Recenzje

KOSIARZ UMYSŁÓW. Cyberpogrom w ogrodniczkach

Z kosiarką przez Painta – scenariusz na 8 bitów, a zabawa świetna.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Wybitnie pokręcona pozycja! Mamy w niej scenę, w której wszechmocny bohater instaluje pewnemu brutalowi w głowie siermiężną animację komputerową przedstawiającą kosiarkę przejeżdżającą mu po mózgu (a jednocześnie stanowiącą zęby demonicznej postaci). Oto coś na wzór nigdy niegasnącego wygaszacza ekranu, który zamienia ofiarę w kompletne warzywo. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Kosiarz umysłów robi coś podobnego swemu widzowi. Zdawać by się mogło, że trzeba więc go wyłączyć, póki się da. Cóż, niekoniecznie, bo wtedy przegapimy naprawdę dziką jazdę na grzbiecie oszalałej kosiarki z lat 90. Wielu z nas kojarzy ten tytuł. Wielu z nas go widziało. Gdzieś. Kiedyś. Nierzadko w dzieciństwie. Myślę, że wszyscy ci, którzy o nim zapomnieli lub po prostu wolą kontakt z tytanami świata SF (dla przykładu Obcy, Robocop), powinni dać mu drugą szansę. Zobaczcie film, który sugerował, że komputery zmienią nasze życia, zamieniając nas w informatycznych twardzieli – zero-jedynkowych herosów napchanych megabajtami mięśni, z wielkimi mózgami i nieskończonymi możliwościami rozwoju. Teraz, kiedy wszyscy jesteśmy podpięci do sieci, sprawdźmy, jak kształtowały się hollywoodzkie wizje na temat naszych kontaktów z elektroniczną rzeczywistością. Będzie to podróż w przeszłość – wyboista, ale też niezwykła. Oto film z czasów, kiedy świszcząco-trzeszczące dźwięki modemu przyprawiały ludzi o dreszcze i przywodziły na myśl wyprawę w nieznane, ekscytujące rejony.

Doktor Angelo prowadzi dla rządowej agencji badania nad wpływem technologii informatycznych na organizmy żywe. Po nieudanym eksperymencie z małpami (stały się niebezpieczne, więc trzeba je było unicestwić) mężczyzna znajduje nowy obiekt. Jest nim Jobe – opóźniony w rozwoju młody mężczyzna koszący w okolicy trawniki. Łagodny i dobroduszny chłopak w aureoli słomiastych blond włosów, który zawsze wygląda tak, jakby ptaszki ćwierkały mu nad głową, nie ma łatwego życia. Znęca się nad nim pokręcony ksiądz (w skwierczącej od przesady kreacji; postać duchownego może się tu kojarzyć z podobną figurą z Martwicy mózgu) i tępawy byczek ze stacji benzynowej. Angelo postanawia podrasować Jobe’a, oferując mu przyspieszony kurs nauki w cyberprzestrzeni, zastrzyki witaminowe i hormonalne. Chłopak stopniowo zaczyna się zmieniać. Mężnieje, wdziewa kowbojki; dziarsko wkracza do domu sąsiadki oferującej lemoniadę (ta wcześniej deklaruje, że trzeba szybko skosić jej zarastający trawnik). Wkrótce nauczy się też zdecydowanym głosem mówić „nie” i będzie gotów wyrównać swoje rachunki ze światem. Pytanie tylko, czy Angelo zachowa jakąkolwiek kontrolę nad kierunkiem przemiany podopiecznego.

Kosiarz umysłów to film serowaty, pełen scen gryzących w oczy i zadziwiająco bublowatych. Jeśli jednak porzucicie wymagania, jakie stawia się dobremu kinu, możecie mieć przynajmniej dobrą zabawę. Zacznijmy od tego, że obraz nie jest adaptacją powieści Stephena Kinga. Studio New Line Cinema skorzystało z posiadanych praw do opowiadania pisarza, zapożyczając z niego właściwie tylko imię bohatera, a potem reklamowało swój film jako adaptację prozy mistrza horroru. Był to udany chwyt marketingowy, ale też zwyczajne oszustwo. King zażądał usunięcia jego nazwiska z materiałów promocyjnych. Wcale mu się nie dziwię. Po pierwsze, mamy tu obraz nieudany. Po drugie, jak cyberatrakcje, pełne komputerowych animacji, mają się do analogowej z ducha, staroszkolnej twórczości autora Lśnienia? Już widzę minę Kinga próbującego jakoś przełknąć te filmowe cybergrudy…

Konsternację lub chichot wywołuje tutaj właściwie wszystko. Weźmy głównego bohatera. Zagrał go Jeff Fahey, który wyspecjalizował się w drugorzędnych thrillerach i kinie akcji, często kręconych dla telewizji lub wprost na rynek DVD. Aktor ten – dość drętwy, o ograniczonym warsztacie – zagrał osobę ułomną „na pałę”. Niczym bohater grany przez Bena Stillera w Jajach w tropikach kreuje postać opóźnionego mężczyzny, stawiając na ostentację, grubą kreskę i brak umiarkowania w dozowaniu składowych roli (dużo głupich min, eksponowania króliczo wielkich zębów itp). Pierce Brosnan – jeszcze przed rolą Bonda i największymi sukcesami – ma więcej charyzmy i klasy, ale w tym filmie może tylko robić dobrą minę do złej gry i pokazywać klatę pod rozpiętą koszulą. Gdzieś tam miga jeszcze Austin O’Brien, znany z Mojej dziewczyny 2 i Bohatera ostatniej akcji, lecz nie ma wiele do pokazania. Z pewnością obsada nie daje tu koncertu gry aktorskiej, ale sprawia, że robi się bardzo w stylu lat 90.

Jednak nie ma co ukrywać, prawdziwą gwiazdą i wabikiem miała tu być VR (wirtualna rzeczywistość). Ta pojawia się na ekranie na całe osiem minut, co pochłonęło sporą część budżetu Kosiarza. Jak wypadły pierwsze tak długie i rozbudowane sceny eksploracji cyfrowej rzeczywistości? Z pomocą rękawic, okularów i metalowej uprzęży podtrzymującej ciało cybernurka bohaterowie skaczą w inny, kolorowy świat, gdzie czekają na nich fontanny danych, strugi informacji i nowe, nieznane drogi rozwoju. Z perspektywy dzisiejszego widza mamy tu jednak wizualny koszmar. Cyberprzestrzeń w Kosiarzu to miejsce przaśne, płaskie, pstrokate, pozbawione smaku, klimatu, odwirowane z ambicji bycia czymkolwiek więcej niż ścinkami z gier. To jakieś dziwne bąbelki, kolory rodem z Painta i kanciastość, o jakiej wam się nie śniło. Do eksplorowanie jej zniechęcają dodatkowo patetyczne dialogi podczas „surfowania” bohaterów i drętwa niby-mistyczna muzyka. Szczytem wyobraźni jest tu unoszenie się wśród jakichś pikselowych, wielokolorowych żelków lub seks dwóch plam nad wyjątkowo szkaradnym morzem – a wszystko to próbujące udawać transcendentne nurzanie się w niewyobrażalnym pięknie. Trzeba oddać sprawiedliwość twórcom filmu, że ówczesna VR często wyglądała równie tandetnie, ale nie da się ukryć, że przeniesiona na grunt kina zbojkotowała wszelkie próby budowania klimatu czy powagi. Nie szkodzi. Jak się okazało, w „zwykłych” scenach twórcy także postawili na bezpośredni atak na widza pod banderą taniochy. Oto cała przemiana bohatera wygląda jak wyciśnięta z najgłębszych pokładów „chciejstwa” jakiegoś nastoletniego scenarzysty. Jobe siedzi sobie chwilę w sieci i pochłania nowe dane, po czym z Janka Muzykanta o rozwianym włosie staje się kimś w rodzaju sympatycznego kowboja – bystrzejszego i mniej zahukanego, w dodatku z przylizaną fryzurą. Potem ewoluuje dalej, by w końcu stać się Darthem Vaderem cyberświata: czyta ludziom w myślach (nawet Brosnanowi, który próbuje rozcapierzonymi palcami, smutną miną i zbolałym głosem odrzucić tę interwencję w mózgu) i narzuca im swoją wolę. Kosi trawniki, sterując kosiarką wzrokiem; siłą umysłu wyciska pastę do zębów. W pewnym momencie przeistacza się w karzącą dłoń cyfrowej sprawiedliwości. Stojący w mroku nocy, z włosami w nieładzie, rozświetlany snopami światła w obcisłym kostiumie cyberastronauty, ze swoją kosiarkę spalinową, która stanie się teraz jego mieczem – Jobe wygląda groteskowo. Jego zemsta na złych ludziach sprawi, że nieraz wybuchniecie śmiechem. Sporo w Kosiarzu motywów religijnych: ukrzyżowany wirtualnie Brosnan, spalenie księdza w ogniu pikseli, posługiwanie się szarańczą kiepskiej rozdzielczości. Nie do końca religijne, ale bardzo efektowne jest rozbijanie ludzi na… latające draże. Zresztą w końcu także Jobe staje się bogiem. Lub myśli, że nim jest.

Groteskowo wypadła także rządowa organizacja, gotowa na wszystko, by zachować kontrolę nad projektem „upgradowania” Jobe’a i pragnąca uzyskać nowego typu ludzką broń. Wielka, groźna twarz szefa tejże w trakcie telekonferencji, rozsadzająca ekran kineskopowy; mroczne, chłodne, supertajne laboratoria; faceci w czerni z karabinami. Ileż w tym finezji i oryginalności. Wszystko w obrazie Bretta Leonarda pachnie tanim komiksem.

Zaskakujące jest, że ledwie rok wcześniej premierę miał Terminator 2: Dzień sądu – święty Graal kina akcji, który do dziś poraża precyzją wykonania, rozmachem i fantastycznymi efektami specjalnymi. Przy okazji także konfrontuje widza z tematyką technologicznych zagrożeń. Z drugiej strony Kosiarz był niejako prekursorem filmów o ludziach podłączających się do urządzeń nowoczesnej technologii. Dziwne dni, System czy Johnny Mnemonic – też przecież nie do końca udane, ale lepiej przyswajalne – dopiero miały nadejść. Może więc filmowcy zwyczajnie musieli błądzić, nim udało im się wejść na poziom Matrixa czy Existenz? Kosiarz błądzi jak pijany człowiek w gabinecie luster. A jednak dziś – ćwierć wieku od premiery – ujawnia swój niezwykły potencjał komiczny. Jest tak zły, że aż dobry. Zarobił też 150 milionów dolarów i doczekał się kontynuacji tak złej, że aż nieoglądalnej. 

Oto Wykidajło wśród filmów o VR. Warto się pośmiać. Warto też sprawdzić, jak kształtowały się niegdyś wyobrażenia o rozwoju tej technologii i porównać je z obecnym stanem rzeczy. Okazało się bowiem, że sieć – zgodnie z przepowiednią doktora Angelo – faktycznie objęła wszystkich. Tyle że rękawice czy gogle okazały się niekonieczne. Nie potrzebujemy wymyślnych urządzeń czy odrealnionych animacji, by surfować. VR nadal się przydaje – do zwykłej rozrywki, ale także pozwala szkolić żołnierzy czy pomagać osobom autystycznym radzić sobie ze swoją przypadłością. Nie zamieniła jednak społeczeństwa w pozamykanych w piwnicach onanistów czy uzależnionych od gier maniaków. Powtórzę raz jeszcze: okazało się, że możemy nimi być bez zbędnego entourage’u. Wyłączcie więc Facebooka i polubcie ten film. Nie poprzez kliknięcie jakiejś ikonki, ale wprost z serca.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane