Recenzje

LUDZKIE DZIECI. Pokaz wszechstronnego talentu

Autor: Karol Baluta
opublikowano

Nie ma zbawienia. Jest nadzieja.

Właśnie zmarł Diego Richardo. Miał 18 lat. Wszyscy z przerażeniem patrzą w ekrany telewizorów i komputerów. Imię chłopaka nie schodzi z ust. Nikt nie ukrywa żalu i bezradności – nikt nie ukrywa łez. Tylko Theo nie wydaje się być tym wstrząśnięty. Kiedy stracił nadzieję? Po rozstaniu z żoną, zanim to wszystko się zaczęło, czy dopiero po? Czy to było wtedy, gdy nagle lekarze z niepokojem stwierdzili, że rodzi się coraz mniej dzieci, a coraz częściej dochodzi do poronień? Powoli, „po cichu”, niespodziewanie i w najbardziej nieoczekiwanym momencie, ludzie utracili najważniejszy dar od Boga – dzieci.

Opustoszały przedszkola i parki, place zabaw wypełniła głucha pustka. Coś tak oczywistego jak dziecięcy śmiech nagle stało się niedostępne dla ludzkich uszu. Właśnie wtedy, w tym tak brutalnie osamotnionym świecie dorosłych; w panice, w bezmyślnej szamotaninie i nieporadności; zrodził się chaos, a w chaosie – koniec. Ludzkość umiera. A odejście Diego – najmłodszego człowieka na świecie, tylko to przypieczętowało. W tym świecie końca, Theo stara się funkcjonować w miarę normalnie i wychodzi mu to nawet nieźle – godzi się z rzeczywistością i nie szuka złudnych nadziei. Nie przeszkadza mu, że rząd coraz brutalniej traktuje emigrantów, a buntownicy są coraz śmielsi w aktach terroru. Do czasu, kiedy spotyka się z byłą żoną – Julian – aktywną działaczką ruchu oporu. Zostaje przez nią poproszony o przetransportowanie młodej emigrantki – Kee, poza obręb Londynu. Niechętnie podejmuje się zadania. Wkrótce jednak odkrywa, że Kee nie jest zwykłą dziewczyną – już wkrótce zostanie ona pierwszą od wielu lat matką. Theo postanawia pomóc dostać się jej do „Human Project” – organizacji budującej nowy, lepszy świat.

children-1

Alfonso Cuarón, zarówno swoim „I twoją matkę też”, jak i trzecią (i najlepszą) częścią przygód Harry’ego Pottera udowodnił, że ma swój własny, niepowtarzalny styl, oryginalność i świeżość, jakiej często bardzo brakuje młodym reżyserom. W opowieść o nastoletnim czarodzieju tchnął urok i czar, o jakim marzyły odsłony Columbusa; sprawił, że magiczny świat naprawdę ożył. Teraz jednak reżyser przechodzi prosto z pełnego przygód Hogwartu w ponury świat przyszłości. Przyszłości, która wydaje się być tak bliska, tak namacalna, że umieszczanie jej w granicach filmu science fiction należy uznawać za bardzo umowne.

Pomijając kilka futurystycznych gadżetów (i to nie tak efekciarskich jak np. w „Raporcie mniejszości”) oraz sam motyw bezpłodności rasy ludzkiej, nie ma tu nic, o czym nie słyszelibyśmy na co dzień – konflikty zbrojne, terroryzm, migracja ludności – krew, śmierć, nienawiść. Rzeczy te stały się dla nas tak oczywiste, tak normalne, że na większości ludzi nie robią już żadnego wrażenia. Ogarnia nas chłód i przerażająca obojętność. I to właśnie czuć z ekranu – surowe zdjęcia w ciemnej tonacji dystansują. Podobną rolę odgrywa też Theo – obojętny i zrezygnowany, nie wyróżnia się niczym w tym smutnym świecie. Ale z czasem, pod wpływem natłoku dramatycznych wydarzeń to się zmienia, tak samo jak nasz stosunek do tego, co dzieje się na ekranie. Ujęcia stają się dłuższe, kamera z ręki podąża za bohaterem krok w krok, co daje niezwykłe wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w podróży Theo i Kee. W historię powoli wkradają się emocje, jakich na samym początku nawet się nie spodziewaliśmy.

children-2

Znakomita jest tu postać Clive’a Owena – mimo że to na jego barkach leży los ludzkości, nie można nazwać go „bohaterem” w pełnym znaczeniu tego słowa – to tytuł zbyt wzniosły i ciężki. Theo to przeciętniak, który wbrew swojej woli nagle pojawia się w samym środku wydarzeń niezwykle ważnych. Gdy ma możliwość skorzystania z broni, bez wahania ją odrzuca – nie stara się być na siłę wielkim wybawcą świata. Co więcej, Cuarón nie ułatwia mu drogi do celu, stawiając przed nim przeszkody przytłaczające swoją normalnością i brakiem filmowych uproszczeń: kluczowe wydarzenia rozgrywają się w najmniej odpowiedniej chwili, a nieszczęścia spadają na bohaterów nagle i w sposób wyjątkowo brutalny – tak jak w życiu. Reżyser nie boi się też posunięć kontrowersyjnych i wyjątkowo mocnych, o czym widz może przekonać się praktycznie już na początku podróży, gdy bohaterowie jadą przez las. Realizm sytuacji i zachowań postaci jest niezwykły i wyjątkowo rzadko w filmach spotykany. Zachwyca też subtelność, z jaką reżyser wplata w swój film elementy czysto symboliczne, oraz kilka pomysłowych nawiązań.

Podobnie jak w „Więźniu Azkabanu”, tło stanowi integralny element obrazu. Na drugim planie zawsze coś się dzieje, a główni bohaterowie wtapiają się w ten dramatyczny krajobraz. Paradoksalnie, mimo wielkiej wagi ich zadania, nie wyróżniają się niczym spośród tłumu przerażonych, pełnych cierpienia twarzy. W urzeczywistnienie tej ponurej wizji znakomicie wpisuje się szczegółowa scenografia, uwierzytelniająca wydarzenia, oraz postaci – wystarczy spojrzeć tylko na dom Jaspera, żeby domyślić się, jaką jest osobą. Sama postać jest zresztą fenomenalna – Michael Caine stworzył kreację oryginalną i zabawną, całkowicie różną od jego wcześniejszych dokonań. Nie jest to już dystyngowany dżentelmen, ale uroczy, niezwykle inteligentny, cyniczny… hipis. Równie ciekawą metamorfozę względem wcześniejszej roli przechodzi Pam Ferris. Reżyser współpracował z nią wcześniej na planie „Harry’ego Pottera”, gdzie zagrała okropną ciotkę Marge. Miriam – opiekunka Kee, jest przeciwieństwem tamtej postaci i udowadnia wielostronność aktorki. Świetnie spisuje się Clare-Hope Ashitey jako Kee – młoda matka, przerażona i zupełnie zagubiona, nie do końca rozumiejąca co się dookoła niej dzieje. Za to rola Julianne Moore jest niezwykła pod wieloma względami i przełamuje kilka hollywoodzkich stereotypów…

children-3

Na Festiwalu Filmowym w Wenecji „Ludzkie dzieci” otrzymały nagrodę Golden Osella za zdjęcia. Ich autorem jest (nominowany do Oscara za „Podróż do Nowej Ziemi”) Emmanuel Lubezki, z którym Cuarón współpracował już wielokrotnie. To, co zaprezentował w najnowszym filmie, to szczyt technicznej perfekcji – długie, piękne ujęcia (co przy tak spektakularnych scenach musiało wymagać wielkiej dyscypliny na planie), często kręcone z ręki; cudowna kolorystyka i konsekwencja w tworzeniu surowej wizji świata zachwycają od pierwszej chwili. Gdy do tego dodamy znakomity montaż, nie rzucające się w oczy efekty specjalne (wreszcie jakiś film przypomina, jaka jest ich rola!), otrzymujemy prawdziwą wizualną ucztę dla wytrawnego kinomana.

children-4

Największe brawa należą się jednak Cuarónowi, który tym filmem udowadnia, jak wielostronnie utalentowanym jest twórcą. Oprócz niesamowitej oprawy technicznej dokonuje tego, co nie wyszło Spielbergowi w „Wojnie światów”: tworzy niezwykle realną wizję, która stanowi zwartą i przemyślaną konstrukcję; nakreśla niezwykłe, pełnokrwiste postaci, nijak mające się do klisz gatunkowych. Jednak najważniejsze, że nie pozwolił, aby efekty specjalne i spektakularne wybuchy przytłumiły emocje. I ani razu nie popada w patos – nawet w scenie najbardziej ku temu skłonnej. W rękach innego reżysera byłaby nieznośnie ckliwa – u Cuaróna jest naprawdę przejmująca i pięknie podsumowuje cały film.

To niezwykła, piękna historia, która zostaje w pamięci jeszcze długo po seansie. Opowieść o tym, jak w czasach śmierci i nienawiści, nagle pojawia się nadzieja. Nadzieja, ale nie zbawienie (w końcu czymże mogą być narodziny tylko jednego dziecka?). I o walce o niewinność, która pośród wystrzałów z karabinów i krzyków umierających ludzi gdzieś się zatraciła. No i jest to wreszcie opowieść o dzieciach – to one nadają temu światu sens, to one dają nam radość i miłość. To one pozwalają nam wierzyć, że… będzie dobrze.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane