmowych wersji średniowiecznej legendy postanowił wykuć nowy, całkowicie oryginalny obraz. Problem w tym, że demitologizacja względem głównego bohatera i jego losów, która następuje w Robin Hoodzie Anno Domini 2010, jest tak radykalna, że jakakolwiek sympatia, którą darzyliśmy elementy dobrze znanej nam historii, musi zostać odłożona na bok. Gdyby nie fakt, że główny bohater ma na imię Robin i że potrafi zręcznie posługiwać się łukiem, to nieuważny widz mógłby mieć poważne problemy w zorientowaniu się, co tak naprawdę ogląda. Tę przepychankę z przyzwyczajeniami widza reżyser niestety przegrywa.

Gdyby nie fakt, że główny bohater ma na imię Robin i że potrafi zręcznie posługiwać się łukiem, to nieuważny widz mógłby mieć poważne problemy w zorientowaniu się, co tak naprawdę ogląda.

Przyczynkiem do realizacji celu Scotta stał się scenariusz autorstwa Briana Helgelanda (oscarowego zwycięscy za Tajemnice Los Angeles). W jego tekście wszystko bowiem zostało postawione na głowie. Zacznijmy od tego, że historia zakapturzonego banity została w filmie z 2010 roku przedstawiona tak, by wydała się maksymalnie wiarygodna. Wdrożono ją w historyczne ramy jednego z etapów odwiecznego konfliktu pomiędzy Anglią a Francją. Niejaki Robin Longstride walczy u boku Ryszarda Lwie Serce, będąc jednym z najlepszych łuczników jego armii. Po nieszczęśliwej śmierci króla, która nastąpiła podczas oblężenia francuskiego zamku, Robin wraz ze swymi kompanami wraca do Anglii i osiada w mieście Nottingham. W tym czasie władzę w kraju przejmuje brat Ryszarda, Jan (zwany przez historyków Janem Bez Ziemi). Jego nieudolne rządy, kierowane wpływem zdradzieckiego Godfraya, doprowadzają do wewnętrznych rebelii. Na prośbę sir Waltera Loxleya, Robin przyjmuje tożsamość jego zmarłego syna, Roberta Loxleya i poczyna opiekować się wdową po nim – lady Marion. Wkrótce bohater postanawia bronić kraju przed wojną domową i zagrożeniem zewnętrznym ze strony Francji.

I tak też Robin Longstride, a właściwie Loxley, niczym pierwszy patriota, bierze sprawy w swoje ręce i przywraca świetność Anglii. Słusznie zapytacie, gdzie w tej historii, trwającej bite dwie i pół godziny, etap ucieczki do lasu, założenia komuny sprzeciwiającej się wyzyskowi? Gdzie symboliczny moment przywdziania kaptura i stania się księciem złodziei? Gdzie konflikt z szeryfem z Nottingham, uosabiającym wrogi system? Gdzie w końcu mityczność losów postaci głównej, wynosząca ją do rangi ponadczasowego i uniwersalnego symbolu praworządności? Co prawda echa tych elementów w Robin Hoodzie uświadczymy (choćby za sprawą aż proszącego się o rozwinięcie wątku leśnych dzieci), ale nie w takiej formie i wymiarze, jakbyśmy chcieli. Najwyraźniej ich rozwinięcie miało zostać ukazane dopiero w planowanym sequelu filmu, który został pogrążony na skutek finansowej klapy Robin Hooda (przy 200 mln dolarów budżetu film zdołał zarobić jedynie marne 320 milionów).

Scott podjął ryzyko, które się nie opłaciło – ani widownia, ani krytyka nie zrozumiała jego wizji.

Trochę dziwi fakt rozkładania fabuły na tyle oszczędnie, by starczyła na kolejne odsłony, w sytuacji, gdy główną rolę obsadza się aktorem, który występem w Robin Hoodzie przeszedł do historii jako najstarszy odtwórca roli legendarnego łucznika. Czterdziestopięcioletni wówczas Russell Crowe co prawda posiada w filmie niezbędną charyzmę, ale według mnie jest do tej roli mimo wszystko za stary. Crowe jest nawet w tym wypadku starszy o kilka miesięcy od Seana Connery’ego, wcielającego się w podstarzałą wersję banity w Powrocie Robin Hooda z 1976.  Paradoksalnie jednak film radzi sobie całkiem dobrze, gdy oderwiemy go od ciemiężącej go legendy. I na tym polu będę go bronił. Ilekroć udało mi się podczas seansu zapomnieć, że oglądam kolejną trawestację jednego z moich ulubionych popkulturowych mitów, udawało mi się czerpać z niego żywą przyjemność. Film broni się realizacyjnie: zwracają uwagę dynamiczne zdjęcia, sprawny montaż i reszta dopracowanych aspektów formalnych. Intrygi na wysokich szczeblach władzy, wyraziste osobowości, bohater wychodzący przed szereg, odkrywanie własnej tożsamości, kruszenie serca Pięknej – to z kolei motywy, które przez odpowiednie podanie i przemieszanie potrafiły niejednokrotnie nakłonić mnie do przymrużenia oka.

Bądźmy jednak uczciwi. Analizując dorobek reżysera można powiedzieć, że Robin Hood z 2010 jest dla legendy o banicie z lasów Sherwood tym samym, czym Prometeusz jest dla serii o Obcym. Nieco przydługawym i wymuszonym wprowadzeniem do dobrze znanej historii, rzucającej całkowicie nowe światło na te rejony, które od zawsze radziły sobie przebywając w cieniu. Nie pomogła iście oscarowa obsada. Nie pomógł bohater, znany i podziwiany przez pokolenia widzów. Poprzez zbyt daleko idącą demitologizację, potencjał nowej odsłony przygód Robin Hooda został zaprzepaszczony. Szkoda, bo pomysł na przewietrzenie schematu sam w sobie nie był zły.

A na pytanie, czy da się umiejętnie dokonywać rewizji dobrze znanej w popkulturze historii tak, by po jej obejrzeniu widz nie musiał zastanawiać się, czy aby na pewno nie pomylił się dobierając film na seans, najlepiej rzucić okiem na ostatnie filmy o Jamesie Bondzie. Okazuje się, że podczas budowania nowej struktury pewne klocki po prostu nie powinny być ruszane.

Ostatnio dodane