Recenzje

KOMORNIK (2005)

Obiecujący i dobrze zagrany, ale rozwleczony i zbyt nachalny moralitet Feliksa Falka.

Autor: Iwona Kusion
opublikowano

Na polskie kino łatwo narzekać, ponoć często jest to narzekanie zupełnie niesłuszne, bowiem pojawiają się prawdziwe perełki. Możliwe, że tak jest, a ja je zwyczajnie przegapiam i od czasów Wojaczka Lecha Majewskiego nic nie wprowadziło mnie w zachwyt. Ale po cóż pisać od razu o zachwycie, skoro… wystarczyłby film po prostu dobry. A na to dawał nadzieję Komornik Feliksa Falka.

Zaczęło się bowiem ciekawie, to, co od razu mi do gustu przypadło, to muzyka, świetnie korespondująca z szybkim tempem, jakie zostaje natychmiast narzucone. Całkiem niezłe zawiązanie fabuły także nastąpiło – oto bowiem komornik, niejaki Lucjan Bohme, 80% ściągalności długów, wpada do szpitala, naklejając na elektroniczny sprzęt informację, iż zostaje on zajęty na poczet niezapłaconych długów. Scena robi wrażenie – na łóżku leży umierający człowiek, a pan w garniturze wypełnia swą powinność. Za nim stoi prawo i tylko to go interesuje – aby mieć porządek w papierach. Wydaje się, że mamy do czynienia z bezwzględnym służbistą, nie mającym szacunku dla niczego poza skrupulatnym wypełnianiem swej pracy. Człowiek to bezkompromisowy, arogancki, nie zważający na to, kogo krzywdzi. Nie interesuje go, czy zniszczy komuś życie, nie sprawia mu problemu „ograbienie” ciężko chorej dziewczynki, kiedy ojciec- alkoholik nie ma czego oddać w zastaw.

Pnie się do góry, robi karierę, jest znienawidzony i szanowany, ma poparcie prezesa sądu, ma też śliczną kochankę Annę (Małgorzata Kożuchowska), która jest mężatką i to, co pociąga ją w Lucjanie, to chyba jego sposób bycia, błyskawiczna kariera, jaką ten robi. On sam gardzi jej mężem, gardzi częścią kolegów, uważa, że jedyna racja jest po jego stronie. Wszystkich przecież traktuje równo – nie ma mowy o ludzkich odczuciach, bo jest bez znaczenia, czy egzekucja, którą na materialnych dobrach chce przeprowadzić, pozbawi kogoś środków do życia, czy też będzie to nauczka dla przedsiębiorcy, który wie, jak można ominąć sposób na płacenie. Ważne jest miejsce, stanowiące teren działania pana Bohme. To bowiem miasto o dużym wskaźniku bezrobocia, co ma mieć wymiar uniwersalny, ale także podkreśla, w jaki sposób ów urzędnik robi karierę, kosztem ludzi i tak wystarczająco ciężko doświadczonych, którzy muszą zmagać się z codzienną, szarą i bolesną rzeczywistością.

Andrzej Chyra w roli Lucjana Bohme spisał się rewelacyjnie. Jest przekonujący, jest w nim coś odpychającego, ale zarazem widz może obdarzyć go dziwnym szacunkiem. Niestety, ta postać zostaje złamana. Nie byłoby w tym nic dziwnego – w końcu przemiana bohatera niejednokrotnie w kinie następowała. Oczekujemy, aby ten zrozumiał swe postępowanie, aby się czegoś nauczył… ale kolejne etapy, które przemierza, stają się bardzo szybko nachalnym tłumaczeniem, że taka przemiana jest możliwa, że można odkupić swe winy i że wszystko może się szczęśliwie ułożyć. Oczywiście za błędy należy płacić, zatem nie można liczyć na wdzięczność ludzi, którym się pomogło. Niestety, wobec formy, w jakiej zostało to zaprezentowane, ma się ochotę tylko uśmiechnąć i stwierdzić: „cóż za bzdura!”. Gdyby film skończył się dużo wcześniej i ów wątek pozostawiony został wyobraźni widza, byłaby duża szansa na to, aby to dzieło naprawdę mogło zainteresować i zmusić do przemyśleń. O tym, co zaszło wewnątrz bohatera i w którym momencie to nastąpiło, wiemy doskonale. Dalsza część, ukazująca drogę ku nawróceniu, jest zbędna.

Chyra w roli Lucjana Bohme spisał się rewelacyjnie.

Mógł zatem być to film dobry, a jednak jest niemiłosiernie rozwleczony, do tego chyba wypadłby dużo lepiej, gdyby twórcy zdecydowali się przyjąć jedną konwencję, potrafili określić, czym ów moralitet ma być – dramatem czy komedią. Aby bowiem połączyć te dwa gatunki, są potrzebne umiejętności, które w tym przypadku nie do końca mnie przekonują. Przeplatanie wątków takich jak zrujnowanie komuś życia w ciągu kilku minut z ucieczką przed psami albo tłumem wściekłych mężczyzn zwyczajnie się ze sobą gryzie. Do tego kilka kawałów. We mnie to wiele śmiechu nie wywołało, jednocześnie sprawiło, że nie do końca przejęłam się historiami naprawdę wzruszającymi. Warto zatem byłoby się zdecydować, czy chce się widzowi dostarczyć momentów błazenady, czy też refleksji.

Dodatkowo – o tej ostatniej nie ma mowy, albowiem dostajemy wszystko podane wprost. Zostaje to tak dokładnie wyjaśnione, podkreślone, że nie mamy dylematów, co tak naprawdę jest złem, a co dobrem. Morał jest niezwykle naiwny. Jeżeli chciano stworzyć prawdziwą opowieść, to doprawdy, kto uwierzy, że w realnym świecie wszystko tak łatwo można rozwiązać? Czy można odpokutować za śmierć pieniędzmi? Czy można w jednej chwili zmienić swe życie? Jeżeli odpowiedź na drugie pytanie jest twierdząca, to dlaczego w nią nie uwierzyłam? Otóż dlatego, że zostaje ona podana jako prawda bezwzględna, przyjmująca wręcz formę dogmatu.

Oglądając Komornika nie mogłam nie porównać z krótkometrażowym Księgowym Raya McKinnona. W tamtym filmie było wszystko wyważone, nie było niczego niepotrzebnego, świetnie przedstawiał metody działania tytułowego bohatera. Może to byłby ratunek dla Komornika? Skrócić go o połowę, wyrzucić wiele niepotrzebnych wątków, które faktycznie nie wnoszą z sobą nic nowego, oraz zdecydować się na bardziej spójną formę. O ile w życiu przeplata się komedia z tragedią, o tyle nie musi być tak samo w filmie, nie jeżeli z takim synkretyzmem nie jest się w stanie sobie poradzić.

Zatem czy ten film był potrzebny? Wydaje mi się, że chociaż sam pomysł jest ciekawy i początek obiecujący, to w ostatecznej swej formie nie daje widzowi prawie nic. Owszem, nie jest to film irytujący, nie ma powodów określania go zupełnie nietrafionym. W ostatnich latach większość polskich produkcji była znacznie mniej udana, aniżeli Komornik. Nie wydaje mi się jednak, aby należało oceniać w tej mikroskali, bowiem o wartości filmu nie może stanowić fakt, że jest znacznie lepszy niż wiele poprzednich tworów, które dobre nie były. Dodajmy do tego fakt, że są dzieła ukazujące, iż i w Polsce wciąż mogą powstawać filmy mocne, bezkompromisowe, bo chociażby tego dowiódł Krauze swym Długiem.

Zatem nie ma bariery, której polski film nie potrafi już przekroczyć. Lecz sposobem na jej przekroczenie nie jest na pewno tworzenie takich dzieł. Ja bowiem nie lubię, kiedy widz jest traktowany w sposób, w jaki został potraktowany tutaj. Czy naprawdę film sam powinien odpowiadać na wszelkie pytania, jakie stawia? Pozwólmy odbiorcy samemu myśleć i samemu oceniać, a nie podawać wszystko tak prosto, uparcie podkreślając, na co należy zwrócić uwagę.

Tekst z archiwum film.org.pl (06.10.2005).

Ostatnio dodane