Recenzje

LALKA. Wokulski i Łęcka na ekranie

Autor: Radosław Dąbrowski
opublikowano

Wszystkie filmy Wojciecha Jerzego Hasa, za wyjątkiem Złota (1961), to adaptacje literatury. Już ten fakt świadczyć może, że inspiracje literackie miały dla tego reżysera szczególne znaczenie. Sięgał po autorów współczesnych (Stanisław Dygat, Marek Hłasko czy Kazimierz Brandys), jak i od lat nieżyjących (Jan Potocki, Antoni Czechow). Interesowało go nie tylko wydobycie z danej książki jej fabuły, lecz także uchwycenie nastroju związanego z uczuciami bohaterów, filozoficznego podtekstu adaptowanych tekstów. W drugiej połowie lat 60. w centrum zainteresowań Hasa znalazło się arcydzieło Bolesława Prusa – Lalka.

W powyższym lidzie zasugerowałem już zdecydowanie większe znaczenie dla niniejszego artykułu adaptacji Hasa niż późniejszego serialu w reżyserii Ryszarda Bera. Nie zabraknie jednak sporadycznych odniesień do produkcji telewizyjnej. Pod pewnymi względami bezsprzecznie bardziej udanej od swojego poprzednika.

Jak zapewne większość czytelników wie, powieść Prusa to dzieło dość opasłe, co autorowi adaptacji filmowej z jednej strony dostarcza olbrzymie możliwości scenariuszowe, z drugiej trudności w wyborze tego, co najistotniejsze. Z pewnością stanowi to wytłumaczenie faktu, że reżyserskie przymiary Hasa do realizacji Lalki trwały aż pięć lat, a pobyt na planie zdjęciowym miał miejsce od października 1967 roku do lipca 1968.

Dlatego ze względu na ograniczenia ekranowego czasu w Lalce Hasa brakuje wielu ważnych wątków: nie ma pamiętnika Rzeckiego, czyli tym samym rozległej panoramy wydarzeń historycznych; nie ma wątku pani Stawskiej i słynnego procesu o lalkę; w filmie nie znajdziemy także obrazów Paryża, a redukcji uległy istotne postaci drugoplanowe, na przykład Ochocki. Trudno pod tym względem zestawiać film kinowy z dziełem serialowym. Ostatecznie Ber mógł sobie pozwolić na nakręcenie aż dziewięciu godzin. Seans wcześniejszej Lalki trwa 150 minut, zatem różnica jest diametralna.

Dość częste przeskoki w fabule stają się poważnym mankamentem utworu Hasa. Dla osób dobrze zaznajomionych z książką mogą one zostać potraktowane jako skróty myślowe, ale staram się myśleć także o gronie odbiorców, którzy jeszcze po lekturę nie sięgnęli bądź tylko fragmentarycznie pamiętają jej treść. Na przykład filmowy wątek z serwisem Łęckich… Trudno się połapać w tym, że Wokulski go odkupił. Podobnie w dość skąpy sposób zobrazowano okoliczności wyzwania Krzeszowskiego na pojedynek.

Oczywiście jak w przypadku chyba każdej adaptacji literackiego pierwowzoru najwięcej dyskusji (i często kontrowersji) rodzą decyzje personalne reżysera. Po przeczytaniu danej książki pojedynczy czytelnik ma własne wyobrażenie na temat danej postaci, ale w zbiorczym ujęciu tych umysłowych fantazji znajdziemy cechy wspólne, w efekcie mogąc stwierdzić o pewnej obiektywności w spojrzeniu na poszczególną postać.

W niniejszym artykule zawęźmy myślenie o członkach obsady do trzech najważniejszych postaci. W zestawieniu dokonań Hasa i Bera moim zdaniem pada remis. Beata Tyszkiewicz zdecydowanie lepiej poradziła sobie w roli Izabeli Łęckiej, przekonująco eksponując jej podstawowe cechy, jak próżność, zadufanie, chłodne patrzenie na świat czy postępowanie zgodnie z wyznaczonymi kryteriami (np. w poszukiwaniu męża, u którego najważniejsze było dobrze brzmiące nazwisko, stan majątku oraz szczególna aparycja). Małgorzata Braunek jest w tym spoglądaniu na siebie zbyt powściągliwa. Jako serialowa Łęcka nie potrafi zdominować ekranu. W scenach wszelkich dyskusji jest towarzyszem dla swojego rozmówcy i nie pozostawia go w cieniu, jak była to w stanie uczynić Tyszkiewicz. W kwestiach czysto fizycznych aktorka Hasa także zdaje się bardziej odpowiadać urodzie literackiej bohaterki.

Ostatnio dodane