Recenzje

KRWAWY SPORT. Jean Claude i Bolo Yeung zalani karbonitem kultu, czyli wirujący seks kina kopanego

Prostolinijne kino z pierwszorzędną naparzanką i Van Dammem, który rozdawał po kilka megaton w każdym kopniaku.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Podobny typ aktorstwa reprezentuje Bolo Yeung. Bardziej jest, niż gra, a jednak to wystarczy, żeby zasiać niepokój. Większość jego filmowych kreacji wygląda podobnie – Yeung kocha być bezwzględny i arogancki. Nikt nigdy nie wie, jak miała na imię grana przez niego postać. Dla wielu ludzi pamiętających seanse z pirackich kaset miała ona po prostu na imię Bolo. To imię znaczyło kiedyś w świecie kina karate tyle, co Freddy w świecie horroru. Dość powiedzieć, że i tutaj ten chiński aktor, dawny uczeń samego Bruce’a Lee, jest uosobieniem zła i sadyzmu. Z jego ust pada niewiele słów (to cecha wszystkich jego postaci, mająca źródło w fakcie, że Bolo nie władał dobrze angielskim), co czyni go zdecydowanie demonicznym i egzotycznym przeciwnikiem. Na plan tego filmu zawitał także  Forest „Ghost Dog” Whitaker, co pewnie szybko dostrzegą fani bardziej ambitnego kina. Ale nie ma tu do zagrania wiele więcej niż bieganie za Duxem z paralizatorem w ręce.

Jak film wypadł od strony formalnej? Całość prowadzona jest lekko, nienachalnie, dla współczesnego widza rzecz może być nawet nieco zbyt przezroczysta. Zdjęcia i montaż są solidne w typowy dla lat osiemdziesiątych sposób. Gładko, bez udziwnień, z pojawiającą się tu i ówdzie skłonnością do teledyskowego skrótu. Nie zabraknie oczywiście scen z bohaterem, który do wtóru melancholijnego popu przemierzał będzie ulice obcego mu miasta. Samotnie, wieczorem i z pakietem retrospekcji w głowie. Nieźle (acz nie da się nie dodać: jak na tamte czasy) prezentuje się ścieżka dźwiękowa Paula Hertzoga. Ten miks mało odkrywczej, ale energetycznej elektroniki ze spokojniejszymi, ambientowymi z ducha fragmentami dał bardzo solidny efekt na ekranie. Hertzog – podobnie jak w rok późniejszym Kickboxerze – zapewnia nam tchnienie egzotyki, napięcie związane z Kumite i nieco ukojenia przy co bardziej lirycznych scenach.

W Krwawym sporcie zawodnicy biją jak ludzie i tak też reagują na ciosy; choćby z tego względu walki nie ciągną się w nieskończoność, lecz dość szybko zmierzają do finału.

Przejdźmy jednak do sedna i spróbujmy odpowiedzieć na bazowe w tym wypadku pytanie. Czy sceny walk w Krwawym sporcie nadal można postrzegać jako majstersztyk? Z pewnością wciąż prezentują się dobrze. Mamy tu do czynienia z pojedynkami, które starają się jako tako trzymać życia – ziemskiej fizyki i ludzkiej wiedzy o ciele. Zapomnijmy więc o efekciarskiej młócce rodem z Raidu czy Matrixowej estetyzacji prowadzącej do tego, że mordobicie wygląda jak pojedynek czarowników w wymiarze X. W Krwawym sporcie zawodnicy biją jak ludzie i tak też reagują na ciosy; choćby z tego względu walki nie ciągną się w nieskończoność, lecz dość szybko zmierzają do finału. Wojownicy to barwna i różnorodna grupa, dzięki czemu zobaczymy kilka ciekawych typów podejścia do Kumite (jak, na przykład, taktyka na niewzruszonego grubasa czy na małpę). Sceny starć są dynamiczne, ale w manierze lat 80. Mamy więc klasycznie prowadzoną kamerę, w tle muzykę Hertzoga czy kawałek z lat osiemdziesiątych Fight to Survive; niekiedy nieco zwolnionego tempa. To ostatnie dominuje dopiero w finałowej, najbardziej efektownej i dramatycznej walce. Ta stanowi idealne ukoronowanie przygody Duxa. Jest dłuższa od poprzednich, a kamera zdaje się znajdować bliżej przeciwników. Slow-motion podkreśla spektakularność ich zwarcia i zaciętość obu stron. Są to sceny pełne mocy i siły wyrazu, którym dorównuje – pod względem estetycznym i emocjonalnym – chyba tylko finałowa bijatyka w KickboxerzeMożna więc śmiało powiedzieć, że jeśli ktoś nie ma obsesji na punkcie współczesnych chwytów (dziki montaż, efekciarskie zdjęcia itp.), może poczuć się usatysfakcjonowany dawką i jakością starć w tym kultowcu.

Za to film jako całość sprawia już pewien problem przy ocenie. Nie da się ukryć, że jest to materiał nieco czerstwy, wymagający uzębienia, które już niejedno przegryzło. A może po prostu rzecz należy traktować jako idealną pożywkę dla nostalgii? Przystępując do seansu, trzeba mieć na uwadze, że Krwawy sport ma swoje lata, a przecież już w momencie premiery wyśmiewano się z jego słabych punktów. Jest to dziecko swego czasu: przełomów lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a także brawurowe wejście Van Damme’a do świata gwiazd kina akcji – to ten obraz zaprowadził go na szczyt. Dla wielu z nas było to jedno z pobudzających i świeżych doświadczeń filmowych. Można tę pozycję  spróbować wziąć bez całej tej otoczki związanej z epoką, legendą Duxa, kultem aktora i nostalgią za pierwszym seansem. Zapewne można. Obawiam się jednak, że zostanie wtedy ledwie zaczyn filmu – dziarsko wymachujący odnóżami zawodnik, który jest wychudzony i chwilami wręcz rozpływa się w powietrzu. Nasz kultowiec nabiera masy mięśniowej, jeśli wzmacniałeś go od dawna w swojej pamięci i sercu. Poza tym – czego by jednak nie mówić – pamiętajcie, że chłonie się tu głównie walkę, a seans mija szybko; o elementach mydlano-rozwodnionych zapominamy prędzej niż o tych, które wyszły zacnie.

Bolo i Van Damme spotkali się ponownie na planie Podwójnego uderzenia – udanej rozwałki o walorach wybitnie rozrywkowych. Reżyser Krwawego sportu, Newt Arnold, nie nakręcił już niczego później (za to wcześniej zrobił tylko dwa horrory), ale swym przebojem zawojował świat i nadał rozpędu karierze Van Damme’a. Belg pojawił się potem w Kickboxerze, który pod wieloma względami przypomina hit Arnolda, ale ma w sobie większą dawkę pasji, napięcia, egzotyki i agresji. Krwawy sport doczekał się paru kontynuacji, których nie warto odkurzać ani poszukiwać. To po prostu tytuły wysysające z widza życie. Nie da się tego powiedzieć o pierwowzorze, który – chociaż niedoskonały – więcej jednak daje niż zabiera.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane