Recenzje

ŁOWCA/MANHUNTER. Hannibal Lecter jako dodatek

Thriller senny i mocny - krystalicznie czysta porcja mroku.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Mężczyzna zabiera niewidomą kobietę do weterynarza, gdzie w białej sali leży uśpiony tygrys. Tempo sceny jest lekko zwolnione. W tle słyszymy cichą muzykę ilustracyjną – mroczną i delikatną jednocześnie. Reba opuszcza ręce i natrafia na zwierzę. Dotyka jego sierści, zębów. Gładzi zwierzęce ciało. Jest coraz bardziej poruszona. Mężczyzna trzyma się z tyłu, zafascynowany. Kiedy Reba przywiera głową do tygrysa, słuchając, jak bije mu serce, zaczyna płakać z radości. Mężczyzna, wciśnięty w kąt sali, obserwuje to nieruchomo, a potem nieprzytomnie odchyla głowę i przymyka oczy – nie wiemy, czy przeżywa właśnie rozkosz, czy przenika go lęk, czy może jedno i drugie jednocześnie. Reba za to nie wie, że przebywa z mordercą opętanym ideą przemiany… Michael Mann, reżyser filmu, zabiera nas do świata, w którym ludzkie namiętności wyrażają się na mało klasyczne sposoby, a który wprost trzeszczy od malarskich ujęć i scen.

W latach 80. – jeszcze przed Ostatnim Mohikaninem i Gorączką – Michael Mann nakręcił ekranizację Czerwonego smoka Thomasa Harrisa – powieści, w której po raz pierwszy pojawia się niejaki Hannibal Lecter. Pamiętajmy, że był to jeszcze czas przed kinowym Milczeniem owiec i przed boomem na historie o psychiatrze-kanibalu. Lectera znajdziemy też w omawianym tu filmie, ale nie on w nim dominuje; ekran należy do innego psychopaty i bardzo pogubionego eksgliny, Willa Grahama. Ten ostatni – wespół z Lecterem – powróci dekady później w remake’u Łowcy i wystawnym serialu Hannibal. Póki co jesteśmy w 1986 i wszyscy trzej powoli, cicho, ale dostojnie wkraczają na ekran. Ikoniczny już lekarz-zwyrol jako tło? Bez obaw. Przed wami jeden z najbardziej elektryzujących i oryginalnych thrillerów, jakie kiedykolwiek powstały.


Mann miał już na koncie bardzo klimatyczne neo-noir, Złodzieja, równie klimatyczną klapę Twierdza ( tandetną, ale intrygująco nastrojową) oraz serialowy hit Miami Vice – tak stylowy, że wytyczający nowe szlaki w świecie telewizji i kina. Książka Harrisa przyniosła nową jakość w świecie thrillerów: łączyła dokumentalny niemalże obraz śledztwa i policyjnych procedur z wiarygodną psychologią i odrealnionym klimatem. Była niepokojąca i głęboko wnikała w mrok ludzkiej psychiki – na tyle głęboko, na ile można w literaturze popularnej, bo już krok dalej czekały światy rodem z Dostojewskiego.

Reżyser starannie dawkuje nam informacje o bohaterach; części z nich możemy się tylko domyślać.

Mann nakręcił wielki film, ale na tyle surowy, mroczny i wyciszony, że zrobił klapę. Widownia uznała go za chłodny i nieprzyjemny. Dziś ma status kultowy, ale w dość ograniczonym zakresie – nie znajdziecie go na naszej liście thrillerów wszech czasów, mimo że zakradły się tam pozycje “tylko” niezłe. Poniżej spróbuję wyjaśnić, dlaczego ten porywający film wciąż skrywa się w mroku.

Po pierwsze, obraz cechuje pewna “nieprzysiadalność”. Łowca rozwija się powoli, w tempie i kierunku dyktowanym wizją Manna, a nie oczekiwaniami widza. I realizm – no wiecie, żadnego parkuru, żadnych dedukcyjno-technicznych popisów wysnuwanych w 3 sekundy po przybyciu na miejsce zbrodni podczas robienia balona z gumy. Tutaj wszystko jest na serio. Czyny mordercy budzą lęk, bo umiejscowione są w zwykłej rzeczywistości, pełnej zwykłych domów i rodzin. Przekonująco wyglądają posterunki policji i laboratoria kryminalistyczne. Jak miejsca pracy właśnie. Pełne sprzętu, papierów i ludzi, którzy ani myślą wyglądać modnie; nie są ani ponętni, ani wygadani. Śledztwo przebiega dwutorowo. Z jednej strony szczegółowe, żmudne badanie śladów, techniczne i logistyczne burze mózgów nad metodą pojmania szaleńca. Z drugiej – samotne “obwąchiwanie” scen zbrodni przez Grahama, tropiącego motywy w niezauważalnych dla innych detalach. Mann, orędownik researchu po wielu rozmowach z policjantami, daje nam tło bardziej niż przekonujące – to żywy, drobiazgowy obraz śledztwa, z całym jego mozołem, udziałem najnowszej techniki i frustrującym brakiem rezultatów.

Reżyser starannie dawkuje nam informacje o bohaterach; części z nich możemy się tylko domyślać. Główny bohater, Will, ma w sobie wyraźne pęknięcie. Widział rzeczy, które odbiły się na jego psychice. Jest skryty i nerwowy. Przytłumiony, ale kipią w nim emocje – nowa sprawa uruchamia stare demony. William Petersen wypadł kapitalnie w swej roli. Aktor całym sobą ucieleśnia ideał bohatera kina noir, uwikłanego w mrok i grozę życia, ale przede wszystkim pozwala nam odczuć, że Will to coś więcej niż ukłon stronę konwencji. Jego niespokojny wzrok, ściszony głos i opętane lub nieobecne spojrzenie wskazują na rozchwianie psychiczne. Oddano je przekonująco, bez cienia szarży, dzięki czemu milczący zazwyczaj Graham jawi się nam jak głęboko ludzka, ale tykająca bomba.

Motyw gliny empatyzującego ze zbrodniarzem tak mocno, że zaczyna gubić swą tożsamość, wypadł może bardziej porażająco w Agresji Sidneya Lumeta z kapitalną kreacją Seana Connery’ego, ale tuż za nią postawiłbym dokonanie Petersena. Aktor, który podobno miał kłopoty z “wyjściem” z tej roli, stworzył wielowymiarową postać, jednocześnie generując duże napięcie, wręcz buchające z filmu. Wcześniej błysnął ciekawą kreacją w Żyć i umrzeć w Los Angeles (swoją drogą, innym klasyku neo-noir), dowodząc, że gliniarski repertuar czuje jak mało kto. Szkoda, że potem było już mniej ambitnie (vide: CSI, które trywializuje śledczą robotę).

Ostatnio dodane