Recenzje

LAMPART. Kino z wyższych sfer. Tylko dla koneserów

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Po zrealizowaniu ambitnego dramatu Rocco i jego bracia (1960) pochodzący z arystokratycznej rodziny Luchino Visconti przygotował wystawne, kosztowne i wysmakowane plastycznie arcydzieło. Historyczno-kostiumowy sycylijski spektakl przenosi widzów do epoki Risorgimento – czasów rewolucji Garibaldiego, której celem było zjednoczenie Włoch. Tak jak w Japonii nastał zmierzch samurajów, tak we Włoszech arystokracja utraciła dawne wpływy, a jej miejsce zajęli bogaci burżuje, których władza zmierzała w stronę ideologii faszystowskiej. Lamparty i lwy ustąpiły miejsca szakalom i hienom – tymi słowami Visconti zdaje się sugerować, że dawny porządek był zdecydowanie lepszy, a finałowa (trwająca niemal pięćdziesiąt minut) sekwencja balowa jest pełnym przepychu, elegancji i melancholii symbolicznym pożegnaniem reżysera z odchodzącą w przeszłość epoką. Scenariusz jest adaptacją powieści Giuseppe Tomasiego, księcia Lampedusy.

Można narzekać, że wielki budżet reżyser mógł lepiej wykorzystać, poświęcając więcej miejsca walce wyzwoleńczej zamiast wystawnym przyjęciom i salonowym obyczajom. Viscontiego nie interesowała batalistyka, ale raczej kondycja jednostki wobec przemian, jakie niosą ze sobą wojny domowe. Jednostką, która u Viscontiego pełni najistotniejszą rolę, jest książę Fabrizio Salina. Próbuje on zaakceptować nowy porządek, by przetrwać zmierzch i doczekać świtu. Mimo iż nie przekroczył jeszcze pięćdziesiątki, spodziewa się, że wraz z nastaniem nowych czasów zakończy żywot. Odmawia więc przyjęcia stanowiska senatora – politykę i władzę woli zostawić innym, ograniczając się do obserwowania wydarzeń z dystansu. Zależy mu jedynie na tym, by zapewnić godną przyszłość swojemu siostrzeńcowi, którego traktuje jak syna. Godzi się więc na jego małżeństwo z córką majętnego burmistrza, bo ma nadzieję, że jak połączy się zamożność rodziny mieszczańskiej z arystokratycznym nazwiskiem, to przynajmniej część dawnego stylu życia przetrwa w nowych czasach.

Wyróżniony Złotą Palmą w Cannes i oscarową nominacją za kostiumy (w tej kategorii zwyciężyła Kleopatra) film Viscontiego jest ucztą dla oka i wygląda jak zrobione z rozmachem widowisko teatralne. Reżyser minimalnie korzysta z typowo filmowych trików, takich jak montaż dynamizujący akcję, stosuje często długie ujęcia, opowiadając historię nieśpiesznym rytmem. Woli kręcić wnętrza pałaców, w których trudno zliczyć pokoje, woli inscenizować salonowe rozmowy i bale kostiumowe, a w plener wychodzi okazjonalnie. Bardzo dobrą robotę wykonał mistrz epickich barwnych fotografii Giuseppe Rotunno. Wiele kadrów podkreśla piękno włoskiej arystokracji, ale nie brakuje też smutniejszych odcieni wskazujących na niepewną przyszłość tej klasy społecznej, jej ostatnie chwile radości i pierwsze chwile nieprzychylnego dla niej reżimu.

Wiele kadrów podkreśla piękno włoskiej arystokracji, ale nie brakuje też smutniejszych odcieni.

Pieniędzy na produkcję włoski reżyser szukał w Hollywood – efektem tego jest zatrudnienie słynnego „kowboja” Burta Lancastera, którego postura i charyzma idealnie pasowały do postaci księcia Saliny. Pojawiły się nawet głosy, że to najlepsza rola tego aktora – nie będę z tym polemizował, bo choć widziałem sporo filmów z Lancasterem, to u Viscontiego jest naprawdę fantastyczny. Jako „sycylijski lampart” od pierwszych do ostatnich minut przykuwa uwagę. Jego twarz wiele wyraża bez słów, sugeruje neutralność i pogodzenie się z losem, a jego oczy mają w sobie jakiś nieopisany smutek i cierpienie. Bardzo dobra (jak na „kowboja”) aktorska kreacja. Partnerują mu wschodząca gwiazda francuskiego kina Alain Delon i zjawiskowo piękna Włoszka Claudia Cardinale – oboje grali też w poprzednim filmie Viscontiego Rocco i jego bracia. Co ciekawe, cała trójka została zdubbingowana, bo mimo iż Claudia Cardinale jest uważana za Włoszkę, jej pierwszym językiem jest francuski. W początkowej fazie kariery miała więc francuski akcent, którego z czasem udało jej się pozbyć.

Tancredi Falconeri, w którego wcielił się Alain Delon, to sympatyczny młodzieniec mający słabość do pięknych kobiet, a jako żołnierz cechuje się wyrachowaniem i stanowczością – najpierw ubrany w czerwony mundur dumnie walczy po stronie Garibaldiego, potem wstępuje do armii królewskiej Wiktora Emanuela II. Ze zwykłego rewolucjonisty zmienia się w prawdziwego żołnierza – świadczy to o tym, że potrafi dostosować się do każdych warunków i w nowej rzeczywistości z pewnością da sobie radę. Jego czarująca partnerka, Angelica Sedara, obdarzona urodą Claudii Cardinale, pojawia się na ekranie po upływie pięćdziesięciu minut i od razu wzbudza zachwyt wszystkich – młodych i starych, mężczyzn i kobiet. Aż trudno uwierzyć, że Tancrediemu udaje się ją zdobyć bez żadnych problemów – nikt nawet nie próbuje mu jej odbić. Ale to w końcu nie jest tradycyjny melodramat o perypetiach miłosnych młodych kochanków, chociaż był określany jako włoskie Przeminęło z wiatrem. Oba dzieła coś jednak łączy – wszakże jedno i drugie opowiada o przemijaniu.

Ostatnio dodane