Recenzje

KRÓL ARTUR. LEGENDA MIECZA. Niedocenione wariactwo

Guy Ritchie skutecznie tchnął energię i ekscytację w skostniały gatunek fantasy - szkoda, że najpewniej nie zobaczymy ciągu dalszego jego wersji tej historii.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Guy Ritchie to wyjątkowy twórca. Jego stylu nie sposób pomylić z żadnym innym – mało kto potrafi tak zgrabnie panować nad kompletnie szalonym montażem i błyskawicznym dialogiem. Energia, którą w ten sposób osiąga, jest unikalna i ożywcza. Ritchie wierzy w widza i nie traktuje go jak idiotę nienadążającego bez wyjaśnień i ciągłych przestojów. Wykorzystywane zabiegi pozwalają mu wykreować dynamikę niepopadającą w chaos i humor, który nie wydaje się wymuszony. Tu nie ma znanego z wielu współczesnych blockbusterów podejścia „akcja, akcja, uwaga – przerwa na żart – akcja, akcja, uwaga… i tak dalej”. Tutaj dowcip buduje narrację, a zabawa formą jest znacznie odważniejsza niż w dobrych, ale nieco idealizowanych Strażnikach galaktyki.

Przyznaję, że na początku nie wiedziałem, co myśleć o koncepcie przeniesienia legendy o królu Arturze na język reżysera Porachunków. Naturalnie zakładałem, że Anglik przerobi ją na swoją modłę, ale zwiastuny nie zapowiadały niczego radykalnie wybiegającego poza kolejne wielkie widowisko fantasy. I choć poważny prolog jeszcze nie zakpił z moich obaw i oczekiwań, to i tak byłem na pokładzie wszystkimi kończynami. Muzyka wgniata w fotel od pierwszych sekund, magia obraca ludzi w popiół, monstrualne słonie równają z ziemią mosty, król rzuca się na wroga w samobójczym ataku – tak się robi widowisko! Mina mi nieco zrzedła, kiedy misternie budowana scena ratunku małego chłopca została dziwnie ucięta, ale szybko wyszło na jaw, że był ku temu ważny powód, związany ze stopniowym odkrywaniem wypartych przez bohatera wspomnień. Mając tę świadomość, tym bardziej doceniam ten ryzykowny zabieg. Obowiązkowa sekwencja ukazująca młodość Artura to zaś Ritchie w najczystszej postaci. Frenetyczny montaż, kapitalne zgranie obrazu z muzyką, wszechobecny humor i zgrywa – ileż razy to było ciekawsze niż równie oklepany wątek dorastania w Wonder Woman! W tym tkwi siła reżysera – pomimo tego, że opowiada historię, którą znają wszyscy (zarówno z oryginalnej legendy, jak i z tysięcy późniejszych dzieł przedstawiających wędrówkę bohatera – z Gwiezdnymi wojnami na czele), potrafi sprawić, iż mamy wrażenie obcowania z czymś nowym i świeżym. Krytykujący ganią go za odejście od materiału źródłowego i gwałtowne tempo, a ja się pytam: czego się spodziewaliście po twórcy Przekrętu?

Nie zgadzam się też z zarzutami dotyczącymi chaotyczności całokształtu. Choć czuć, że czas trwania powinien być dłuższy, to nie mamy poczucia, że ktoś próbuje wcisnąć trzy filmy do jednego, jak w Legionie samobójców czy ostatnim starciu Batmana z Supermanem. Historia mogła zatrzymać się w kilku miejscach na dłużej, ale i bez tego ma ręce i nogi, spójne tempo oraz jasny cel. Tym jest naturalnie zgładzenie zdeprawowanego króla i odzyskanie tronu. Brylujący w roli złowieszczego władcy Jude Law znajduje perfekcyjną równowagę między powagą a zgrywą i choć jest zdecydowanie przerysowany, to nie popada w śmieszność i groteskę. Jeśli chodzi zaś o protagonistę, to słyszałem, że Charlie Hunnam desperacko zabiegał o tę rolę i był gotowy stoczyć o nią pojedynek na pięści – legenda czy nie, to widać. Po zblazowanym Deppie z nowych Piratów bardzo ożywcze było podziwianie aktora pełnego entuzjazmu i zacięcia, który nie myśli tylko o wielkim czeku po zakończeniu zdjęć. Jego Artur to przekonujący cwaniak i inteligentny żartowniś z potencjałem wielkiego przywódcy. Sprawdza się w scenach wesołej gawędy, emocjonalnego bólu i zawrotnej akcji. Przyjemna dla oka jest także chemia między nim a czarodziejką graną przez Àstrid Bergès-Frisbey (syrena z czwartych Piratów). Młoda piękność wypada kapitalnie jako spokojne dziewczę o niepojętych mocach, na plus trzeba także zaznaczyć, że relacja między dwójką nie powiela ogranych tysiące razy schematów. Reszta obsady (w tym aż dwóch aktorów z Gry o tron) dotrzymuje kroku głównym gwiazdom, zwłaszcza Djimon Hounsou, który po świetnej roli w Krwawym diamencie nie miał tylu okazji do popisu, na ile zasługuje. Między wszystkimi bohaterami fantastycznie iskrzy i choć było ich za dużo, by rozwinąć należycie każdego z nich, to wzbudzają sympatię i kibicujemy im jako grupie. Oglądanie ich w akcji to czysta przyjemność.

Jest tak również dlatego, że Król Artur to realizacyjna perełka. Piękne ujęcia, pomysłowe kadry i kapitalny montaż tworzą świetny i oryginalny spektakl. Walki są dynamiczne i nie uciekają się do nadużywania zwolnionego tempa (z wyjątkiem sekwencji, w których jest to uzasadnione użyciem magii) jak we wspomnianej już Wonder Woman, ale pozostają przy tym czytelne. Brak krwi wymuszony kategorią wiekową PG-13 chwilami jest zauważalny, ale generalnie nie burzy poczucia realizmu starć. Końcowe akcje z Excaliburem i obecne w nich CGI zbliżają się niebezpiecznie blisko do przerywników filmowych z gier komputerowych, ale są zaprezentowane interesująco i nie gryzą się z resztą obrazu.

Wciąż nie mogę jednak wyjść z zachwytu nad ścieżką dźwiękową, która bezbłędnie wzbogaca każdą scenę, którą ilustruje.

Osiągnięto w niej idealny balans między swojskimi i typowymi dla angielskiego folkloru nutami, a agresywnymi współczesnymi dźwiękami, wplatając jeszcze w to wszystko świetny wokal. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem tak zachwycony muzyką w filmie i tym, jak umiejętnie ją wykorzystano, zwłaszcza w dłuższych sekwencjach montażowych. Wśród nich szczególnie dobrze wypada wspomniany wątek dorastania i wędrówka Artura przez Czarne Ziemie – przy tym drugim siedziałem jak urzeczony i chwilę później żałowałem, że nie trwało to dłużej. I do tego ostatniego sprowadza się mój jedyny większy zarzut: za krótko. Niektóre postaci i sytuacje zasługiwały na bogatsze rozwinięcie i nie rozumiem, dlaczego nie pokuszono się o te 15–20 minut więcej. Na całe szczęście to nie zeszłoroczny Warcraft sprawiający wrażenie filmu uciętego w połowie. Król Artur jest znacznie zgrabniejszym obrazem, który wygląda i brzmi świetnie, pomimo kilku zgrzytów z CGI. Od samego widowiska ważniejsza jest jednak szalona energia i zabawa zarówno formą, jak i treścią – to dzięki niej mam ochotę wybrać się do kina drugi raz. Opowiedziana przez Ritchiego historia Artura obudziła we mnie znacznie większy ogień niż inne tegoroczne blockbustery i żadne koszmarnie krzywdzące 28% na Rotten Tomatoes tego nie zmieni.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane