Recenzje

LADY M. (2016). Wilk w owczej skórze

Debiut filmowy Williama Oldroyda urzeka wizualnym pięknem i zwodzi znajomymi tropami fabularnymi - przynajmniej do czasu, kiedy zrozumiemy, że to zupełnie inna historia niż się spodziewaliśmy.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Katherine wbrew własnej woli zostaje wydana za mężczyznę z zamożnego rodu. Małżonek oraz teść oczekują od niej bezwarunkowego posłuszeństwa oraz poddania się ich wymogom i zachciankom. Traktują ją z okrucieństwem, a wszelkie przejawy samodzielnego myślenia próbują dusić w zarodku. Po mężu nie może oczekiwać ciepła, interesującej rozmowy ani satysfakcjonującego seksu. Zamknięta w wielkim domu więdnie i pogrąża się w apatii. Jej samotność przerywa poznanie młodego stajennego, który pragnie jej od pierwszego wejrzenia. Między dwójką wybucha namiętny romans, dzięki któremu młoda kobieta wyrywa się z marazmu i zaczyna przejmować kontrolę nad swoim życiem. Brzmi jak banał, prawda? Ileż takich historii już widzieliśmy! Na szczęście pierwszy akt Lady M. jest zwodniczy i z czasem zaczynamy rozumieć, że Katherine nie jest typowym pokrzywdzonym dziewczęciem, które pragnie tylko zaznać prawdziwej miłości. To kobieta, która ma swoje żądze i posunie się daleko, by je zaspokoić.

Naturalnie to właśnie główna (anty)bohaterka jest siłą napędową całości. To przede wszystkim z jej perspektywy obserwujemy wydarzenia, co niejako automatycznie stawia nas po jej stronie. Jest to postać kontrowersyjna i sprytne okazało się przedstawienie jej w pierwszym akcie filmu jako ofiary. Jednoznacznie negatywny obraz męża Katherine oraz jego ojca od samego początku wzbudza złość i motywuje do kibicowania młodej dziewczynie.

Kiedy ta, walcząc o swoje pragnienia, podejmuje coraz bardziej śmiałe czyny, wciąż życzymy jej sukcesu, niezależnie od moralnej oceny tych czynów.

To niezwykle przewrotne i zaskakujące – pod koniec historii czujemy się jak wspólnicy zbrodni. Oparcie ciężaru filmu na barkach takiej postaci niewątpliwie okazałoby się sromotną klęską, gdyby nie odpowiedni dobór aktorki do tej roli. Do tej pory niemal nieznana Florence Pugh wykreowała jednak fantastyczną i niejednoznaczną bohaterkę. Z początku niewinna i rozmarzona, później chłodna i bezwzględna – to jedna z bardziej przerażających kobiecych postaci, jakie widziałem.

Z intrygującym pomysłem na protagonistkę oraz świetną grą aktorską w parze idzie kapitalna praca kamery i montaż. Operator i montażysta z namaszczeniem podkreślają znudzenie zamkniętej w domu Katherine i pozwalają wybrzmieć jej mimice, która powie nam znacznie więcej na temat bohaterki niż wypowiadane kwestie. Długie ujęcia z młodą dziewczyną w centrum kadru służą jako kolejne przypomnienie jej znaczenia (zarówno dla widza, jak i dla niej samej) i mówią wprost: tylko ona się tutaj liczy. Nieprzypadkowy jest również wybór miejsca akcji – pochmurna angielska prowincja i elegancki, ale surowy dworek zgrabnie korespondują ze stanami emocjonalnymi bohaterki i stanowią idealne tło dla tej historii. Odważnym, ale bardzo skutecznym zabiegiem okazuje się też kompletny minimalizm w kwestii ścieżki dźwiękowej. Większość filmu upływa w ciszy, a rolę utworu tytułowego pełni szum wiatru. Początkowo potęguje to atmosferę beznadziei i pomaga zrozumieć kompletne znużenie Katherine, natomiast w drugiej połowie w ten sposób budowane jest napięcie (podobnie jak w To nie jest kraj dla starych ludzi). Efektem tych wszystkich starań jest obraz niezwykle chłodny i surowy – tak jak bohaterka i rzeczywistość, w której żyje.

Spotkałem się z opiniami, że film wiele traci w drugiej połowie – moim zdaniem jest dokładnie na odwrót. Początek zapowiada pięknie nakręcony, ale do bólu sztampowy romans o zakochanej młodej kobiecie, która buntuje się przeciwko opresyjnemu patriarchatowi. Gdyby Lady M. poszła tą drogą, to poza świetnymi zdjęciami nie byłoby w niej nic wyjątkowego czy godnego zapamiętania. To właśnie przewrotność fabuły i kapitalne zakończenie (odwrotny obrót spraw kompletnie zniszczyłby ten film w moich oczach) sprawiły, że nawet po kilku miesiącach od pierwszego seansu wciąż wracam myślami do obrazu Williama Oldroyda, niezależnie od kilku scenariuszowych nieścisłości. To dzieło kameralne i stonowane, ale o niezwykłej sile oddziaływania. Czekam z niecierpliwością na kolejną produkcję świeżo upieczonego reżysera filmowego (jako reżyser teatralny już dał się poznać), a o fantastycznej Florence Pugh zapewne usłyszymy jeszcze nieraz w najbliższych latach. Jej Katherine to niesamowita postać i silna kobieta, która zjada na śniadanie powszechnie wielbioną Wonder Woman. Śledzenie jej poczynań było prawdziwie fascynujące.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane