W stronę zachodzącego słońca

Krew za krew

Mięsisty survival pośród piękna amerykańskiej prerii.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Aż do piekła...

David Von Ancken to reżyser wybitnie telewizyjny – odpowiada za wiele odcinków znanych i popularnych seriali, od Oz i Świata gliniarzy, przez Wybranych, a na Californication skończywszy. Lecz do kina nie ma szczęścia. W swej dwudziestoletniej karierze nakręcił tylko jeden pełnometrażowy film – western właśnie – którego był też współautorem scenariusza. Pochodzący z 2006 roku Seraphim Falls (tak brzmi bowiem oryginalny tytuł) kompletnie przepadł jednak w kinowych kasach, a i krytyka nie szczędziła względem niego gorzkich słów, tym samym na dobre grzebiąc dalsze filmowe marzenia Von Anckena. Szkoda, bo jest to jak najbardziej udany i, co ważniejsze, ambitny debiut, który zgrabnie wykorzystuje gatunkowe struktury do własnych celów.

Do samego końca spowija go atmosfera tajemnicy i niepewności.

Cały projekt skwitować można jednym krótkim zdaniem: dwóch Irlandczyków bawi się w kotka i myszkę na amerykańskiej ziemi. A dokładnie Liam Neeson ściga Pierce’a Brosnana (lub, jak kto woli, Bryan Mills gania Jamesa Bonda), bo ten… najwyraźniej zrobił coś bardzo, bardzo złego. O tym, co dokładnie, dowiadujemy się dopiero z czasem i trzeba przyznać, że jest to spora siła napędowa filmu. Do samego końca spowija go atmosfera tajemnicy i niepewności, do których w pewnym momencie dorzucona zostaje jeszcze ciekawa symbolika oraz swoiste odrealnienie tej mięsistej, surowej, męskiej historii – wcale nie tak odległej pod względem zarówno fabularnym, jak i stylistycznym od niedawnej Zjawy Alejandra Gonzáleza Iñárritu, a więc tym samym zahaczającej o kino survivalowe.

Dość napisać, że oba te filmy porażają nie tylko przeszywającym zimnem skontrastowanym z pięknem niebezpiecznych gór (tu: Skalistych) i zemstą odbijającą się w oczach jednego z głównych bohaterów, ale też i w obu odnajdziemy podobną sztuczkę traperską pozwalającą na przetrwanie w odgórnie straconej pozycji. Więcej jednak nie napiszę, bo odkrywanie niuansów tego niesłusznie zapomnianego antywesternu – czy też raczej filmu stricte antywojennego, bowiem akcja toczy się tuż po wojnie secesyjnej, której bezpośrednio dotyka – stanowi, tuż obok przepięknych widoków uchwyconych w obiektywie Johna Tolla, jedną z największych atrakcji. W ogóle zresztą można się o zaletach tejże produkcji wypowiadać długo i namiętnie.

Znakomita jest obsada, w skład której wchodzą tak charakterystyczne facjaty, jak Michael Wincott, Xander Berkeley, Tom Noonan, Anjelica Huston, Angie Harmon czy Wes Studi. Większość z nich dostaje zaledwie po skromnym, kilkominutowym epizodzie, ale każde wyciska ze swojej roli maksimum, wspaniale dopełniając dziki i nieprzyjazny świat przedstawiony, w którym nie ma nic za darmo; gdzie nawet niewinnie wyglądające dzieci mają coś na sumieniu. Przy czym oczywiście cały show należy przede wszystkim do dwóch głównych gwiazd – Neesona i Brosnana.

Ten pierwszy jako Carver jest tu znacznie bardziej wiarygodny w swojej krwawej krucjacie niż w rozpoczętej dwa lata później serii Uprowadzona (angaż do której zawdzięcza być może właśnie tej roli). I nieporównywalnie bardziej przerażający w swej obsesyjności dopięcia swego, za wszelką cenę i wbrew rozsądkowi. Elektryzuje jednak zwłaszcza Brosnan, czyli ekranowy Gideon, który miał przed sobą o wiele trudniejsze fizycznie zadanie i jest tu tak daleki od wizerunku 007, jak to tylko możliwe (co ciekawe, początkowo rolę tę zagrać miał Richard Gere, ale zrezygnował na rzecz Drapieżnika). Już choćby dla niego warto zobaczyć ten film. Ale nie tylko.

Solidny, niegłupi i trzymający w napięciu jest scenariusz samego reżysera napisany wespół z Abby Everett Jaques. Pomimo pozornego spokoju i toczącej się swoim rytmem akcji, nie pozwala się nudzić nawet wtedy, gdy pozornie zbacza z głównej ścieżki i skupia się na teoretycznie mało ważnych, niekiedy sprawiających wręcz abstrakcyjne wrażenie rzeczach lub wątkach. Rozmachu tej mocno osobistej historii zresztą nie brakuje. W tej swoistej drodze do piekła, zdesperowani i wycieńczeni bohaterowie przedzierają się przez wszystkie możliwe krajobrazy Dzikiego Zachodu, zatem jest na co popatrzeć. A wszystko to w takt minimalistycznej, skromnej, ale diablo klimatycznej i momentami naprawdę pięknej muzyki Harry’ego Gregson-Williamsa – nigdy ostatecznie nie wydanej przez wzgląd na finansową porażkę filmu.

Nakręcona w przeciągu 48 dni na terenach Oregonu, Kalifornii, Arizony oraz Nowego Meksyku produkcja kosztowała generalnie niewiele, bo zaledwie 18 milionów dolarów. A mimo to na całym świecie zdołała uzbierać zaledwie ułamek tej sumy. Nie pomogła mu niestety kiepska promocja oraz dorosła kategoria wiekowa. Także i krytycy byli dość wstrzemięźliwi w swoich opiniach, zarzucając dziełu przede wszystkim zbytnią dosłowność przekazu i niejaką toporność alegorii. I rzeczywiście, jeśli można by się było do czegoś przyczepić, to właśnie do tego.

Bije to po oczach głównie w finale, który nieco wbrew całej wcześniejszej intrydze postanowiono zatopić w chrześcijańskich znaczeniach. Odwołuje się już do nich zresztą sam tytuł. W domyśle Seraphim Falls ma oznaczać nazwę miasteczka, w którym dokonał się grzech. Takie miejsce jednak w rzeczywistości nie istnieje, a sam Seraphim – podobnie jak i Gideon – został wyjęty wprost z Biblii. Jest to klucz do odczytania całej ostatecznej konfrontacji – tyleż porażającej aranżacyjną finezją, co (celowo) powodującej lekką konsternację. Na logikę nie ma ona sensu. Lecz gdy spojrzeć na całą historię jak na wizualizację upadku dawnej chwały i śmierci człowieczeństwa, po których następuje walka w piekle i wizyta w czyśćcu, to nie tylko staje się ona spójna, ale i nabiera dodatkowego znaczenia, które w równym stopniu satysfakcjonuje, co podoba się. Co ważniejsze, jest ona na tyle uniwersalna, że jej akceptacja rozbija się bardziej o gusta niż o światopogląd i wiarę. A to zawsze w cenie.

Liam Neeson i Pierce Brosnan zgodnie przyznali, że Krew za krew stanowi dla nich najprzyjemniejsze filmowe doświadczenie w karierze – głównie dlatego, że jako dzieci zapatrzeni byli w westerny i zawsze chcieli w jakimś wystąpić, zatem przyjęli swoje role z wielką ekscytacją. I to zaangażowanie widać na ekranie, a ich wspólny projekt jak najbardziej zalicza się do udanych, stanowiąc dla obu jedne z najlepszych kreacji. Sam film można natomiast śmiało postawić w gronie najlepszych reprezentantów tego gatunku w XXI wieku. To ciekawe, niebanalne i piękne nakręcone widowisko, które warto docenić po latach.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane