Recenzje

KRWAWA NIEDZIELA (2002)

"Krwawa niedziela" idzie tropem jak największego obiektywizmu. Bez komentarza, bez ocen.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

30 stycznia 1972

Żaden konflikt nie jest jednowymiarowy. Bunt ma zawsze wielu ojców, stojących po obu stronach barykady. Obecnie w każdym zakątku planety Ziemia tli się jakiś konflikt, na każdym kontynencie prowadzone są mniejsze bądź większe wojny. I co najdziwniejsze i przepełnione ironią – trudno znaleźć winnych, trudno odnaleźć gniazdo, z którego wypływa destrukcyjna siła wojny.

Weźmy za przykład współczesny konflikt palestyńsko-izraelski. Osądzając jednych i karząc drugich można popaść w pułapkę trywializacji tego problemu. Pułapkę zbudowaną niejednokrotnie bez głębszej refleksji popartej wiedzą historyczno-polityczną. Osądzamy więc Żydów za to, że niszczą naród palestyński, który ma prawo do życia i funkcjonowania takie samo jak każdy inny naród (z Izraelem na czele). Krytykujemy też Palestyńczyków za akty terroru, w których giną najzupełniej bezbronni ludzie, a często nawet dzieci. W prostych słowach można ten konflikt ująć w taki sposób: rząd izraelski atakuje, Palestyńczycy bronią się. Następnie Palestyńczycy atakują, Żydzi bronią się. Koło się zamyka, nikt nie jest winny i… wszyscy są winni.

Obraz Paula Greengrassa Krwawa niedziela idzie tym tropem. Tropem jak największego obiektywizmu. Bez komentarza, bez ocen. Suche fakty dopieszczone wątkiem fabularnym, acz ten nie ma znaczącego wpływu na odbiór obrazu.

Suche fakty dopieszczone wątkiem fabularnym, acz ten nie ma znaczącego wpływu na odbiór obrazu.


Irlandia Północna, Derry, 30 stycznia 1972 roku. Z przedmieść miasta wyrusza pokojowy ruch Civil Rights. Na jego czele stoi niezbyt charyzmatyczny, ale aktywny Ivan Cooper. O co walczyli protestujący? Członkowie Civil Rights domagali się uchylenia tzw. Special Power Acts – specjalnych uprawnień, które pozwalały policji wejść do każdego domu, każdego aresztować i internować bez sądu. Protest miał też dotyczyć sprawiedliwego podziału głosów w radzie miasta (mimo że katolicy stanowili 70% mieszkańców Derry, mieli oni 8 na 20 przysługujących głosów). Rząd Irlandii Północnej (podporządkowany w pełni Londynowi) oraz rząd Wielkiej Brytanii nie pozwoliły na zorganizowanie tego marszu, uważając, że biorą w nim udział sami komuniści i terroryści. Ivan Cooper decyduje się na przemarsz przez centrum Derry, jednak postanawia ominąć Barrier14, gdzie znajdowali się komandosi brytyjscy.

Wielki tłum idzie przez ulice miasta, protestując pokojowo. Starzy, młodzi, kobiety, mężczyźni, dzieci. Nagle grupa 17-letnich podrostków skręca w stronę Barrier14. Zaczynają rzucać wyzwiskami i kamieniami w wojsko, policję. Tamci stoją i nic jeszcze nie robią. Do rozwścieczonego tłumu wyjeżdża wóz i zaczyna polewać wodą. To wzbudza jeszcze większą wściekłość. Lecą koktajle Mołotowa.
IRA strzela z okna do jakiegoś człowieka. Tłum napiera na barykady. Rodzi się CHAOS. Do akcji wkraczają komandosi, którzy zaczynają strzelać, nawet nie wiedząc do kogo. Jeden strzela do uciekającej kobiety, drugi do chowającego się staruszka. Komandosi wkraczając w tłum strzelają do młodych, starych, kobiet, mężczyzn, a nawet dzieci.

 

Ginie 13 nieuzbrojonych uczestników marszu. Wkrótce przeprowadzono śledztwo, które dało zaskakujący rezultat: żołnierze odpowiedzieli za skierowany w ich stronę ogień, a ofiary to terroryści. Dopiero niedawno Tony Blair kazał zbadać, jak to było naprawdę. A film Greengrassa to niejako dokumentalny zapis tamtych wydarzeń. Nie ma tu łatwych chwytów sensacyjnych, żadnych łatwych wzruszeń, łatwego happy endu. Brutalna rzeczywistość, która nikogo bezpośrednio nie osądza i niczego nie wartościuje. Konflikt ma tu dwie racje: rozwścieczony tłum nastolatków podsycany przez terrorystów z IRA kontra żołnierze i politycy angielscy, którzy chcą całemu światu pokazać, jak się walczy z terroryzmem. Kończy się tragicznie – giną bezbronni. To nie tyle wzrusza, co denerwuje, wzbudza wewnętrzny gniew, że gdzieś, nawet nie kiedyś, a obecnie jest cała masa tak samo lub jeszcze bardziej tragicznych lokalnych wojen. To przeraża.

Przeraża ludzka bezradność, ludzka zadziorność i bezrefleksyjność. Niemoc rodzi uczucie złudnej mocy. Jest taka scena w Krwawej niedzieli, już na sam koniec: rząd brytyjski ogłasza, że wygrał wojnę z terrorystami w Derry. Chwilę potem widzimy młodych chłopców stojących w kolejce po broń, którą dostaną, gdy wstąpią w szeregi IRA… Co będzie potem? Raczej było – fala przemocy, której do tej pory nie udało się zatrzymać. Jak będzie więc? Proste recepty nie istnieją, bo te są jak cienka warstwa lodu, po której można się prześlizgnąć, ale nic ponad to.

Najsmutniejsze jest chyba to, że mało kogo obchodzą konflikty światowe. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że takie hasło „krwawa niedziela” nie mówi większości NIC. Żyjąc w ułudzie pokoju popadamy w marazm i obojętność. A tego chce zapewne uniknąć Greengrass. Całe szczęście, że mu się udało.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane