Linia życia (1990) | FILM.ORG.PL

Linia życia (1990)

Fabularnie wątłe, ale genialne pod względem wizualnym kino rozrywkowe, która wciąż opiera się upływowi czasu.




Konfrontacja z żywym cieniem




Karolina Chymkowska
28.06.2016


W październiku 2015 roku  gruchnęła zapowiedź, że Linia życia (czyli Flatliners) Joela Schumachera doczeka się remake’u z Ellen Page, Niną Dobrev i Diego Luną w głównych rolach. Po co – trudno powiedzieć. Najprostsza odpowiedź brzmiałaby „dla zysku”, ale czy faktycznie można się po tym tytule spodziewać krociowego zarobku, nawet biorąc poprawkę na sentyment i popularność poprzednika? Śmiem wątpić.

Co więcej, obawiam się, że współczesna wersja może być skażona wszystkim, co w oryginale kulało, a wypaczyć to, co było jego największą zaletą, chyba że doczekamy się zupełnego świeżego spojrzenia, dla którego pierwszy film będzie jedynie punktem wyjściowym i hasłem wywoławczym. Czas pokaże. Zajmijmy się pierwowzorem.

flat 1

Grupa studentów medycyny (Julia Roberts, Kevin Bacon, William Baldwin, Oliver Platt) daje się namówić charyzmatycznemu Nelsonowi (Kiefer Sutherland) na niebezpieczne eksperymenty z pogranicza życia i śmierci. Krótko mówiąc, Nelson chce umrzeć i dać się przywrócić do życia po to, by sprawdzić, co się kryje po drugiej stronie.

Niechętni początkowo koledzy Nelsona ostatecznie dają się skusić, czy to z uwagi na osobiste motywacje (Rachel/Roberts), wrodzoną beztroskę (Joe/Baldwin), presję grupy rówieśniczej (Randy/Platt) czy przekonanie, że i tak nie mają nic do stracenia (Labraccio/Bacon). To jest ten moment, kiedy należy przestać analizować fabułę z bliska. Można się tym filmem cieszyć – nawet odświeżając go sobie po latach – pod warunkiem, że przyjmiemy wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, przymrużeniem oka i zgodnie z wymogami konwencji.

flat 2

Nie da się bowiem ukryć, że założenia fabularne Flatliners trudno racjonalnie wybronić, i to nawet odcinając się zupełnie od podnoszącej włosy na głowie swobody traktowania faktów medycznych: kiedy Nelson i Labraccio dyskutują o śmierci mózgowej, niełatwo zachować powagę. Sama podstawa eksperymentu przeprowadzanego w niekontrolowanych warunkach jest absurdalna, a idea konfrontacji z ucieleśnieniem własnych grzechów nie wytrzymuje krytyki, ponieważ wszystkie historie, z wyjątkiem tej będącej udziałem Nelsona, są de facto podciągnięte na siłę pod z góry przyjętą tezę.

Wielkiej filozofii w tym zatem nie ma, są za to inne zalety, dzięki którym Flatliners broni się nawet po latach i wciąż gwarantuje godziwą i mimo wszystko inteligentną rozrywkę. Pierwszą z nich jest solidny zestaw aktorski ze szczególnym wskazaniem na Sutherlanda. Postaci są zarysowane dobrą, pewną kreską: Rachel jest krucha, nadwrażliwa i zamknięta w sobie, ciekawym elementem jest jej zasygnalizowany w tle promiskuityzm jako konsekwencja traumy. Labraccio to buntownik sprzeciwiający się regułom, jednak w gruncie rzeczy najbardziej odpowiedzialna osoba w całym gronie i prawdopodobnie najlepszy materiał na lekarza. Randy dostarcza sympatycznej, komediowej lekkości, a Joe – pogubiony uwodziciel rozdarty między lękiem przed zaangażowaniem a autentycznym uczuciem do narzeczonej – pokazuje nam mniej więcej, jak mogłaby się potoczyć kariera Williama Baldwina, gdyby dokonał trochę innych wyborów.

I wreszcie Nelson, stopniowo pogrążający się w paranoi, która wydobywa z niego wszystkie wątpliwe rysy charakteru – egocentryzm, zazdrość, pychę. Cechy obecne i widoczne od początku (bez nich zapewne nie zdecydowałby się na eksperyment), ale stopniowo nabierające mocy i kierujące go na kurs kolizyjny. Ćwierć wieku temu nawet film z wątlutką fabułą był w stanie wybronić się dobrze poprowadzonymi bohaterami. Żaden z nich nie jest papierowy i wszyscy mają coś do przekazania.

flat 3

Przede wszystkim jednak Linia życia należy do tych filmów, w których fabuła całkowicie przegrywa w starciu z otoczką wizualną. Zdjęcia (Jan de Bont!) i tworzony przez nie klimat są tu największą zaletą. Atmosfera jest wręcz gotycka: popołudniowe światło sączące się przez potężne okna sal wykładowych, kurz osiadający na stiukach i rzeźbach, klinika przywodząca na myśl XIX-wieczny szpital. Cienie czające się po kątach, niesamowite dźwięki, sekcja zwłok jak z Rembrandta. Każde wspomnienie ma inną oprawę: u Rachel rządzi czerwień, u Joego czarno-biała stylistyka i ostre kontrasty, u Nelsona pochmurny i wietrzny krajobraz kojarzący się z upiornym cmentarzem. Światło świec, przydymione wnętrza, wiatr i wilgoć budują atmosferę grozy skuteczniej, niż nieporadne eksperymenty medyczne ambitnych studentów rzucających wyzwanie śmierci.

To jedno wystarcza, żeby pogodzić się z umownością scenariusza i zaprzestać poszukiwania mniej czy bardziej oczywistych dziur fabularnych. Mimo wszystkich wad, Linię życia wciąż ogląda się z prawdziwą przyjemnością, nawet jeśli nie tak bezkrytycznie, jak 26 lat temu.

Karolina Chymkowska

Karolina Chymkowska

Redaktor naczelny na film.org.pl.
Jestem filmowym profilerem. Kino to dla mnie przede wszystkim emocje. Bohaterowie. Niuanse. Półtony. Lubię wgryzać się pod powierzchnię, szukać tego, co niedopowiedziane.
Karolina Chymkowska

Latest posts by Karolina Chymkowska (see all)







  • kelley

    ciekawe, mam dokładnie to samo wrażenie. to, co zostało przez te wszystkie lata od seansu kinowego to nietypowa, gotycka atmosfera. aż mam ochotę powtórzyć.

  • Mefisto

    Przede wszystkim obsada i klimat. Ten film mógłby być i o bibliotekarzach restaurujących XV-wieczne księgi, a i tak bym go lubił dzięki tym elementom. Kefir wymiata zresztą.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

BRACIA HEMSWORTH. Przystojna gwarancja sukcesu

Następny tekst

GRA O TRON – podsumowanie szóstego sezonu



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE