Recenzje

MADE IN ABYSS. Baśń z dreszczykiem od współtwórcy MUMINKÓW

Uważacie, że wszystko, co najlepsze w anime już było? Nic bardziej mylnego, o "Made in Abyss" będzie się mówić jeszcze przez wiele, wiele lat.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Najpiękniejsza otchłań

Nadszedł grudzień, czas podsumowań, już wkrótce serwisy związane z japońską animacją zaczną publikować listy najlepszych serialów debiutujących w ostatnich dwunastu miesiącach. Pierwsze miejsca na pewno będą różne, ale jestem przekonany, że w żadnym z podsumowań nie może zabraknąć Made in Abyss, mojego osobistego numeru jeden w 2017 roku.

Wystarczy kilka sekund, by zorientować się, że nowe anime Masayukiego Kojimy pod każdym względem wyróżnia się na tle większości dzisiejszych produkcji. Pastelowa kolorystyka; feeryczne, bogato zdobione tła; niemal całkowity brak efektów komputerowych i postacie o nietypowych proporcjach ciał przykuwają uwagę oryginalnością. Osoby obeznane z aktualną twórczością tego reżysera (wcześniej stał za niezłym, choć zaledwie poprawnym seinenBlack Bullet) mogą być zaskoczone, jeżeli jednak zgłębimy jego filmografię, odkryjemy, że pierwsze doświadczenia w fachu zbierał jako drugi reżyser Muminków – jednej z najwspanialszych i najbardziej przerażających (głównie za sprawą Buki) wieczorynek, jakie można było w Telewizji Polskiej zobaczyć. Made in Abyss zaskakująco blisko do tej mrocznej baśni z początku lat 90., a zachodni widz w wielu momentach może zachodzić w głowę, czy seans z dzieckiem to dobry pomysł.

Wszystkich widzów obowiązuje jedno z praw, jakie nadał dzieciom Janusz Korczak - prawo do niewiedzy. Narracja prowadzona w ten sposób stawia na równi; ani widz nie wie więcej od bohaterów, ani oni nie skrywają przed nim żadnej tajemnicy.

Twórcy mang i anime często mają ambicje, by kreować własny świat (albo światy, jak w przypadku Re:Creators) z niepowtarzalnymi stworzeniami, właściwościami, broniami i miejscami, co często zamiast być oryginalne, staje się odtwórcze i trudne do śledzenia. Made in Abyss nie powtarza tego błędu. Rzeczywistość, w której istnieje miasto wybudowane wokół ogromnej, tytułowej Otchłani, ma swoje specyficzne cechy, ale widz nie zostaje od pierwszych minut zarzucony dziesiątkami nazw czy imion. Wejście do tego miejsca jest przystępne, a jednocześnie niepodobne do niczego, co wcześniej oglądałem.

„Jakieś tysiąc dziewięćset lat temu na odosobnionej wyspie na Południowym Morzu Beoluski odkryto ogromną przepaść. Jej średnica wynosiła tysiąc metrów, a głębokość do dnia dzisiejszego jest nieznana” – tak miejsce akcji opisują bohaterowie. Jedyna niezbadana dotąd przestrzeń na całej planecie (najprawdopodobniej nie Ziemi) przyciąga setki podróżników i łowców skarbów, ale im głębiej zapuszczają się w Otchłań, tym trudniej z niej powrócić. Najpierw lekkie zawroty, później nudności, bóle głowy, drętwienie kończyn, aż wreszcie krwawienie ze wszystkich otworów na ciele, utrata człowieczeństwa i śmierć poprzez tajemniczą klątwę – oto perspektywy czekające śmiałków spragnionych eksplorowania tajemnic świata podziemnego. Chętnych oczywiście nie brakuje, a wśród nich są nasi bohaterowie Riko i Reg.

Riko jest dziewczynką, Reg… nie do końca wiadomo czym, ale obydwoje mają dziecięcą aparycję, w związku z czym historia przedstawiana z ich perspektywy w naturalny sposób pełna jest pytań i niedomówień. To wygodny zabieg, dzięki któremu scenariusz nie musi serwować gotowych odpowiedzi za każdym razem, gdy pojawi się niejasność. Wszystkich widzów obowiązuje jedno z praw, jakie nadał dzieciom Janusz Korczak – prawo do niewiedzy. Narracja prowadzona w ten sposób stawia na równi; ani widz nie wie więcej od bohaterów, ani oni nie skrywają przed nim żadnej tajemnicy. To największa zaleta Made in Abyss – uczestniczymy w pasjonującej przygodzie ramię w ramię z postaciami z ekranu.

Muminki, pastele, przygody – brzmi radośnie, ale jest też druga strona medalu. Dzieci z sierocińca Belchero karane są w sposób, delikatnie pisząc, kontrowersyjny – rozbiera się je do naga i krępuje, co w naszym świecie natychmiast zakończyłoby się głośną rozprawą sądową. Nieswojo można poczuć się jeszcze kilka razy, najbardziej w czwartym odcinku, kiedy gruby brodacz sprawdza człowieczeństwo Rega, zaglądając mu w majtki… Penis Rega jest zresztą przedmiotem wielu rozmów. Największym kontrastem dla cukierkowego wyglądu Made in Abyss są jednak cztery ostatnie odcinki pierwszego sezonu. Widok ociekającej krwią postaci o delikatnych, krągłych rysach robi piorunujące wrażenie. Na Zachodzie ukrywa się przed dziećmi istnienie czerwonego płynu krążącego w ciele każdego z nas, ale Japończycy nie znają tego absurdalnego ograniczenia, często wręcz fetyszyzują krew i umyślnie ją eksponują. Finał jest jeszcze śmielszy, to rejony body horroru, przy którym Buka zaczyna przypominać przyjaznego pluszaka.

Jak to często bywa, środek sezonu traci na dynamice, a rozgrywający się w siódmym i ósmym odcinku dramat jest zbyt przerysowany, aby faktycznie się nim przejąć, niemniej kto łzy nie uroni w trwającym ponad czterdzieści minut zakończeniu, ten musi być robotem. Niestety dalszy ciąg poznamy najszybciej w 2019 roku. Nowe tomy mangi wciąż się ukazują, więc konieczne jest uzbieranie wystarczającej ilości treści, aby na jej bazie stworzyć następne trzynaście odcinków. Dla mnie będzie to wydarzenie równie ważne, co trzeci sezon Ataku Tytanów czy drugie spotkanie z One Punch Manem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane