Recenzje

MAJ Z RIDLEYEM SCOTTEM: Helikopter w ogniu

Leave your brain behind.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Ten film ma już szesnaście lat. Kiedy wszedł na ekrany w 2001 roku, zelektryzował widzów. Sam dobrze pamiętam świetne trailery, sugerujące niesamowite widowisko o niezwykłej sile rażenia. Kapitalne zdjęcia, tonące w zieleniach i brązach, będące bazą pod sceny pełne strzałów, eksplozji i snopów iskier. W tle kawałek Moby’ego Why Does My Heart Feel So Bad. Polska prasa podkreślała, że operatorem przy widowisku był Sławomir Idziak – filmowiec o bogatym dorobku, współpracujący wcześniej z Kieślowskim.

Reżyserem obrazu jest Ridley Scott, opromieniony sukcesem starszego o rok Gladiatora. Brytyjczyk tym razem wziął się za kino wojenne, co uczynił z pomocą całego sztabu doborowych aktorów i producenta Jerry’ego Bruckheimera (Top Gun, Twierdza, Karmazynowy przypływ) zakochanego w wystawnych widowiskach. Na cel wzięto autentyczną historię nieudanej amerykańskiej misji w Mogadiszu, stolicy Somalii, która zamieniła się w dwudniową bitwę. Publiczność była przychylna i dużym przedsięwzięciom, i batalistyce – wszyscy mieli jeszcze w pamięci sukces Szeregowca Ryana. Wiedzieli o tym Scott i jego producent, przygotowując kino dopieszczone, mogące pod względem technicznym konkurować z przebojem Spielberga.  

Helikopter okazał się wielkim hitem na całym świecie. Widzowie i krytycy jednogłośnie stwierdzili, że film nie tylko opowiada o bitwie; on pozwala stać się jej uczestnikiem. Strona formalna oszołomiła wszystkich. A co z przekazem, fabułą czy statusem obrazu na mapie kina wojennego? Widzowie dostrzegli tu godnego następcę Szeregowca Ryana, a część  stawiała go nawet obok Plutonu czy Czasu apokalipsy. Przeważały pozytywne oceny, lecz rozczarowanych także nie brakowało. Część odbiorców uznała  film sugestywną, ale monotonną dwugodzinną strzelaninę. Polaryzacja nastąpiła zresztą na poziomie kilku kwestii. Niektórzy widzieli tu uczciwy obraz pola walki, pozostali – amerykańską laurkę dla „naszych chłopców”. Wątpliwości budziło też potraktowanie drugiej strony, czyli uzbrojonych Somalijczyków, u Scotta przypominających hordę.

Jak film wygląda po latach? Zacznę od tego, że nie znam książki, na której oparto scenariusz tej historii. Jej autor wysnuł swoją powieść dzięki wywiadom z wieloma uczestnikami akcji w Mogadiszu. Podobno obraz Scotta pomija, skraca czy spłyca część podjętych w niej wątków. Cóż, być może.

Pewne jest za to, że Helikopter – oglądany obecnie – nadal budzi spore emocje. Amerykanie postanowili porwać dwóch ludzi Mohameda Aidida – kacyka odpowiedzialnego za ludobójstwo. Akcja zaczęła się 3 października 1993 roku i wzięło w niej udział prawie osiemdziesięciu Rangersów. Kiedy jednak dwa helikoptery zostały zestrzelone, żołnierze na ziemi pozostali bez wsparcia. Amerykanie zostali odcięci we wrogim mieście pełnym uzbrojonych band. To, co przewidziano jako prostą akcję, zamieniło się w bitwę trwającą aż do rana następnego dnia. W jej efekcie zginęło kilkuset (niektóre źródła sugerują nawet dwa tysiące) Somalijczyków i osiemnastu Amerykanów. Po obu stronach było wielu rannych. Zginęli także cywile. Po tej masakrze siły USA opuściły Somalię.

Treścią i bohaterem tego filmu jest wojna. Nie ta z rodem Rambo czy Commando, gdzie jedna osoba może stać się bronią masowego rażenia, ale ta, w której bez wsparcia kolegów, sprzętu i komunikacji jesteś trupem. A i z nimi możesz się nim stać. Fabułę zredukowano tu do minimum. Film trwa dwie i pół godziny, przy czym owa połówka (z pewnym naddatkiem) pozwala nam zapoznać się z bohaterami i przyjrzeć przygotowaniom do misji. Reszta jest wielkim świętem ku czci bogów wojny. Broń ciężka, czołgi, helikoptery, transportery, granaty i wyrzutnie rakiet towarzyszą nam przez cały seans. I ołów. Tony gorących pocisków zaleją ekran; strzały praktycznie nie milkną. Tak, to jest film dla tych, którzy lubią te dźwięki. Smakujących różnice w brzmieniu karabinków różnego typu, radośnie witających każde przeładowanie i zmianę magazynku. Kule wgryzają się w ciała, budynki, pojazdy. Wybuchy przemieniają w pył całe tony materii. Amerykanie się rozpraszają, co pozwala Scottowi przeskakiwać z miejsca na miejsce.

Dostajemy bardzo wystawne studium bitewnego chaosu, w którym krew sika wprost w kamerę, a czaszki eksplodują od kul. Możemy przyjrzeć się efektom strzału w człowieka z wyrzutni granatów. Pogruchotane kości i odpadające kończyny nieraz znajdują się w kadrze, przypominając, że po Szeregowcu Ryanie nikt już nie uwierzy w plastikowe strzelaniny.

Ostatnio dodane