Recenzje

KRÓL ARTUR (2004)

Wizualnie doskonały, ale pozbawiony magii w scenariuszu.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Barbarzyńcy w Hollywood

Kolejny raz specjaliści z Hollywood sięgają do wielkiej, epickiej legendy. Kolejny raz uruchamiają wielką machinę produkcyjną. Kolejny raz kuszą wielkimi nazwiskami. I kolejny raz im nie wychodzi. Rozmiary klęski są jednak dużo mniejsze niż w przypadku konkurencyjnej Troi, a film ogląda się bez znużenia. Co więc zawiodło tym razem? To, co zawsze zawodzi za oceanem – kiepski scenariusz w połączeniu z marnym aktorstwem i sztucznym obniżaniem granicy wiekowej do lat 12. Co zaś jest mocną stroną nowego Króla Artura? Bez wątpienia zdjęcia Sławomira Idziaka, muzyka Hansa Zimmera i rozmach całości gwarantowany przez Jerry’ego Bruckheimera. Jednym słowem: anomalii nie stwierdzono. Jest tak, jak być musiało.

Legenda o królu Arturze i jego dzielnych rycerzach, pijących różnorakie trunki przy Okrągłym Stole, jest już od dawna nieco nieświeża, bo wykorzystywana wielokrotnie przez kino i literaturę. Ciężko jednak nowemu Królowi Arturowi zarzucić wtórność. A to być może za sprawą ciekawego początkowego założenia: robimy film o człowieku. Robimy film o wodzu. Robimy film mocno stąpający po ziemi. Czyli czary i zaklęcia zostawiamy u Warnera (wszak kilka Potterów do zrobienia jeszcze zostało), a sami bawimy się w odtwarzanie historii. Zresztą – jak uświadamia dziennikarzy dystrybutor – pierwsze podania o Artoriusie Castusie także pozbawione są całkowicie sfery magicznej. Wobec takich argumentów wypada więc jedynie zamilknąć i słuchać dalej.

A dalej mamy co następuje: Cesarstwo Rzymskie upada, zaś Artur i jego wojowie wręcz przeciwnie – rosną w siłę. Drużyna Artura jest jednak całkowicie zależna od Rzymu. Mimo to już wkrótce upadające imperium uczyni ich wolnymi ludźmi. Jednak zanim to nastąpi, czeka ich niestety standardowa, hollywoodzka „ostatnia misja”. Trzeba bowiem sprowadzić rzymskiego dostojnika wraz z rodziną w bezpieczne miejsce, zanim do pozycji horyzontalnej sprowadzą ich dzicy i nieokrzesani Sasi. Po drodze wypada oczywiście stanąć w szranki z barbarzyńcami (pretekst do wspaniałych scen batalistycznych), a następnie porzucić cnotliwe życie i zakochać się w Ginewrze (pretekst do nieśmiałych, bo dozwolonych od lat dwunastu scen miłosnych). I to w gruncie rzeczy wszystko…

Historia przedstawiona w filmie jest niesamowicie papierowa.

Scenarzysta Gladiatora pracę nad historią Artura traktował pewnie jako naturalny ciąg dalszy swojego wcześniejszego dzieła. Po Cesarstwie w rozkwicie nadszedł więc czas na Cesarstwo w odwrocie. Nowy film Franzoniego jednak nijak się ma do wspomnianego wcześniej Gladiatora. Król Artur jest po prostu poprawnym scenariuszem, trzymającym się klasycznych, hollywoodzkich zasad. A co za tym idzie, historia przedstawiona w filmie jest niesamowicie papierowa. Żadna z postaci nie ożywa na ekranie. Ożywają jedynie klisze: „dzielny i honorowy”, „piękna i waleczna”, „dziki i nieokrzesany”, „bogaty i obłudny” czy też „silny i poczciwy”. Pełen zestaw! Ta nieznośna poprawność bohaterów razi szczególnie w połączeniu z godnym naśladowania technicznym realizmem całej historii. Czyli do wyboru: brud, pot, chrzęst zbroi, atmosfera nieprzyjaznej, dzikiej przestrzeni i starych, zimnych fortec. Wszystko to oddane wprost rewelacyjnie.

Ale ten chłód i brzydota nijak mają się do przesłodzonej, amerykańskiej, scenariuszowej papki. Skoro Bruckheimer chciał zrobić inny, bardziej realistyczny film o Arturze, to powinien zadbać nie tylko o chrzęst stali, ale także o nietypowy i oryginalny scenariusz. To jednak nie wszystko: jeśli już miał zamiar oddawać realia epoki, to powinien oddawać je w całości. Tymczasem Król Artur jest kompletnie bezkrwawy. Panowie na ekranie przebijają sobie mieczem raz nogę, raz tułów, w filmie zaś nadal zamiast czerwieni dominuje szarość. Skoro miał więc to być film familijny, to czemu usunięto z niego magię? Skoro Bruckheimer liczył na całe rodziny, to w jakim celu silił się na oddawanie realiów epoki? Twórcy byli więc niekonsekwentni. Dobre kino wymaga wybierania skrajności i wcielania w życie konkretnej wizji, ekipa Króla Artura poszła zaś środkiem. I to ich zgubiło.

I żeby raz na zawsze zamknąć listę skarg i wniosków – ostatnia kwestia: aktorstwo. W filmie mieli wystąpić z założenia zdolni aktorzy spoza Hollywood. I jeśli chodzi o odgrywającego główną rolę Clive’a Owena, to prawdą jest tylko to, że faktycznie nie pochodzi ze Stanów. Nie dość, że ma do zagrania kompletnie niewiarygodną postać (dobrą, prawą, honorową i współczującą, czyli jednym słowem bez charakteru), to jeszcze deklamuje swoje kwestie o miłości i honorze niczym wiersze na szkolnej akademii – z kamienną twarzą, silnym głosem i bez polotu. Ciężko więc uwierzyć Arturowi i ciężko go polubić. Legendarny wojownik w wersji Owena nie wyszedł bowiem jeszcze ze sfery legend i podań. A według twórców miało być przecież odwrotnie…

Następnie Ginewra – Keira Knightley. Tu już dużo lepiej – cynicznie i z pomysłem. Dojść można więc do wniosku, że w tym związku to Artur był raczej pod pantoflem swej przyszłej żony. A może lepiej nie wnikać w niuanse królewskiego łoża… Warto wspomnieć także o roli Cedrica – brutalnego i dzikiego wodza Sasów. Ciężko o bardziej jednoznaczną postać, tymczasem wciela się w nią aktor z gruntu niejednoznaczny – jeden z ulubieńców Larsa von Triera – Stellan Skarsgard. Widocznie rola była popłatna i stanowiła dobrą zabawę. Postać Stellana wypadła dość wiarygodnie, trzeba jednak zaznaczyć, że kwestie Cedrica sprowadzały się w dużej mierze do miarowego porykiwania. Miejmy więc nadzieję, że bogaty już Skarsgard wróci jednak do kreacji nieco bardziej złożonych.

Czas przejść teraz do o wiele przyjemniejszych kwestii. Gdyby bowiem usunąć z filmu dialogi i zakazać aktorom wydawania z siebie dźwięków, oglądałoby się Króla Artura z zapartym tchem. Film jest bowiem po prostu piękny. Już dawno Amerykanie nie zaprezentowali tak doskonałego wizualnie obrazu. Szczególnie że ponoć stworzyli go bez zbytniego posiłkowania się komputerem. Stroje bohaterów, zbroje, komnaty, mury zamków, polany – wszystko wygląda perfekcyjnie i jest skrajnie realistyczne. Do tego naprawdę wspaniałe zdjęcia Sławomira Idziaka, które nadają nowemu Królowi Arturowi zabranej mu w scenariuszu magii. Idziak bowiem pięknie łączy barwy. Na ekranie doskonale uzupełniają się szarość, zieleń i biel. Operator posługuje się także na przemian zbliżeniami oraz płynnymi, panoramicznymi ruchami kamery. Oddaje w ten sposób zarówno pewne zamyślenie bohaterów, jak i niezwykłe tempo ekranowych potyczek.

Zdjęcia Idziaka tworzą więc całą atmosferę filmu. Sprawiają, że wyróżnia się on mimo wszystko spośród całej reszty amerykańskich produkcji. Materiał stworzony przez polskiego operatora został także niezwykle perfekcyjnie zmontowany, szczególnie jeśli chodzi o diabelnie trudne ujęcia z pola walki. Sceny batalistyczne, a szczególnie słynna już scena na zamarzniętym jeziorze, to prawdziwy majstersztyk. Nie pamiętam innej produkcji, która w taki sposób łączyłaby w sobie magię przyrody z energią ekranowych potyczek. Pełen efektów komputerowych Władca Pierścieni startuje bowiem w nieco innej kategorii ze względu na sposób produkcji. I w tym miejscu naprawdę wielkie uznanie dla ogromu pracy pana Sławomira Idziaka. Ewentualny sukces filmu będzie bowiem głównie jego zasługą.

Z pejzażami Idziaka pięknie współgra także muzyka Hansa Zimmera, tak jak zawsze stanowiąca nieco podniosły, lecz zwięzły komentarz do tego, co się dzieje na ekranie. Zarówno komentując pejzaże polskiego operatora, agresję bitwy czy też mdłe i patetyczne kwestie samego Artura, Zimmer radzi sobie dobrze. Film ten powinno się więc obserwować i słuchać, lecz pod żadnym pozorem nie próbować oglądać. Scenariusz bowiem rozczarowuje, za to obraz i dźwięk powalają na kolana. Czyli wielki sukces i wielka porażka. A wszystko to umieszczone w jednym filmie…

Na początku odwoływałem się do aktualnego, hollywoodzkiego trendu ekranizowania wielkich, epickich powieści. Zakończę zaś na innym, typowo amerykańskim zjawisku. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że Król Artur kończy się szczęśliwie. I w tle tego radosnego zakończenia słychać jedno tylko słowo: WOLNOŚĆ. Czy nie jest przypadkiem tak, że pod pretekstem wielkich, filmowych produkcji próbuje się Amerykanom sprzedać jedyną właściwą polityczną ideologię? Czy pod postaciami nieokrzesanych Sasów nie kryją się przypadkiem żołnierze światowego terroryzmu? Czy superprodukcje nie stają się powoli swoistą wielką, propagandową tubą polityczną? Czy nie przypomina to w końcu sytuacji sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy właściwa była tylko jedna ideologia i tylko taką ideologię sprzedawała oficjalna kultura? Tym razem Hollywood zdaje się jednak popierać Busha. Jeśli faktycznie wymowa Króla Artura ma drugie dno, to wstydźcie się towarzyszu Bruckheimer! Wstydźcie się! Albo rozrywka, albo polityka…

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane