Recenzje

Luty z Martinem Scorsese: Ulice nędzy

Autor: Michał Bleja
opublikowano

Zanim wielki artysta osiągnie mistrzostwo, musi ćwiczyć i się uczyć. Od tej zasady nie ma wyjątków – nawet największy talent wymaga oszlifowania. Filmowcy niczym nie różnią się tutaj od muzyków, malarzy czy pisarzy. Martin Scorsese również nie.

Ulice nędzy (po angielsku mean street tłumaczenie tytułu, jak to niestety często w Polsce bywa, nie jest najszczęśliwsze) to jego trzeci film pełnometrażowy. Dla widza dobrze obeznanego z jego twórczością surowość obrazu może być nieco zaskakująca. Trudno określić, czy jest ona wynikiem celowego zabiegu, czy też warsztatowych braków, które w późniejszych latach reżyser wyeliminuje. Tak czy inaczej – obraz z 1973 roku jest jednym z najbardziej chaotycznych dzieł w jego dorobku. Ta chaotyczność może irytować, ale na pewno nie można odebrać jej pewnego perwersyjnego uroku.

Scorsese w Ulicach nędzy pozwolił sobie złamać mnóstwo zasad, którym mainstreamowi reżyserzy są po dziś dzień wierni. Wiele scen, jak i dialogów robi wrażenie improwizowanych. Niektóre uwagi wypowiadane przez głównych bohaterów są zupełnie nieistotne dla fabuły, wręcz nie trzymają się kupy. Można odnieść wrażenie, że słucha się autentycznych potomków włoskich emigrantów w autentycznych nowojorskich barach lat siedemdziesiątych. W dodatku film został nakręcony raczej mało widowiskowo – bójki wyglądają znacznie bardziej jak autentyczne barowe konfrontacje bez czytelnej choreografii i odgłosów tłuczonego mięsa, którymi z takim zapałem raczą nas twórcy produkcji o sztukach walki.

W podejściu do zdjęć i montażu wyraźnie widać skłonność do eksperymentowania – spójrzmy na scenę, w której odgrywany przez De Niro Johnny Boy szarpie się z dwoma wrażymi osobnikami, w której kamera umieszczona za plecami bohatera wraz z nim tłucze się od ściany do ściany, zaliczając po drodze wszystkie kąty pomieszczenia. Akurat ten eksperyment udał się fantastycznie i nie dziwię się, że scena po montażu pozostała w filmie.

Trzeci film Martina Scorsesego był zarazem jednym z pierwszych w karierze Harveya Keitela (Charlie) i jednym z najistotniejszych w początkach kariery Roberta De Niro – obydwaj z postawionych przed nimi zadań wywiązali się znakomicie, De Niro jest rozkosznie irytujący, a Keitel bezbłędnie porządny i honorowy. Postać Charliego, wokół której kręci się intryga, w ogóle jest dla twórczości Scorsesego typowa – to chłopak głęboko wierzący, który za wszelką cenę usiłuje pozostać dobrym katolikiem, angażując się w interesy z mafiosami spotykanymi nie tylko na ulicy, ale również w kościele. To dużo nam mówi o środowisku włoskich imigrantów, o którym opowiadają Ulice nędzy, jak i o samym Scorsese – w jego dorobku znajduje się wiele dzieł, które stanowią swoisty hołd dla społeczności, z której się wywodzi. Wielu głównych bohaterów Scorsesego do złudzenia przypomina Charliego.

[quote]Ulice nędzy warto obejrzeć choćby po to, aby zobaczyć, jak Keitel i De Niro wyglądali przed ponad czterdziestu laty. Keitel miał wówczas trzydzieści cztery lata, a De Niro trzydzieści – ich postaci bardziej jednak przypominają dwudziestokilkulatków, zarówno mentalnie, jak i fizycznie.[/quote]

Ta stara jak świat produkcja nie należy do najlepszych filmów Scorsesego, nie zapisała się też w historii kina złotymi zgłoskami, mimo to uważam ją za dzieło niezwykle interesujące chociażby ze względu na to, że emanuje młodzieńczą energią i dzikością, że jest do bólu szczere i w najmniejszym stopniu nie próbuje moralizować widza, co w tamtych czasach było na porządku dziennym. Film jest też cennym świadectwem tego, jak hartowała się stal, czytaj – jak kształtował się styl Scorsesego i gdzie znajdują się jego korzenie. Mało spójny i przemyślany scenariusz nie zmienia faktu, że każdy fan tego reżysera powinien Ulice nędzy obejrzeć z przyjemnością.

Ostatnio dodane