Recenzje

LEGENDA. Dwóch Hardych w cenie jednego

Podwójna atrakcja dla fanów Toma Hardy'ego, zmarnowany potencjał dla reszty.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

LEGENDA. Dwóch Hardych w cenie jednego

Ostatnie kilka lat to prawdziwa gratka dla miłośników angielskiego aktora. Widujemy go w nawet kilku kinowych produkcjach rocznie, a także w telewizji (zwłaszcza ostatnio). Tom nie daje się zaszufladkować i wybiera role w mocno odmiennych od siebie filmach – od kameralnego Locke przez poetycką Zjawę aż po obłędnego Mad Maxa. Choć przez dużą część życia walczył ze swoimi nałogami i innymi słabościami, dziś jednogłośnie uznawany jest za gwiazdę kina. Wielu typuje go na nowego Bonda, a lista przyszłych projektów zapowiada kolejne lata urodzaju dla jego fanów. Legenda skutecznie wykorzystuje to zjawisko, ale niestety niewiele więcej.

Gangsterska historia bliźniaków Kray to materiał o dużym potencjale i choć film Briana Helgelanda broni się w kilku miejscach, to zbyt często potyka się o własne nogi, żebyśmy mogli mówić o jego sukcesie. Rozczarowuje już sam początek, a konkretnie narracja z offu, prawdziwa klątwa współczesnego kina. W przypadku adaptacji dzieł literatury jej zastosowanie często jest uzasadnione, a niektórzy twórcy (na przykład Martin Scorsese) potrafią uczynić ją atutem swojej produkcji. Niestety w Legendzie głos żony jednego z bliźniaków służy przede wszystkim jako leniwie pomyślana ekspozycja mniej lub bardziej istotnych faktów. Przez dużą część czasu przyjmuje ona formę banalnych refleksji poruszających poważne, ale obojętne widzowi kwestie. Ten sposób przedstawienia potencjalnie najbardziej dramatycznego wątku filmu bardzo go trywializuje i w moim odczuciu pozwala odróżnić reżysera z wizją od rzemieślnika. Pierwszy potrafi uwierzyć w siebie oraz widza i ukazać psychologię bohaterów za pomocą przemyślanych scen, drugi zaś po prostu każe jednej postaci opowiedzieć o wszystkim po kolei.

Kontynuując wcześniejszą myśl – reżyser z wizją przynajmniej próbuje wykształcić własny styl. Nie musi to oznaczać, że po jednym przestylizowanym kadrze poznamy twórcę, czasem to ascetyczność formy jest odpowiednim dla danej historii wyborem.

Helgeland próbuje jednak ułożyć filmową układankę z cudzych elementów i w ostatecznym rozrachunku nie osiąga ani spójnej wizji, ani cienia oryginalności.

Niektóre partie filmu zdają się być żywcem wyjęte z nasyconej czarnym humorem twórczości Guya Ritchiego. Szybki montaż, cięte dialogi, atakujący znienacka komizm, stare śmieci. Kiedy indziej mamy wrażenie, że siedzimy na sali kinowej u Martina Scorsesego. Długie, imponujące ujęcia, początkowa afirmacja i ostateczna krytyka życia gangsterskiego – ileż razy widzieliśmy ten temat w takiej formie? Jeśli jednak przymkniemy oko na poczucie déjà vu i okazjonalne zgrzyty, to uznamy, że mamy do czynienia z odtwórczym, ale porządnie nakręconym i błyskotliwie napisanym kinem gangsterskim. Do czasu.

Kiedy bowiem na scenie pojawia się wątek romantyczny, szlag trafia całe pieczołowicie budowane pozytywne wrażenie. To łzawy festiwal klisz i szablonów, w dodatku gęsto podlany zupełnie zbędną i irytującą narracją (ta obecna jest podczas całego filmu, ale szczególnie wokół wątku melodramatycznego). Mało przekonująca jest zarówno miłość bohaterów, jak i sztucznie rozdmuchiwana niechęć gangsterskiego środowiska do Bogu ducha winnej dziewczyny. Konflikty między kochankami są znacznie lepiej uzasadnione, jednak trudno się nimi przejmować, jeśli nie wierzymy w miłość, która ma łączyć tę dwójkę. Z moich poprzednich słów może wynikać, że mam negatywny stosunek do kobiecej części tej pary – a byłaby to nieprawda. Emily Browning wkłada dużo serca w tę rolę i nadaje jej należytą głębię, problem tkwi jednak w scenariuszu, który interesującą postać krzywdzi banałem.

Na całe szczęście Helgeland znacznie lepiej „czuje” dynamikę relacji między bliźniakami Kray. Reggie jest tym eleganckim i względnie rozsądnym. To na nim spoczywa odpowiedzialność za „rodzinny biznes” i ekscesy niestabilnego psychicznie brata, Rona. Ten zostaje przedwcześnie wypuszczony z zakładu psychiatrycznego i marzy mu się przejęcie kontroli nad przestępczym półświatkiem Londynu (nawiasem mówiąc – piękna scenografia wnętrz i fatalne CGI/sceny na green screenie).

Tom Hardy wzorowo wywiązał się z wymagającego zadania, jakim było równoległe poprowadzenie dwóch postaci, których interakcje są najbardziej istotnym punktem historii.

Każdy z braci odznacza się swoim stylem i manieryzmami, każdy intryguje i zawłaszcza ekran dla siebie. Po pewnym czasie zapomniałem nawet, że oglądam jednego aktora w dwóch wcieleniach i widziałem dwójkę różnych osób. Gdyby oceniać Legendę wyłącznie przez pryzmat tych ról, mielibyśmy prawdziwie rewelacyjną produkcję. I choć dzięki temu najbardziej zagorzali fani Hardy’ego mogą dodać jeden punkt do mojej oceny, to nie potrafię ukryć rozczarowania produkcją, która miała szansę dołączyć do klasyków gatunku, a wylądowała niedaleko Gangster Squad i Wrogów publicznych.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane