Recenzje

KRWAWY SPORT. Jean Claude i Bolo Yeung zalani karbonitem kultu, czyli wirujący seks kina kopanego

Prostolinijne kino z pierwszorzędną naparzanką i Van Dammem, który rozdawał po kilka megaton w każdym kopniaku.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Są filmy, które kochamy za głębię, i takie, które kochamy za to, że… są. A właściwie były – dawno temu, ale na tyle mocno, że nadal w nas trwają. Są filmy, które praktycznie się nie starzeją, i takie, które czas nieco nadgryza, ale to nie odbiera im uroku. Ba, być może nawet go dodaje. Pod ten wzór podstawcie sobie Łowcę androidów i Krwawy sport – w kolejności  zgodnej  z głosem oka, serca i podszeptów podświadomości. Kultowość to termin nieostry – coś, co trudno zamknąć w ramach zgrabnej książkowej definicji, a jednak jest to zjawisko, nad którym którym piętrzy się od emocji fanów tego czy owego dzieła, zjawiska lub postaci. Pisząc o Krwawym sporcie, wchodzę w grząskie rejony bezwarunkowej miłości, upojenia wspomnieniami czy idealizowanego dzieciństwa. Znam ludzi, którzy oglądali ten film wielokrotnie na zajechanej kasecie VHS z niemieckimi napisami, za każdym razem przeżywając lawinę emocji. Być może przeżywają ją i teraz na samo wspomnienie hitu. To dzięki temu tytułowi (a także Kickboxerowi, Najlepszym z najlepszych i paru innym) tak wielu nastolatków fascynowało się sztukami walki, co jednych uczyniło oddanymi odbiorcami kina kopanego, a innych zaprowadziło do szkół karate. Jak by nie patrzeć – mamy tu nie kolejny film do oklepania czy odklepania, lecz kawał historii. Za recenzję zbyt krytyczną czy prześmiewczą ktoś może mi zrobić krwawy sport na ulicy. Niemniej pozostanę uczciwy względem tego reliktu epoki piratowania. Wychodzę na ring czysty od uprzedzeń i wymyty z sentymentalizmu. Patrzę skupionym wzrokiem na Krwawy sport. I piszę…

Frank Dux, młody chłopak, włamuje się do pewnego domu. Zostaje przyłapany przez jego właściciela, budzącego respekt Japończyka. Pan Tanaka postanawia zapoznać Franka ze sztukami walki. Chłopak okazuje się pojętnym uczniem, a wyczerpujący trening przekształca się w życiową drogę. Frank – już dorosły – nadal kształci się pod okiem mistrza, ćwicząc zarówno ciało, jak i umysł. Dla Tanaki staje się niemalże drugim synem. Aby złożyć mu hołd, postanawia wziąć udział w turnieju Kumite. Ten odbywa się w Hong Kongu. Jest nielegalny i niebezpieczny. Przybywają na niego zawodnicy z różnych stron świata, a na ringu przelewa się krew; zdarza się, że dochodzi do śmierci uczestników. Frank dezerteruje z wojska, dociera na miejsce i pomyślnie przechodzi „ceglany” test, co stanowi dla niego przepustkę do oficjalnej części turnieju. Do Hong Kongu rusza też dwóch żandarmów mających za zadanie powstrzymanie żołnierza przed zużywaniem swego morderczego potencjału na starcie w nieamerykańskiej sprawie.

Zacząć należy od tego, że film kończy informacja, że oparto go na autentycznych wydarzeniach. Podobną adnotację umieszczono chociażby w pilotowym odcinku serialu Z archiwum X, co okazało się potem częścią marketingowej akcji. Internet nie daje nam jasnej odpowiedzi, na ile serio traktować taki sygnał w Krwawym sporcie. Trwają rozliczne spory, w których ścierają się dwie frakcje – wierni opcji autentyzmu i ci, którzy dosłownie rozdzierają ją na strzępy. Dowody i kontrdowody zaciemniają obraz całości, za to pewne jest, że niejaki Frank Dux istniał (i nadal żyje), był żołnierzem i znał sztuki walki. Lata temu młodzież i dzieci (tak, one też oglądały ten film!) z przejęciem i entuzjazmem przyjęły wiadomość, że dramatyczne filmowe wydarzenia napisało życie. Myślę, że fakt ten miał spore znaczenie dla recepcji tego dzieła i statusu, jakim teraz się cieszy. Kolejnym była jego amerykańskość.

Krwawy sport przyszedł do nas w latach dziewięćdziesiątych na fali fascynacji produktami zachodu. Filarem tego zjawiska był wtedy powszechny dostęp do magnetowidów. To za ich pomocą łączyliśmy się z krainami egzotycznej rozrywki, tak innej od rodzimych filmów kinowych ciążących ku rodzajowym scenkom w typie picia fusowatej herbaty na tle meblościanki. I chociaż  akcja tego przeboju rozgrywa się w egzotycznym Hong Kongu, to całość ma posmak jak najbardziej amerykański. Jankeska jest zarówno narracja, jak i fabuła. Na początek słowo o tej pierwszej.

Mamy tu  niezłomnego bohatera z  jasno wytyczonym celem. Mamy turniej, w ramach którego karty szybko zostają rozdane: liczą się tylko Dux i złowieszczy Chong Li, który rok temu zabił przeciwnika na ringu. Tych dwóch MUSI stanąć naprzeciwko siebie w finałowym starciu. Pozostałe pojedynki – choć świetnie sfilmowane i przekonująco „wybite” przez aktorów  – mają nas przede wszystkim rozgotować przed końcowym zwarciem, które z impetem wbije się w naszą świadomość. Żeby nie było zbyt monotonnie, bohater musi też unikać dwóch namolnych, acz nieudolnych żandarmów. Ponadto będzie prężył  swój urok przed młodą dziennikarką, która chce zrobić materiał o turnieju. Wejdzie także w przyjacielską relację z Rayem – rubasznym Amerykaninem, również zawodnikiem Kumite. Kiedy Ray trafi do szpitala po okrutnym starciu z Li, Dux jeszcze mocniej zapragnie powstrzymać dzikiego rywala.

Belg jest tu czystą energią; nie musi udawać, że walczy o Oscara. Pewnie już czuł, że trafi na ramy gazet takich jak „Bravo” i stanie się idolem nastolatków obojga płci.

Proste? Oczywiście, że tak. Niemalże esencjonalne. Każda z postaci w tym filmie to ledwie zarys osoby, ledwie kilka kresek. Dziennikarka wydaje się pozbawioną zasad łowczynią tematów, która jednak – widząc determinację Duxa, piękno jego przyjaźni z Rayem i tyłek bohatera w porannym słońcu – całym sercem stanie po jego stronie i zobaczy w nim człowieka, nie dziennikarski materiał. Ray to typ abnegata-piwosza, który cały czas gada, a nigdy mądrze. Jak tu go nie kochać? Chong Li stanowi maszynę do łamania ludzi. Chce być najlepszy. Lubi pluć i smarkać na ringu; nie zawaha się też zagrać naprawdę nieczysto. Oto prawdziwy brutal, głodny krwi i zachwytów. Trzeba mu pokazać, gdzie jego miejsce. Wiadomo, że popisów aktorstwa tu nie uświadczymy. Chodzi raczej o to, żeby te zarysy postaci dały się lubić lub nienawidzić. Powiedzmy, że Dux i wszyscy, którzy stoją po jego stronie, przemawiają do dziecka wewnątrz nas, pragnącego, żeby pod koniec historii wszystkie Troskliwe Misie czy Smerfy były całe, a Gargamel dostał nauczkę.

Van Damme – poza młodzieńczym entuzjazmem  i spojrzeniem empatycznego harcerza – ma nam do zaoferowania także swoje niemałe umiejętności fizyczne. W tym filmie robi szpagat połączony z serią ćwiczeń na postumencie umiejscowionym tak wysoko, że widać stamtąd całe miasto. W scenach walki wypada równie przekonująco. Spojrzenie ma mocne i pełne determinacji. Jego umięśnione ciało i kocie ruchy sprawiają, że wierzymy, iż mamy do czynienia z wojownikiem, który przeszedł wieloletni trening. Oto przykład znakomitego wstrzelenia się w czas i potrzeby widza. Belg jest tu czystą energią; nie musi udawać, że walczy o Oscara. Pewnie już czuł, że trafi na ramy gazet takich jak „Bravo” i stanie się idolem nastolatków obojga płci.

Ostatnio dodane