Recenzje

LABIRYNT OPOWIEŚCI (1987)

Surrealistycznie, tajemniczo, dziwnie... jednym słowem - eksperymentalnie.

Autor: Adam Łudzeń
opublikowano

Trzy razy eksperyment

To mało znane anime z 1987 roku składa się z trzech opowieści, gdzie reżyserami każdej są bardzo znani i cenieni w świecie japońskiej animacji twórcy. Pierwszy epizod – Labirynth-Labiryntos – wyreżyserowany został przez Rintaro, twórcę m.in. animowanego remake’u Metropolis. Drugi epizod – The Running Man – należy do samego Yoshiaki Kawajiri, na którego koncie znajdują się same perełki – m.in. Ninja Scroll, Vampire Hunter D: Żądza krwi, Cyber City OEDO 808 czy seria telewizyjna X. Pan Kawajiri był także twórcą jednego z epizodów (Program) i scenarzystą innego (World Record) głośnego Animatrix. I trzecia część – The Order To Cease Construction – należy do Katsuhiro Otomo, reżysera Akiry – tego kultowego tytułu nie trzeba przedstawiać fanom anime…

Całość (3 epizody) jest niestety stosunkowo krótka, bo trwa zaledwie 50 minut – to już drugie tak krótkie anime pełnometrażowe, jakie miałem okazję oglądać (wcześniej Blood – The Last Vampire). Każda z trzech opowieści jest inna, utrzymana w innym klimacie, widać różne kreski twórców, ale warto wspomnieć, że jeśli chodzi o panów Kawajiri i Otomo – są to właściwie ich początki, Labirynt opowieści jest jednym z pierwszych ich anime. Natomiast Rintaro miał już wcześniej na swoim koncie wiele produkcji, animacje tworzy od 1963 roku. Każdy epizod Neo-Tokyo postanowiłem opisać osobno, aby nieco bardziej przybliżyć czytelnikom to mało znane anime, na które naprawdę warto zwrócić uwagę, a już na pewno nie można przejść koło niego obojętnie. Małe ostrzeżenie – w poniższych opisach mogą znajdować się lekkie spojlery… które jednak absolutnie nie psują odbioru filmu.

LABIRYNTH-LABIRYNTOS
Reżyseria: Rintaro

Niczym totalnie zakręcony sen.

Epizod, który zaczyna i kończy całość. Trwa zaledwie kilkanaście minut, podzielony na dwie części, gdzie druga to właściwie tylko krótkie zakończenie Neo-Tokyo. Labirynth-Labiryntos to opowieść o dziewczynce i jej kocie, a oboje wciągnięci przez lustro trafiają do dziwnej krainy, w której mijają ich dziwne postacie, a na miejsce docelowe – cyrk – prowadzi ich postać klauna. Całość przywodzi na myśl sen, absolutnie zakręcony i nierzeczywisty, gdzie główne skrzypce gra totalny surrealizm – i dzięki temu surrealizmowi całość nabiera niebagatelnego smaku i oryginalności! Wysokie ściany, wielkie postacie, jakieś duchy, smycz biegająca bez psa, klaun-mim – obraz wzięty niczym z wyobraźni dziecka. A wszystko okraszone przyjemną muzyką.

Labirynth-Labiryntos nie należy analizować, dopatrywać się ukrytych przekazów, symboli czy znaczeń. Labirynth-Labiryntos po prostu się ogląda – niczym totalnie zakręcony sen, gdzie nie zastanawiamy się, co akurat miał na myśli twórca ukazując duchy mijające dziewczynkę i kota, które to duchy nagle zamieniają się w coś w rodzaju domina, a to z kolei przechodzi w czarną maź pokrywającą wysokie ściany – i tak nastaje noc. Całość ogląda się wyśmienicie, dla mnie najlepszy epizod Neo-Tokyo, z naprawdę ciekawą, charakterystyczną kreską i animacją – inną, ale równie dobrą jak pozostałe anime. Tym samym Labirynth-Labiryntos to jeden z najlepszych „surrealów” jakie widziałem. Szkoda, że takie krótkie… jak dla mnie coś takiego mogłoby trwać nawet półtorej godziny. Można jeszcze wspomnieć, że epizod ten może kojarzyć się ze słynną Alicją w Krainie Czarów.

THE RUNNING MAN
Reżyseria: Yoshiaki Kawajiri

Drugi epizod to zmiana klimatu – z surrealistycznego na nieco cięższy i bardziej tajemniczy. Tym razem pewien dziennikarz został wynajęty do napisania artykułu o legendarnym kierowcy wyścigów – Zacku Hugh – który od 10 lat pozostaje niepokonanym mistrzem pojedynków ścigaczy w Cyrku Śmierci. Tego dnia publiczność i dziennikarz będą świadkami ostatniego wyścigu z udziałem Zacka… który – nie bojąc się śmierci, szalenie opętany żądzą wygranej – mknie do przodu i dziwną siłą, jakby nienawiścią wydobywającą się z myśli, czymś w rodzaju telekinezy, niszczy kolejno swoich przeciwników i ich bolidy. Opętańczo mknie do przodu, nawet gdy już nie ma przeciwników, nawet gdy już wygrał i wyścig się skończył – Hugh wciąż się ściga… z własną wyobraźnią, z nowymi przeciwnikami stworzonymi przez jego szalony umysł. Wewnętrzna siła i szaleństwo w końcu pokonują i Zacka – śmierć mistrza pozostanie na zawsze owiana tajemnicą…

Ta świetna, niepokojąca i do samego końca trzymająca w pewnym napięciu opowieść jest w typowym stylu Yoshiakiego Kawajiri. Osoby, które widziały jego późniejsze filmy, zauważą podobną kreskę, animację, kilka krwawych scen i dość realistycznie namalowane postacie. Wszystko utrzymane w ciemnej, ponurej kolorystyce. Najbardziej spodobała mi się końcówka, pozostająca do własnej interpretacji i do własnych rozważań – reżyser uniknął na szczęście jakiegoś głupiego rozwiązania, w dodatku podanego widzom wprost na tacy.

THE ORDER TO CEASE CONSTRUCTION
Reżyseria: Katsuhiro Otomo

Można traktować jako swoiste preludium i wstęp do słynnego Akiry.

I kolejna zmiana klimatu. Ale nie tak do końca. Tym razem miejscem akcji jest zniszczone miasto, na które jakiś czas temu został nałożony projekt budowy. Wysłano roboty wraz z nadzorcą, jednak słuch o nim zaginął, a prace pozostały nieukończone… Więc firma narażona na straty wysyła kolejnego nadzorcę, by zobaczył, co wydarzyło się na miejscu i by wreszcie zastopował cały projekt. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że po poprzednim pracowniku nie ma ani śladu, za to są roboty, które pod okiem nowego kierownika przystępują do pracy. Jednak widać jak na dłoni, że coś jest nie tak. Wprawdzie maszyny znów biorą się „do dzieła”, ale przypomina to raczej jedno wielkie dziadostwo, bez efektów, maszyny wciąż coś robią, ale nie wiadomo co. Do tego psują się, wybuchają, a główny bohater czuje się jak więzień – trzymany za zamkniętymi drzwiami i mimo iż jest nadzorcą, kierownikiem – tak naprawdę niewiele ma do powiedzenia na „placu budowy”, a już na pewno nie ma żadnego wpływu na przebieg wykonywanych „prac” i właściwe ich zaprzestanie.

Najdłuższy epizod ze wszystkich, który można traktować jako swoiste preludium i wstęp do słynnego Akiry wyreżyserowanego przez Otomo. Podobna kreska i klimat, częściowo także sceneria (choć tutaj jest zniszczone miasto, porośnięte roślinami, a naokoło ani żywej duszy). Od początku The Order To Cease Construction czuć atmosferę niepokoju i jakby bunt robotów – stworzonych przez ludzi do pracy, do wykonywania rozkazów. Pracują i nie chcą przestać. I znów ciekawa i tajemnicza końcówka, niejednoznaczna i pozostająca do interpretacji widzów – kolejny raz na plus oczywiście.

Te trzy epizody, składające się na spójną całość, ogląda się naprawdę świetnie. Są ciekawe i zwyczajnie wciągające. Należy tylko żałować, że tak krótkie… Gdyby to była jedna, 50-minutowa opowieść – byłoby jak najbardziej ok, bez żadnych zastrzeżeń. Ale to 3 różne historie, trwające po kilkanaście minut (lub troszkę dłużej) każda i zostawiają naprawdę spory niedosyt. Z każdej z nich, lub chociaż z większości fragmentów, mogłoby powstać niejedno rewelacyjne anime. Ale mimo wszystko zdaję sobie sprawę, że Neo-Tokyo to film o charakterze eksperymentalnym. A wynik eksperymentu jest jak najbardziej udany. Ocena – bardzo blisko ósemki. Wypada jeszcze dodać, że Neo-Tokyo to tytuł amerykański (film wydany w USA w 1992 roku), a inne znane japońskie tytuły filmu to Manie-Manie i Labirynth Tales.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane