Recenzje

KRWAWY SPORT 2 (1996)

Miałki i słaby sequel kultowego przeboju z Van Dammem.

Autor: Paweł Łudzeń
opublikowano

Do zakopania

Krwawy sport (1988) Newta Arnolda to prawdziwy klasyk w miarę nowoczesnego kina sztuk walki. W 1996 roku Alan Mehrez, wykorzystując ten fakt, postanowił nakręcić Krwawy sport 2. I nakręcił. A szkoda…

Jest filmem znacznie słabszym od pierwszej części.

Alex Cardo (Daniel Bernhardt) kradnie drogocenny, zabytkowy miecz z rezydencji pana Leunga (Pat Morita). Podczas przekazania miecza swojemu wspólnikowi zostaje schwytany i osadzony w lokalnym więzieniu. Pobity prawie do nieprzytomności trafia w końcu pod opiekę starego mistrza Suna (James Hong), przebywającego tam od 15 lat. Odsiaduje on karę dożywocia za zabicie pewnego żołnierza (oczywiście w słusznej sprawie). Sun postanawia nauczyć Alexa nieznanej i bardzo skutecznej techniki walki o nazwie iron hand (żelazna ręka). Opowiada mu także o Kumite – turnieju sztuk walki dla najlepszych wojowników na świecie. Jednak pewnego dnia Alex niespodziewanie opuszcza więzienie dzięki bardzo wpływowemu panu Leungowi, który pragnie odzyskać skradziony miecz. Korzystając z okazji postanawia również wziąć udział w organizowanym właśnie Kumite.

Krwawy sport 2 jest filmem znacznie słabszym od pierwszej części. Co prawda Daniel Bernhardt również jest znakomicie wyszkolonym aktorem (jednak nie na takim poziomie jak Van Damme), a jego rola wypadła całkiem przyzwoicie. Ale już postać starego mistrza (James Hong) to już prawdziwa tragedia. Chudy jegomość, mówiący od rzeczy o jakiś filozoficznych przesłaniach… Do tego ten fragment więziennego treningu – szkoda cokolwiek pisać. Jakieś zdmuchiwanie za pomocą energii świeczek, które gasną z takim podmuchem i dymem, jakby ich płomień był przynajmniej półmetrowy, jakieś uderzenia bez dotykania, jakaś technika żelaznej ręki, po prostu katastrofa. Na szczęście już sam turniej Kumite prezentuje się całkiem nieźle, chociaż ponownie nie sposób nie przyczepić się do pewnych rzeczy.

Po pierwsze główny zły charakter, który zachowuję się po prostu śmiesznie – jak wyciągnięty prosto z ulicy cwaniaczek. Wykonuje jakieś przedziwne ruchy, chodzi z założonymi rękami, kretyńsko się uśmiecha i co najgorsza robi takie miny, że ręce opadają. Zresztą walczy tak, jakby nie umiał, a pojedynki z jego udziałem (łącznie z finałowym) są najsłabszym elementem całego turnieju. A szkoda, bo jeśli chodzi o sam wygląd, to prezentuje się bardzo dobrze. Po drugie sama walka końcowa, której wyraźnie brakuje dramaturgii i która nie ma tak spektakularnego i widowiskowego przebiegu jak pojedynek Frank Dux – Chong Li z pierwszej części. Jedyne, co można o niej powiedzieć, to to, że się odbyła. Mimo wszystko udało mi się znaleźć w tym filmie jakieś pozytywy.

Pierwszym z nich są niektóre sceny walki (jakieś 3-4), które są znakomicie zrealizowane, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że lepiej niż w jedynce. Drugim jest muzyka Stephena Edwardsa, znanego głównie z oprawy muzycznej do filmu K-911 Charlesa T. Kanganisa. Napisał naprawdę bardzo dobrą kompozycję, która stanowi świetne uzupełnienie tego słabego filmu. Jej konstrukcja jest bardzo podobna do muzyki Paula Herzoga, który stworzył ścieżkę dźwiękową do pierwszej części – jej oryginalność i wyjątkowość opiera się na wykorzystaniu ciekawego instrumentarium (jak choćby gitara basowa) oraz mało klasycznego, nietypowego brzmienia.

Krwawy sport 2 jest stosunkowo słabym filmem. Może gdyby był samodzielnym obrazem, spojrzałbym na niego nieco inaczej. Niestety patrząc przez pryzmat pierwszego Krwawego sportu porównanie obu filmów wypada dla niego bardzo niekorzystnie. Jest słabszy praktycznie we wszystkich elementach, może tylko poza muzyką i kilkoma doskonale zrealizowanymi walkami. A to niestety o wiele za mało na to, aby pozostać nieco dłużej w pamięci widza.

NAWIĄZANIA DO PIERWSZEJ CZĘŚCI

W czasie walk półfinałowych zarówno Chong Li, jak i Demon zabijają swoich przeciwników. Następnie podchodzą odpowiednio do Franka Duxa oraz Alexa Cardo i grożąc palcem wskazującym informują, że będzie następny („You are next” – Chong Li, „You, me soon. Just me” – Demon).

Członkowie Stowarzyszenia organizującego Kumite po zabiciu półfinałowych przeciwników przez Chong Li i Demona wstają i odwracają się do nich plecami, aby zademonstrować w ten sposób dezaprobatę za ten czyn. Zwróćcie uwagę na człowieka stojącego na drugim zdjęciu z prawej strony. To prawdziwy mistrz o idealnie wyrzeźbionej sylwetce.

W czasie walk finałowych Frank Dux i Alex Cardo walczą w identycznych czarnych spodenkach. Jedyne, co je odróżnia, to kolor szarfy, która jest jednak zawiązana na tę samą stronę.

W pewnym momencie sponiewierany w finałowej walce główny bohater przypomina sobie trening ze swoim mistrzem z charakterystycznym, zaciekłym wyrazem twarzy. Po tym następuje przełom walki.

Oba filmy łączy postać tego samego aktora – Donalda Gibba. Po lewej stronie jako Ray Jackson, największy przyjaciel Franka Duxa. Po prawej jako Tiny, który pomaga Alexowi Cardo.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane