Recenzje

KOT W BUTACH (2011)

Autor: Karol Baluta
opublikowano

Kota w Butach chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Postać stworzona przez Charlesa Perraulta stała się szybko jedną z najbardziej rozpoznawalnych baśniowych ikon, bohaterem wielu literackich przeróbek, filmów animowanych i seriali (z naprawdę udaną wersją anime na czele). Kot na dobre zadomowił się w popkulturze, czego najlepszym dowodem było jego nagłe pojawienie się w drugiej – i ostatniej naprawdę udanej – odsłonie przygód Shreka. Bohater został z miejsca pokochany przez widownię, głównie z powodu iście romantyczno-buńczucznego charakteru (a to za sprawą znakomitej, autoironicznej kreacji Antonio Banderasa) oraz pamiętnej sceny, w której wytrzeszcza swe urocze, przeszklone kocie ślepia. W dobie, gdy koty rządzą Internetem (taka moja osobista teoria 😉 nic dziwnego, że włodarze z DreamWorks postanowili kocią manię wykorzystać i zrealizować niejako spin-off shrekowej serii, poświęcony słynnemu futrzakowi. Czy tym razem udało się twórcom ożywić straconego ducha filmów o Shreku? A może poszli w całkowicie innym kierunku?

Bez wątpienia Kot w Butach to produkcja udana, umiejętnie wykorzystująca technologię 3D, a do tego mówiąca kilka ciekawych rzeczy o rodzinie, przyjaźni, przynależności.

Pamiętacie opowieść Perraulta, w której syn młynarza dostaje w spadku po ojcu kota, a ten niemal z miejsca czyni go Markizem? No to teraz włóżcie ją między bajki, bo grupa scenarzystów z DreamWorks ma dla was inną wersję „początków” Puszka; historię przyjaźni, skomplikowanych więzi rodzinnych i zdrady… Nasz mały bohater jest tu sierotą, przygarniętą przez dobroduszną Imeldę, która opiekuje się także innymi porzuconymi dziećmi. Jest wśród nich jajko Humpty-Dumpty, które z powodu swojego niezwykłego wyglądu i kształtu jest obiektem kpin wszystkich dookoła. Bohaterowie szybko zaprzyjaźniają się, a z czasem zaczynają łączyć ich silne braterskie więzi i jedno wspólne marzenie: aby znaleźć magiczną fasolę, która pozwoli im wspiąć się do podniebnego pałacu i ukraść gęś znoszącą złote jaja. Kolejne miesiące przynoszą jednak niepowodzenia, a relacje między „braćmi” zaczynają się wyraźnie psuć, co doprowadza do prawdziwej katastrofy, która dla Kota kończy się banicją z rodzinnych stron. Jednak wiele lat później dawni przyjaciele spotykają się znowu, tym razem jednak ich dawne marzenie ma szansę się ziścić. Wraz z Kitty Kociłapką – słynną kocią złodziejką – bohaterowie wyruszają w pełną niebezpieczeństw podróż…

Przede wszystkim należy powiedzieć wprost: „Kot w Butach” jest lepszy niż dwie ostatnie części „Shreka”. Jest tu sporo humoru, są ciekawe i niejednoznaczne postaci, jest niegłupia (choć miejscami nieco naciągana, a czym bliżej końca – mniej konsekwentnie prowadzona) fabuła, są wreszcie zaskakująco dynamiczne i robiące wrażenie sceny akcji. Twórcy postanowili zrezygnować z całej masy popkulturowych odniesień (zrezygnował z nich również tłumacz Bartosz Wierzbięta), stawiając na humor sytuacyjny i niezbyt wyszukane ale całkiem zabawne gry słowne. I choć nie zabrakło pewnych nawiązań „tylko dla dorosłych” (jak tekst, w którym Humpty opisuje swoje życie w więzieniu), jest to film w głównej mierze przeznaczony dla młodszych widzów. Dużo akcji, czytelne przesłanie oraz przejmująca historia przyjaźni przypadną do gustu w pierwszej kolejności najmłodszym, o czym zresztą nie raz przekonałem się podczas seansu, kiedy obecne na pokazie dzieci żywo komentowały akcję, śmiały się z wyczynów Puszka i jego przyjaciół. Jednak dorosły widz nie powinien się nudzić, bo choć do poziomu pierwszych dwóch „Shreków” czy dojrzałości zeszłorocznego „Jak wytresować smoka” jest tu daleko, to ciekawe relacje między postaciami, odrobina pikantnego humoru oraz robiące wrażenie wykonanie stawiają „Kota w Butach” ponad typowymi obrazami przeznaczonymi dla małoletniej widowni. Jeśli jednak oczekujecie pamiętnych tekstów i kultowych dialogów, możecie się srogo zawieść.

Obok pięknej animacji i wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej warto zwrócić też uwagę na 3D, które – w przeciwieństwie do wielu obrazów z zeszłego roku – naprawdę robi wrażenie. Nie mamy tu do czynienia jedynie z marną konwersją będącą pretekstem do podniesienia cen biletów, lecz pełnoprawnym trójwymiarowym filmem, pełnym ujęć wykorzystujących tę technologię, czasem w dość spektakularny sposób. Piękne kolory, głębia obrazu, dynamiczne i pełne energii sceny i zapierające dech w piersiach loty kamery udowadniają, że twórcy wzięli 3D na poważnie i wyciągnęli z niego możliwie najwięcej, nie popadając w przesadne efekciarstwo lecz czyniąc z tej technologii ciekawy element przedstawionej historii i jej dodatkowy atut (szczególnie dla najmłodszych widzów).

Nie zawodzi również polski dubbing, jak zwykle na naprawdę dobrym poziomie. Wojciech Malajkat po raz kolejny z udanym skutkiem wciela się w postać Kota w Butach, nadając jej uroku, charyzmy i zadziorności, które charakteryzują także amerykański (choć bardziej hiszpański) odpowiednik. Świetny jest też Humpty-Dumpty, który w oryginale mówi głosem Zacha Galifianakisa. Przemysław Stippa tworzy ciekawego, niejednoznacznego bohatera, którego nie sposób polubić, ale nie trudno też uwierzyć w jego „mroczniejszą” stronę. Najmniej charakterystyczna z trójki głównych bohaterów jest Izabella Bukowska jako Kitty Kociłapka, choć jako powód tego stanu rzeczy wskazałbym, że jest to zarazem najmniej interesująca i skomplikowana postać. Być może wcielająca się w nią w amerykańskiej wersji Salma Hayek nie pozwoliła się tak łatwo przyćmić swojemu ekranowemu partnerowi. Jest zresztą okazja żeby się o tym przekonać, bo w niektórych kinach „Kota w Butach” można zobaczyć w wersji z napisami.

Bez wątpienia „Kot w Butach” to produkcja udana, umiejętnie wykorzystująca technologię 3D, a do tego mówiąca kilka ciekawych rzeczy o rodzinie, przyjaźni, przynależności. Niestety, filmowi Chrisa Millera brakuje siły, jaką posiadały pierwsze dwie odsłony „Shreka”, nie zapisuje się w pamięci równie mocno, brakuje tu równie pamiętnych dialogów i scen. To jednak wciąż porządna, pięknie wyglądająca i zabawna produkcja, która doskonale sprawdza się jako rodzinna rozrywka i swoisty hołd dla jednego z najsympatyczniejszych bohaterów flagowej serii DreamWorks.

Choć i tak cały show kradnie mu kot mówiący „Uuuuuu” ;).

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane