Recenzje

LIFE. Na granicy cytatu i kalki

Strasznie, choć niespecjalnie oryginalnie.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Niedaleka przyszłość. Kilkuosobowa załoga Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, krążącej wokół ziemskiej orbity, wyczekuje kapsuły mającej dostarczyć próbki z powierzchni Marsa. Nie bez pewnych kłopotów udaje się im ją przechwycić. Dostarczony materiał od razu zostaje przeniesiony do laboratorium i poddany analizie celem znalezienia jakiegokolwiek śladu życia. Bardzo szybko taki zostaje odkryty. Marsjański pomarańczowy pył okazuje się skrywać mikroskopijnej wielkości element. Z pomocą różnych środków naukowcy starają się sprowokować go do choćby najdrobniejszej reakcji. To historyczny moment, z którego wagi wszyscy zdają sobie sprawę. Reżyser, Daniel Espinosa, potrafi zbudować odpowiednie napięcie i oddać znaczenie tego wydarzenia. Life od pierwszych minut wzbudza niemałą ciekawość.

Kino science fiction dostarczyło już chyba wszystkich wizji pozaziemskich istot, jakie zapewnia nam wyobraźnia. W tym kontekście niepozorne otwarcie filmu Espinosy wchodzi w dialog z dorobkiem gatunku. Nie chodzi bowiem o kolejne człekokształtne monstra, ale o nieuchwytną przez zmysł wzroku drobinkę. Najważniejsze jest to, że dowodzi ona, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. W filmowej narracji Life to odkrycie jest przełomem tego samego stopnia, co inwazja kosmitów w Dniu Niepodległości.

Ogromną siłą tej produkcji jest niewątpliwie intrygujący, odpychający wizerunek obcego.

Szkoda, że Life nie koncentruje się dłużej na wyrażeniu samego momentu zachwytu i rodzących się przy tym nieuniknionych pytań, jakie stanowisko wobec tego odkrycia przyjąć. Espinosa szybko wrzuca wyższy bieg, równocześnie wpada w dość wyeksploatowane fabularne tory, i rozpoczyna się rasowy monster horror. Komórka błyskawicznie rośnie. Na początku przypomina kwiat, potem przyjmuje kształt zbliżony do ośmiornicy. Jest inteligentną i niezwykle agresywną formą życia. Oczywiście w pewnym momencie sytuacja wymyka się spod kontroli. Obca istota, nosząca imię Calvin, ucieka z laboratorium.

Daniel Espinosa ma pomysł na ten film. Przekonuje mnie otwierającą sekwencją, nakręconą w jednym długim ujęciu. Twórcy oprowadzają nas po ciasnych wnętrzach stacji, proponując gęsty i chłodny klimat. Poznajemy również wszystkich członków załogi. Postaci może nie anonimowych, ale również całkowicie zwyczajnych. Nawet tak charyzmatyczny aktor jak Jake Gyllenhaal nie wybija się na pierwszy plan. Im jednak bliżej finału, tym reżyser skuteczniej buduje dramatyczny ciężar filmu. Przestaje bowiem chodzić o samo przetrwanie na stacji. Life jest rodzajem kina, którego głównym celem jest wykreowanie nastroju grozy i bezradności. W niejednym momencie może autentycznie przestraszyć. Ogromną siłą tej produkcji jest niewątpliwie intrygujący, odpychający wizerunek obcego. Tego, jak się porusza, ewoluuje i za pomocą jakich metod eliminuje kolejne ofiary. Jakby na przekór horrorowej konwencji Espinosa niejednokrotnie pokazuje go w całości, tak by widz mógł mu się dokładnie przyjrzeć. I odnosi sukces. Nie odbiera Calvinowi nieustannej aury tajemnicy.

W Life miejscami mogą przeszkadzać nie do końca logiczne decyzje, wydawałoby się, przeszkolonych naukowców. Oczywiste zasady bezpieczeństwa zostają złamane, sprawiając wrażenie pretekstowych. Fabuła musi przecież jakoś mknąć do przodu. To może detal, ale gwałtowne nabieranie rozmiarów przez Calvina rzeczywiście zastanawia. Oczywiście to całkowita fikcja. Twórcy mogą zaproponować dowolną kolej rzeczy i nie da się jej kwestionować. Jednak tak szybka przemiana obcego dziwi i generuje doskwierający kontrast wobec starającej się na względny naukowy realizm konwencji. To czyste science fiction, ale czasowo nam bardzo bliskie i pozbawione stylistycznej ekstrawagancji.

Life nie uniknie porównań do Obcego – ósmego pasażera „Nostromo”. Film Espinosy korzysta z praktycznie identycznego fabularnego schematu i przyjmuje bardzo podobne, sceptyczne stanowisko odnośnie eksploracji kosmosu. Life, mimo wpadania w znane klisze, ani przez moment nie nuży. Przewidywalność nie przeszkadza, w tym by cały seans przesiedzieć na krawędzi fotela. Całkowicie satysfakcjonujące jest zakończenie filmu, nadające trywialnemu tytułowi nowych znaczeń i pozostające w pamięci na długo po napisach końcowych. Daniel Espinosa balansuje na granicy cytatu i kalki arcydzieła Ridleya Scotta. Jak się uczyć, to przecież tylko od najlepszych. Może właśnie dlatego Life jest tak dobrym filmem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane