Recenzje

KRONIKI PORTOWE. 15 lat od premiery

Świetny klimat oraz obsada złożona z czterech zdobywców Oscara skutecznie ratują mankamenty scenariusza.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat

Szwed Lasse Hallström był autorem jednego z najbardziej udanych transferów Europa–Hollywood. Po wielkim sukcesie jego filmu Moje pieskie życie (nominacja do Oscara za reżyserię i scenariusz, Złoty Glob dla najlepszego filmu zagranicznego) przeprowadzka do Stanów była tylko kwestią czasu. O ile Jedna runda z Holly Hunter nie była może przebojem, tak Co gryzie Gilberta Grape’a zarobił już niezłe pieniądze, a przede wszystkim zachwycił krytyków na całym świecie. Produkcja, która zapoczątkowała wielką karierę Leonarda DiCaprio, chwalona była m.in. za świetne oddanie małomiasteczkowej atmosfery. Późniejsze Wbrew regułom oraz Czekolada udowodniły, że Hallström nie tylko potrafi świetnie opowiadać niebanalne historie, ale też jest prawdziwym mistrzem w tworzeniu klimatu.

Obecnie szwedzki reżyser eksperymentuje – wziął się m.in. za wyciskacz łez Mój przyjaciel Hachiko, adaptacje romansów Nicholasa Sparksa (Wciąż ją kocham, Bezpieczna przystań) oraz dwa całkiem niezłe feel-good movies, czyli Podróż na sto stóp i Połów szczęścia w Jemenie. Na chwilę Hallström wrócił nawet do rodzimego kraju, gdzie zrealizował thriller pt. Hipnotyzer. Są w tej filmografii pozycje lepsze i gorsze, ale nie da się ukryć, że to już nie to samo, co w latach dziewięćdziesiątych oraz na początku XXI wieku. Tamte filmy to klimat, klimat i jeszcze raz klimat, taki, który przenosił widza w inne miejsce i czas. Do tej grupy należą też Kroniki portowe z 2001 roku z brawurowymi rolami Kevina Spaceya oraz Judi Dench.

Film powstał na podstawie bestsellerowej książki Annie Proulx. Opowiada on o Quoyle’u, szarym mężczyźnie po trzydziestce, w którym zabito wszelkie poczucie własnej wartości. Wydaje się, że właściwie nie przejawia on żadnych uczuć, jest wyprany z emocji, jego życie nie ma sensu. Zmienia się to, gdy poznaje Petal (barwna rólka Cate Blanchett). Kocha ją bezwarunkowo, cierpliwie znosi ciągłe zdrady, ucieczki, całkiem samotnie wychowuje ich córkę. Kiedy kobieta ginie w wypadku, postanawia za namową nigdy niewidzianej ciotki wyjechać w rodzinne strony – do Nowej Fundlandii.

Ta wietrzna wyspa stanie się miejscem, w którym Quoyle powoli zacznie odbudowywać swoje życie. Kroniki portowe nie są jednak żadnym klasycznym poprawiaczem nastroju, prostą historią o radzeniu sobie ze stratą itd. Jak to u Hallströma bywa, to wszystko jest bardziej skomplikowane. Nie mamy do czynienia z postaciami, które byłyby zbiorem stereotypów. Wręcz przeciwnie. Poza tym w fabule bardzo istotne są też odwołania do przeszłości wyspy i samej rodziny głównego bohatera. Ta wielowątkowość, która była jedną z dużych zalet powieści, na ekranie nie wypada już jednak aż tak dobrze. Wydaje się, jakby reżyser jedynie odhaczał kolejne motywy – brak tu głębi, wszystko przedstawione zostaje dość pobieżnie, a zamiast zanurzać się w historię, widz czuje się raczej zdezorientowany.

To duża, ale właściwie jedyna wada Kronik portowych. Film uratowany zostaje świetnymi kreacjami aktorskimi oraz, oczywiście, klimatem. Proulx zgodziła się na ekranizację swojej książki pod warunkiem, że ekipa kręcić będzie w rzeczywistych lokalizacjach Nowej Fundlandii – i była to naprawdę dobra decyzja. Po raz kolejny przenosimy się razem z Hallströmem do innego świata i dajemy mu się prowadzić. Wspaniałe zdjęcia Oliviera Stapletone’a oraz muzyka Christophera Younga (nominacja do Złotego Globu oraz Critics Choice) dopełniają dzieła. Operator celowo użył odbarwionej taśmy, aby kolory były mniej intensywne i powstał efekt surowego realizmu. Z drugiej strony, nastrojowa, wykorzystująca wiele etnicznych instrumentów muzyka tworzy niemal magiczną atmosferę. Razem dało to naprawdę wyjątkowy, oparty na kontrastach efekt. Realizm magiczny w najlepszej postaci.

To spokojny, stonowany film, w którym po wyjeździe Quoyle’a do Nowej Fundlandii teoretycznie niewiele się dzieje. Ale ta napakowana symbolami historia jednak pięknie płynie. Dzieje się tak w dużej mierze dzięki aktorom – oni również grają oszczędnie, emocje przekazują raczej spojrzeniami i małymi gestami, ale tych emocji jest całe mnóstwo. Znakomita Judi Dench (nominacja do SAG Award oraz BAFTA) gra tu twardą ciotkę Quoyle’a, która skrywa pewną bolesną tajemnicę. Aktorka, podobnie jak w Zakochanym Szekspirze, kradnie innym sceny. Jedną z lepszych swoich ról stworzył w Kronikach… też Kevin Spacey – bardzo przekonująco wypada stopniowa przemiana tego bohatera. Amerykanin, który pokazał zupełnie inne oblicze od tego z Podejrzanych czy House of Cards, został za swą kreację wyróżniony nominacjami do Złotego Globu oraz BAFTA. Na drugim planie obejrzeć możemy zaś m.in. zaskakującą Cate Blanchett, Julianne Moore czy Pete’a Postlethwaite’a. To naprawdę solidna obsada i choćby dla nich warto sięgnąć po ten film.

Kroniki portowe nie są może dziełem wybitnym, nie jest to nawet top 3 filmów Hallströma, ale trzeba przyznać, że produkcja ta ma w sobie najlepsze cechy stylu tego reżysera. To chyba zresztą ostatni tytuł w jego filmografii, o którym można tak powiedzieć. Powstałe cztery lata później Niedokończone życie nie było już tak udane, a reżyserska ręka Szweda wyraźnie zaczęła drżeć. Cały czas mam nadzieję, że powróci on jeszcze do tego, co prezentował przez pierwszą dekadę swojej amerykańskiej kariery. Na razie się na to co prawda nie zanosi, ale zawsze można sięgać po jego starsze produkcje. Choć Kroniki… to nie poziom Wbrew regułom czy Czekolady, tę produkcję również ogląda się bardzo przyjemnie. W ten klimat się po prostu wsiąka.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane